Liny w maju dla początkujących
Maj i czerwiec to najlepsza pora, by wybrać się na lina. Roślinność wodna zaczyna piąć się w górę, a pojawiające się wraz z nią larwy i ślimaki sprawiają, że złociste prosiaczki zaczynają intensywniej żerować. Najłatwiej namierzyć je obserwując przybrzeżne pasy grążeli i nasłuchując charakterystycznego ‘ciumkania’, a więc odgłosu towarzyszącego pobieraniu pokarmu z pod liścia lub łodygi. Powstaje tylko pytanie, jak przechytrzyć lina, który naturalnego pokarmu ma teraz pod dostatkiem?
„Daj się skusić!”
Wczesną porą nie ma sensu stosować zbyt ciężkich zanęt. To nie ich treściwość odgrywa tutaj największą rolę ale zapach który, jeśli odpowiednio go dobierzemy, oderwie lina na chwilę od łodygi.
Najlepiej stosować więc zanęty płociowe, które nie są ciężkie w swej strukturze. Należy wzbogacać je kukurydzą, grochem lub chociażby czerwonym robakiem, w zależności od tego, co zakładamy na haczyk. Jak jednak wspomniałem, to stosowany przez nas zapach odgrywa najistotniejszą rolę w batalii z linami.
I tak wskazane są wszelkiego rodzaju atraktory o słodkim zapachu, przede wszystkim miodu, wanilii czy kukurydzy. Ja z powodzeniem stosuję atraktor waniliowo-cytrynowy MVDE. Opakowanie starcza na 2-3 wypady na ryby, a cena też nie zwala z nóg. Nie raz obserwowałem, jak całe stadko linów, jeden po drugim, odrywały się od liści grążeli chwilę po tym jak zanęciłem łowisko. Gdy symfonia ciumkania zupełnie ustała, zaczęły się brania.
Na haczyk zakładajcie kukurydzę, groch, białe lub czerwone robaki. Możecie dowolnie mieszać je na haku. Róbcie tzw. kanapki i sprawdźcie, co najbardziej smakuje Waszym linom.
Kilka dni łowienia bez efektów potraktujcie jako sygnał do zmiany łowiska, zwłaszcza jeśli nie zaobserwowaliście przy tym jakiejkolwiek aktywności linów.
„Gdzie te liny?”
Jak już mówiłem, lina najłatwiej znaleźć w pobliżu roślinności wodnej. Mam jednak świadomość, że nie na wszystkich akwenach ona występuje. Co za tym idzie, można spodziewać się tam mniejszej populacji lina, ale z pewnością nie wyklucza to definitywnie jego obecności w danym stawie.
Jeśli w akwenie nie znajdziemy przybrzeżnych roślin, możemy być prawie pewni, że tutejsze liny żerują głównie na skorupiakach. A tych będą szukać, rozgrzebując dno pyskiem. I tu właśnie pojawia się nasza szansa na ich namierzenie – bąble powietrza. Warto zabrać nad wodę lornetkę, i po przybyciu na łowisko, jeśli dopisuje pogoda i nie ma wiatru, poszukać ich za jej pomocą. Nie chodzi o to, by nęcić idealnie w miejscu w którym się pojawiają, bo z pewnością spłoszy to rybę. Taka obserwacja da nam orientacyjny pogląd, w jakiej odległości od brzegu żerują ryby, i gdzie możemy je znaleźć.
„Łowisko”
Jeśli planujecie łowić kilka dni z rzędu na tym samym akwenie (do czego zachęcam – to świetna szkoła wytrwałości), warto przygotować sobie łowisko. Najpierw wykonajcie krok opisany powyżej, czyli zlokalizujcie żerujące ryby. Da wam to pogląd, gdzie należy ich szukać. Pierwszego dnia zabierzcie tylko wędkę z możliwie ciężkim zestawem spławikowym (nawet do 7-8 gram wyporności) , trzon od grabi ogrodowych uwiązany na lince (chociażby takiej do prania, weźcie z 20 metrów dla pewności) oraz groch lub kukurydzę do zanęcenia łowiska. Wędka posłuży Wam do sprawdzenia głębokości oraz rodzaju dna. Jeśli jest ono porośnięte glonami, do akcji wkraczają grabie. Postarajcie się oczyścić nimi pas o wymiarach co najmniej 2x2 metry. Znajdźcie punkt orientacyjny lub zróbcie zdjęcie łowiska ze spławikiem w wodzie, żeby nazajutrz łatwiej było wam zlokalizować dokładnie miejsce łowienia. Podnęćcie trochę. To tyle na dzisiaj.
Następnego dnia możecie wrócić w pełni wyposażeni. Zacznijcie od ulokowania zestawów w waszym miejscu, potem dopiero wrzucajcie zanętę. Pamiętajcie też o dobrym gruntowaniu, tak by ołów dotykał dna, a przypon z haczykiem leżał swobodnie.
„Zestaw”
Z uwagi na to, że jest to artykuł dla początkujących, nie będę narzucać Wam konkretnych rodzajów wędzisk. Łówcie tym, co macie, i bawcie się dobrze.
Gdy poczujecie się już bardziej ‘PRO’, przeszukajcie forum, poczytajcie co i jak, idźcie do sklepu i wybierzcie coś dla siebie. Sprzedawca na pewno Wam doradzi.
Co do zestawu na chwilę obecną, zacznijcie od wyboru spławika, w zależności od tego w jakich warunkach i jak daleko od brzegu będziecie łowić. Myślę, że 2,5g wyporności to minimum, nawet jeśli łapiecie przy samym brzegu. Dosłownie przy samym brzegu – na moim sprawdzonym łowisku liny wyciągam z odległości 3 metrów, tuż za linią grążeli. W podobnej sytuacji pamiętajcie, by ubrać się w niejaskrawe ubranie i zachowywać się możliwie cicho. Wracając do spławika – lin to ostrożna ryba, ale nawet 6cio gramowy, dobrze gruntowany zestaw nie powinien robić na nim wrażenia. Taka lub podobna wyporność spławika przyda się Wam z pewnością, gdy łowicie daleko od brzegu.
Żyłka główna powinna mieć ok 0,18-0,20 średnicy i wytrzymałość do 5 kilogramów, przypon natomiast 0,14-0,16mm. Gdy bardziej się wprawicie, poeksperymentujcie koniecznie z cieńszymi żyłkami – dreszcz emocji gwarantowany, a przecież o to w tym wszystkim chodzi :-) Co do haczyka natomiast – rozmiar 6 lub 8, tzn. taki na dwa duże ziarna kukurydzy. Miłej zabawy!
Tak jak zawsze, apeluję do wędkarzy, zwłaszcza tych młodych, bo sam do nich jeszcze niedawno należałem – wypuszczajcie choć część złowionych ryb. Nie musicie robić tego ze względów humanitarnych (choć byłoby to też wskazane), ale pomyślcie o sobie w przyszłości i o Waszych dzieciach. Spójrzcie jaką sytuację nad wodą mamy teraz, a jaką z opowieści znamy od naszych ojców czy dziadków. Kilkanaście lat wystarczyło na tak diametralną zmianę i pogorszenie się zasobów ryb w naszych wodach. Musimy dbać o wędkarską przyszłość zarówno dla siebie jak i przyszłych pokoleń.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze