Odwiedziłem w okresie minionych wakacji kilka jezior mazurskich i augustowskich. Z małymi wyjątkami, do których należały jeziora będące w rękach prywatnych, pozostałe jeziora przedstawiały obraz nędzy i rozpaczy. Przedstawiały i przedstawiają, bo nie wierzę, żeby coś w ciągu kilku tygodni drgnęło na lepsze. Dzierżawcy w myśl - wszystko co żywe należy odłowić i sprzedać, wyciągają z jezior przy pomocy sieci i prądu oraz często urządzeń zakazanych, inaczej mówiąc niedozwolonych, każdą żywą istotę.
Słyszałem, że bywa też tak, iż po bezwzględnym czesaniu wody sieciami, dokańczają swoją bandycką robotę prądem. Bezkarność tych procederów jest powszechna, a opłaty za wędkowanie na tych jeziorach porażające. No bo ile można zapłacić za kilka złowionych płotek? Chyba, że płacimy za to, że jesteśmy w ogóle wędkarzami. Płacimy tak zwany podatek od luksusu, bo często posiadamy najnowszy model wędziska i kilka świecących przynęt. W ten sposób wzbogacamy zbójeckie kieszenie dzierżawców, bo za odłowione ryby mają coraz mniej kasy, proporcjonalnie do rybostanu zasiedlające te jeziora.
Co zrobić w takim razie? Strajk i nagminne omijanie tych jezior raczej nic nie da. Należy zacząć coraz głośniej napiętnować rabunkowe sposoby dzierżawy na naszych polskich jeziorach. Należy dążyć do rychłego wprowadzenia całkowitego zakazu odławiania ryb sieciami na jeziorach i rzekach, z wyjątkiem obrębów hodowlanych i stawów prywatnych. Taki zakaz powinien bezwzględnie zacząć obowiązywać również dzierżawców jezior i to przez przynajmniej pięć lat. Niech zmuszeni brakiem często nielegalnego procederu, rozwijają się w kierunku turystyki wędkarskiej, niech dbają o każdą pływającą w jeziorze rybę, niech szukają nowego sposobu na życie. Byle sposobu uczciwego i zgodnego z naszymi wędkarskimi oczekiwaniami.
Jerzy Biedrzycki
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze