Reklama

Opad do trzech razy sztuka, czyli... historia pewnego woblera

25/11/2008 18:51
Wielkimi krokami nadchodzi najzimniejsza pora roku jaką oczywiście jest zima. Jak wiadomo późna jesień jest okresem wielce urozmaiconym pod względem wędkarskim, a najlepszych efektów możemy spodziewać się podczas wypadu na tzw. wieczorowego sandacza. Dla wielu wędkarzy pierwsze dzienne przymrozki są sygnałem wysyłanym przez matkę naturę, że oto nadszedł ten czas... Czas na mętnookiego drapieżnika naszych wód. Zew ten jest tak silny, że wielu z nas, nie bacząc na minusowe temperatury, mroźny wiatr, czy zacinający śnieg z deszczem , gna nad wodę tuż po zachodzie słońca.

Istnieje wiele przynęt sandaczowych oraz tyle samo metod ich prowadzenia...
Będąc osobą otwartą na poznawanie nowych wędkarskich technik, postanowiłam ulec wpływom kolegi, który chciał przekonać mnie do łowienia z opadu.

Dla Darka jest to sztandarowa metoda połowu sandaczy i okoni. Ja wcześniej kilkakrotnie miałam z nią do czynienia , lecz brak efektów skłonił mnie do powrotu do techniki zwykłego szurania przynętą po dnie.
Felietony historyczne
Jak wiadomo najlepszym sposobem na przekonanie się do czegokolwiek - jest brak innej opcji. Tak więc czyniąc – Darek zaprosił mnie na ryby – z biegu.
Nie mając ze sobą własnego sprzętu i przynęt , zostałam postawiona przed faktem dokonanym. Teraz nauczę się płynnie - łowienia z podwójnego opadu – pomyślałam.

Darek dobrał dla mnie odpowiedni sprzęt : czuły kij z wklejaną szczytówką, oraz kopyta na główkach do 15 g. Kołowrotek z pełną szpulą plecionki miał skutecznie pomagać w walce z zaczepami.

Piękna nadwiślańska miejscówka pachniała sandaczem, a rzeka niemalże prosiła się ,by wyjąć z jej głębi mętnookiego drapieżcę. Niestety trzy godziny podszarpywania przynęt, zaowocowały tylko jednym Darkowym króciakiem ( ok. 30 cm).

Szukając rękawiczek w plecaku – natknęłam się na przewalające się w nim pudełeczko z podarunkiem od innego kolegi – również wspaniałego wędkarza.
Podczas pierwszego wspólnego wędkowania Łukasz poczęstował mnie dwoma płytko schodzącymi woblerami. Na koniec spotkania kolega podarował mi obie przynęty – życząc ,aby się przydały...

Mając jeszcze trochę czasu do dyspozycji, a nie będąc powalona skutecznością łowienia z opadu ,postanowiłam przetestować jednego z woblerów jeszcze raz. Przynęta, która wcześniej nie przyniosła mi ryby pozostawiała wiele do życzenia. Wobler był wykonany z plastiku, pracę miał znikomą, a największą jego zaletą było to, iż płytko pracując , nie zahaczał się o podwodne kamienie.

Przy około piątym rzucie poczułam wyraźnie uderzenie w przynętę, jednak moja zbyt późna reakcja nie pozwoliła mi poczuć ryby na kiju. Kilkakrotnie powtórzyłam rzut i znowu ryba wyraźnie zainteresowała się woblerem.. Niestety bardzo delikatna szczytówka wędziska nie zapewniła szybkiego i skutecznego zacięcia...

Tego wieczora nasz czas nad wodą dobiegł końca, a w mojej głowie zrodziła się myśl, że może trzeba by było poświęcić więcej czasu na łowienie tą przynętą.

Następnego dnia zjawiłam się nad wodą z własnym arsenałem przynęt i z nowo zakupionym wędziskiem - Dragonem Millenium Zander Jerk 2,05m i c.w. do 42 g.Kijek ten to typowo sztywna pałka, lecz o dużej czułości – nie tej widzialnej na szczytówce, a tej wyczuwalnej w dłoni.

Oczywiście na początek postanowiłam jeszcze raz przekonać się do sprzętu i metody Darka, który ponownie wziął dla mnie cały zestaw. Godzina podrywania i opadania przynęty nie przynosiła efektów...

Ostatnia urwana guma, brak chęci do wiązania nowej i schylam się do pudełka z woblerami. Chwilę później przynęta posłana przez sztywne wędzisko leciała ku tafli wody. Po dziesięciu minutach rzeźbienia jest branie. Tym razem akcja kija mnie nie zawodzi i waleczna listopadowa rapa kręci młynki na powierzchni. Opanowany hol, dwa zdjęcia, machnięcie rybim ogonem na pożegnanie i już uśmiech zagościł na mojej twarzy.

Kolejne pół godziny łowienia nie przynosi efektów. Zbieramy się do domów z wynikiem 1-0 dla woblera.

Trzeciego dnia sytuacja się powtarza. Najpierw obławiam łowisko Darkowym Xenonem Power Jig. Następnie zmieniam przynętę i kij – następuje branie.
Tym razem to wieczorowy sandacz połakomił się na tego tak pozornie wyglądającego wobka.. Dwa zdjęcia , machnięcie ogonem i znowu uśmiech na twarzy. Później mamy kilka niezaciętych brań i wracamy do domu.

Wynik trzeciego ”starcia” opad – wobler wynosi 0-1.

Następnym razem wybrałam się nad wodę bez doborowego towarzystwa Darka, a co z tym się wiąże - także bez wędziska do szkolenia połowu metodą
„kicającej przynęty”. Opad miał już swoją szansę – do trzech razy sztuka , dlatego już w domu uzbroiłam kij w fartownego woblera.

Tym razem również mnie nie zawiódł ,gdyż złowiłam na niego dwa sandałki. Chociaż nie były one duże ,to jak mawia mój znajomy : „Chociaż zawsze coś się działo”...

Wiem, że może nie jest to artykuł o dużych dawkach adrenaliny, wielkich rybach i zapierających dech w piersi wędkarskich przygodach i niech tak pozostanie. Jest to jednak opowiadanie o wędkarskiej życzliwości i niezwykłym woblerze – przynęcie zaczarowanej szczerym gestem podarunku.


Z podziękowaniami dla moich kolegów po kiju – Darka L. i Łukasza S.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama