Reklama

Godni przeciwnicy

15/04/2012 09:31
Jestem na tyle doświadczonym wędkarzem, że przygód z rybkami do opisu znalazło by się wiele, ale przeważnie inspiracją staje się przeczytany artykuł. W tym przypadku pobudził mnie Mirek @Zander51 i Jego "Szczupakowe Eldorado", ale do rzeczy:
Początek wyprawy prozaiczny, podobny do innych. Jeszcze przed wschodem znoszę sprzęt do łodzi, mocuję silnik, podpinam pod akumulator, kapok, podbierak, trzy wędziska do różnych gramatur przynęt, gum... nie określę ile i heja na wodę. Kolega nie mógł przyjechać, więc przyjdzie mi samemu wędkować cały dzionek na zaporówce w Poraju. Łowisko 500 hektarów, jest mi doskonale znane, decyzję o początku spinningowania podejmuję będąc już na wodzie w zależności od presji. Poranna flauta pozwoliła nacieszyć się przepięknym widokiem "tańca leszczy" o wschodzie słońca, którego bardzo często byłem świadkiem. Łopaty 2-3 kilogramowe majestatycznie wyłaniały się z wody koło mojej łodzi i bezszelestnie chowały w wodę. Był sierpień i środek tygodnia, łodzi nie było zbyt dużo na wodzie i mogłem swobodnie wybierać i obławiać swoje miejscówki.

Docelowe założenie było takie, aby znaleźć się w okolicy linii wysokiego napięcia, miałem rozeznanie iż koło południa tam się coś dzieje. Na opukiwanych kogutami i gumami miejscówkach nic godnego uwagi nie było, więc popłynąłem o 11-tej na tę docelową. Zakotwiczyłem dokładnie według zapamiętanych azymutów i wpadłem na "pomysła", aby przygotować kilka nowych kogutów. Półfabrykaty, czyli trzy wybrane piórka omotane nicią i potraktowane Cyjanopanem, korpus twistera "kaloryfer" i główka 10/12 gram miałem więc wystarczyło to połączyć - korpus twistera nanizałem na hak główki jigowej i wcisnąłem wzdłuż haka, pod gumkę - pióra. Kropelka kleju tworzyła spójną całość i w ciągu dwóch minut kogut gotowy do boju. Pamiętam, że na pierwszy ogień poszedł "białopióry" z seledynowym kaloryferem. Wyjął miarowego sandacza i po kilku kolejnych rzutach potężne kopnięcie i "stoping", Byłem pewien braku owadów w tym miejscu, więc adrenalina się uwolniła. Po kilku sekundach zejście w bok i do góry - teraz wiem z kim tańczę - tak się zachowuje tylko szczupak.

Szczytówka wędziska do wody skutecznie uniemożliwia wyskok ale nie zmusi do zatrzymania odjazdu w bok. Kołowrotek gra najpiękniejszą z melodii a wtóruje mu na wietrze naprężona do granic wytrzymałości żyłka. Analizuję położenie liny kotwicznej i staram się aby ryby tam nie puścić, udaje się, odjazdy są coraz krótsze, czuję, że słabnie, wreszcie Go widzę i kolana mi się ugięły - mój pierwszy trzycyfrowy. Lewą ręką podłożyłem podbierak i za pierwszym razem wszedł bez walki w matnię. Podbierak położyłem w poprzek na wiosłach łodzi, matnia ze szczupakiem w wodzie, a wędzisko (nie odpinałem koguta) odłożyłem wzdłuż wioseł na łodzi.
Nie muszę pisać, że nogi, ręce głowa... po prostu chwilowo odleciałem. Pierwsza myśl - muszę go zmierzyć, sięgam do torby po miarkę, szukam...i wyszedł tajny plan cwaniaczka, nie walczył przy końcu, bo szykował siły na niespodziankę. Jedno, drugie, trzecie potężne szarpnięcie. łomot o burtę, bryzgi wody i ...cisza. Trwało to może 5 sekund, a ja stałem z otwartą japą i oglądałem rozerwaną matnię podbieraka pustą metrowego szczupaka !

Po chwili dotarło do mnie jaką siłą dysponuje taka ryba i wtedy nogi mi ugięło drugi raz w tym dniu. Jak bym Go miał wtedy w rękach... lepiej nie myśleć. Kilka dni później ok. 200 metrów od tego miejsca miałem równie potężną rybę, prawdopodobnie sandacza. Byłem znów sam na łodzi (zdarza mi się to rzadko, ale wtedy mam na kiju duże ryby - Pierwszy sum), branie na długiej żyłce, tuż po rzucie. Zacięcie - tnę strasznie szybko i mocno przy skręconym na maxa hamulcu - i stop, chwila
zwątpienia i przecudowne zapulsowanie na blanku. Nie jakieś szarpanie nerwowego kelcika, tylko poważne, cykliczne, mocne szarpnięcia - byłem pewien dużej ryby. Po kilkunastu sekundach holu - szedł po dnie w moją stronę - byłem pewien, że to sandacz.
Opornie, ale jakoś szedł po dnie do okolic łodzi, ale do góry ani milimetra, naprężałem wędzisko ile fabryka dała i nic, tylko w bok, raz w lewo, raz w prawo. Przewidywałem, że taka zabawa może się skończyć zaplątaniem i wykrakałem. Przestał pulsować, ale opór był, tylko coś za bardzo statyczny, albo odpoczywa, albo... wiszę na linie kotwicznej ?
Niedaleko przepływała łódź z kolegami ze Śląska, krzyknąłem, podpłynęli. Opowiedziałem co zaszło, a oni pomogli mi wyjąć kotwicę. Niestety na linie był tylko kogut, a koledzy z pewnością nie uwierzyli w moje opowiadanie.
Trzycyfrowy pozostaje nadal w sferze marzeń i celów. Martwię się co będzie jak mi się przypadkiem uda Go złowić?
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama