Niby głupie pytanie. A i odpowiedź narzuca się sama, – bo ich nie ma! Moment, moment postaram się udowodnić na przykładach, że nie jest to tak oczywiste jakby wydawać by się mogło. Od mniej więcej 8-10 lat obserwuję dziwne zjawisko, które dla mnie posiadającego powiedzmy duże doświadczenie jest zupełnie niezrozumiałe. Ryby jak w greckiej tragedii nie łączą trzy jedności; czasu, miejsca i akcji. Czasu, bo niezwykle rzadko biorą w ściśle określonych wieloletnią „tradycją” dla danego gatunku porach żerowania. Miejsca, bo zaczęły bytować tam, gdzie 10 lat temu nikt nie słyszał o złowieniu przedstawiciela jakiegoś gatunku. Akcji, bo zaczęły jeść przynęty bardzo dziwne dla swojego gatunku. Wymienione zależności obejmują większość gatunków ryb zarówno drapieżnych jak i roślinożernych. Garść przykładów. Złowiony węgorz w jeziorze Krasne na kukurydzę miał w środku jej 26 ziaren. Na kukurydzę złowiłem już 3 sztuki w różnych wodach. W jeziorze Sominy z „wieszaka” też na kukurydzę złowiłem 21 okoni w przedziale wielkościowym 30 – 42 cm! Systematycznie na różnych zbiornikach łowię karpie na filety z ryb. Bolenie biorą na zagnieciony miękisz bułki, leszcze na owoce, sandacze na białe robaki, a już kompletnym zaskoczeniem było złowienie okazowej wzdręgi na żywca postawionego na okonia. Przykłady mogę mnożyć, ale pewnie czytelnicy też bez problemu mogliby sporo dziwności dopisać do tej listy. Anomalia? Pewnie tak, ale czym uwarunkowane nie mam bladego pojęcia, a i wiedza ichtiologiczna jest znikoma, bo naukowcy problemami nas wędkarzy raczej w ogóle się nie interesują. To był pierwszy temat, który jakoś ( nie wiem jak) jest powiązany z tytułowym pytaniem. Odrzućmy kormorany, zanieczyszczenia, rybaków. Na zaprzyjaźnionym zbiorniku dwa lata temu brały tylko wzdręgi, chociaż w łowisku jest dużo większa populacja płoci. Na jedną płoć przypadało 30 wzdręg. W zeszłym roku sytuacja diametralnie się odwróciła. Na jedną wzdręgę łowiłem 30 płoci?! Obok mnie o rzut beretem w mieście są dwa niewielkie zbiorniki PZW. Ot, hektar z małym ogonkiem. Wiem, mam 100% pewność, że jest w nich naprawdę dużo lina, karasia, płoci, wzdręgi. Dodatkowo jesienią 2015 wpuszczono do każdego z nich po około 150 karpi pod i na wymiar. Jest połowa czerwca, a słyszałem o złowieniu… 2 sztuk! Nie dość wpuszczono 2 lata temu prawie 400 kg karasia srebrzystego z przerzutu. Jak w studnię!!! Nie ma wydr, kormoranów, kłusowników. Znam te łowiska jak własną kieszeń, a łowię tylko pojedyncze płotki. Kombinuję jak „koń pod górę” i nic! Ja wychowany z wędką w ręce, ponad pięć dych doświadczenia nie mogę sobie poradzić na większej „kałuży”?! Co te ryby żrą?! Podałem ten przykład z premedytacją, bo takich łowisk małych i dużych znam dziesiątki. Właśnie wróciłem z jeziora Miłoszewskiego. Jeżdżę tam od 3 lat i waruję z wędką przez tydzień. W zeszłym roku ułowiłem się okazałych leszczy, o przyłowie z okazałych karpi nie wspomnę. Jednak rybą, na którą poluję jest lin. W zeszłym roku złowiłem ich ledwie 8 – 10, a żaden nie przekroczył 32 cm. Słowem linki. W tym roku złowiłem… 55 sztuk! Aż 53 ryby powyżej 36 cm, z tego 31 powyżej 45 cm. Największa ryba 52 cm. Metoda ta sama w obu przypadkach. Co ciekawe większość dużych linów złowiłem daleko w jeziorze, a nie w rozległym pasie przybrzeżnej roślinności. Skąd się wzięły? Dlaczego w zeszłym roku złowiono zaledwie kilka większych linów? Dla odmiany okazałe leszcze, których w jeziorze jest naprawdę dużo w ogóle w tym roku nie biorą? Niewytłumaczalne! Często łowię w różnych miejscach Polski i mam przegląd wielu regionów kraju. Opisany problem staje się nagminny, co potwierdzają liczne relacje moich kolegów i przyjaciół. A jakie jest Wasze zdanie?
Piotr Berger
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze