W moim następnym artykule zamieszczę pomysł na leszcza. Rybą, którą lubię najbardziej, jest duży jeziorowy leszcz. Łowię go wyłącznie z łodzi, a moje łowisko to płaski siedmiometrowy blat. Dużego leszcza trzeba karmić grubo i systematycznie, więc do nęcenia używam wyłącznie gotowanej kukurydzy, którą sypię do wody o stałej porze. Leszcze bowiem ciągle się przemieszczają i tylko solidną porcją zanęty można je zatrzymać w jednym miejscu. Nęcę zawsze wieczorem, a na leszczową zasiadkę wypływam pół godziny przed świtem. Przekonałem się, że wieczorne brania są dużo gorsze, a i w nocy nie ma rewelacji. Zauważyłem także, że najlepsze efekty mam, gdy jestem sam na łodzi, bo leszcze są bardzo ostrożne i każdy najmniejszy hałas szybko je płoszy. Dwóch zaś wędkarzy to dwa razy większe ryzyko spowodowania jakiegoś głośnego dźwięku… Łowię na dwie wędki odległościowe. Na kołowrotkach mam żyłkę 0,16 mm, a przypony wiąże z żyłki 0,14 mm. Może to się wydawać dziwne, ale zawiązuje haczyk nr 14 z długim trzonkiem, na który najpierw zakładam 2 białe robaki, a następnie zaczepiam za skórkę jedno ziarenko kukurydzy. Jest to moja podstawowa przynęta. Próbowałem na same białe i czerwone robaki, a także na większe haczyki, jednak wyniki były dużo gorsze. Używam spławików z dociążeniem 3+3, o długich i dobrze widocznych antenkach. Obciążenie zestawu jest tak rozłożone, że ostatnia, leżąca na dnie śrucina przeciąża spławik, bez niej zaś ¾ antenki wystaje nad powierzchnię wody. Gdy leszcz zasysa przynętę, spławik momentalnie unosi się do góry i kładzie na wodzie. Wtedy wykonuję delikatne zacięcie. Wiem, że wielu dziwi mój sposób na leszcze, ale jestem do tego przyzwyczajony. Ci, którzy mnie poznają sami zaczynają łowić podobnie.
Komentarze