Drugiego maja w końcu jestem we Wrocławiu nad ukochana Odrą. Za oknem prawdziwe lato i najwyższy czas rozpocząć sezon na całego. Budzik dzwoni o 4:50, szybko się ubieram, schodzę do samochodu i parę minut po godzinie 5 wobler leci już do wody. W rzece życie aż kipi, co chwilę jakiś drapieżnik goni ukleje, na przelewie chlapią kleniki i jazie. Ryby nie są jednak takie skłonne do współpracy jak by się to wydawało. Do brania skusiłem jedynie okonia 27cm, który wziął na seledynowe kopyto tuż pod nogami kiedy sprawdzałem jak pracuje guma. Postanowiłem zmienić łowisko na równoległy kanał Odry. Zaczynam spinningować od boleniowego woblera. W jednym z pierwszych rzutów, daleko od brzegu uderza mały boleń, szybki hol i ryba zaraz wraca do wody. Przez kolejne kilkanaście minut jest cisza. To tu, to tam uderzy pojedynczy boleń ale nie chcą brać. Przepuszczam wobler pod nogami i uderza szczupak. Nie jest duży – 47cm, ale to już drugie branie dzisiaj pod samym brzegiem. Wróciłem na pierwszy kanał. Dołowiłem okonia, bliźniaczego do pierwszego ale na boleniowego woblera w czasie ekspresowego prowadzenia równolegle do brzegu. Zbliża się godzina 11 a ja nadal nie złowiłem żadnego konkretnego bolenia, który był celem mojego wędkowania. Jak się okazuje, w sukces trzeba wierzyć do końca. W jednym z kolejnych rzutów mam branie dużego bolenia, jednak branie to za małe słowo – to było potężne uderzenie tuż pod powierzchnią i to pod samymi nogami. Szkoda że nikt tego nie nagrał. Do tej pory mam przed oczami wielkiego bolenia, który wyskakuje „spod ziemi” do mojego woblera, spod moich nóg w popłochu uciekają wszystkie ukleje a on wali prosto w moją przynętę i to wszystko działo się na wyciagnięcie ręki. Boleń szalał jak wściekły, pierwszy odjazd to prawdziwa torpeda ale już po chwili się uspokoił i dał podebrać ręką. Miarka wskazuje 76 cm. Wędkarz spotkany nad wodą zrobił mi zdjęcia i ryba wróciła do wody. To nie koniec emocji tamtego dnia. Na deser trafił się całkiem ładny jazik - 40cm również uwieczniony na zdjęciach. Koło południa postanowiłem zakończyć wędkowanie, emocji było co nie miara a upał robił się nie do wytrzymania.
Następnego dnia tj. 3 maja wstałem jeszcze wcześniej i przed piątą byłem nad wodą. Nie będę przynudzał. Znów nastawiłem się na bolenie i długo nie mogłem nic złapać. Branie mam dopiero ok. 9:00 na ulubionego boleniowego woblerka. Nie było do jednak branie boleniowe. Myślę sobie – tylko nie sum bo ma okres ochronny. Ryba walczyła NIESAMOWICIE. Złowiłem już trochę ryb i to była jedna z najbardziej walecznych ryb z jakimi miałem do czynienia. Robiła co chciała mimo mocno dokręconego hamulca. Mocno się zdziwiłem kiedy na końcu wędki ujrzałem piękną brzanę. Minęło już ponad 20min holu i rozpoczęły się próby podebrania. W silnym nurcie trudno było nakierować tak waleczną rybę do ręki, w drugiej lub trzeciej próbie zobaczyłem, że ryba ma już w pysku tylko jeden grot. Pomyślałem sobie teraz albo nigdy i w końcu złapałem rybę – była piękna i silna. Chyba przesadziłem z dokręceniem hamulca w czasie holu bo kiedy spojrzałem na woblera prawie wszystkie groty kotwiczek były powyginane a ster wyłamany. Brzana zmasakrowała moją ulubiona przynętę! Wiedziałem jednak, że jeśli ryba wejdzie na środek rzeki w główny nurt to już jej nie zatrzymam dlatego holowałem dość siłowo i na szczęście udało się. Podszedłem do wędkarzy siedzących nieopodal z prośbą o zdjęcie, następnie ryba powędrował do wody. Mierzyła 63cm. - Na dzisiaj koniec emocji, czas wracać do Poznania - westchnąłem i zacząłem składać spinning, to była naprawdę udana majówka.
Komentarze