O ile na temat łowienia sandaczy na sztuczne przynęty pisze się bardzo dużo, o tyle ich łowienie na przynęty naturalne jest „czarna dziurą” w opracowaniach. Trudno powiedzieć, dlaczego. Czterdzieści lat temu sandacz był rzadkim i głównie przypadkowym przyłowem. Dwadzieścia lat temu świat wędkarski odkrył „gumy” i zaczęło się szaleństwo. Wędkarze jakby odkryli skarb króla Salomona! Wprawdzie sprowadzanym na początku do Polski przynętom można było wiele zarzucić choćby kiepską pracę, ale, od czego pomysłowość naszej braci wędkarskiej. Gotowanie gum w wodzie, nadawanie żyletką odpowiedniego kształtu, nacinanie podstawy ich ogonków to tylko niektóre „wynalazki” na polepszenie wyglądu i pracy przebojowej przynęty na sandacze. Nota bene kłopoty związane były z tym, że importerzy nieświadomie (lub nie) sprowadzali gumy trollowe, jako tańsze. Sandacz wymusił powstanie całej specjalnej gałęzi sprzętu w wędkarstwie spinningowym. Specjalne wędki, kołowrotki, linki zostały obarczone podobizną jego jegomości króla Sandacza. Wędkarze zapatrzeni w możliwości metody spinningowej prawie zupełnie zapomnieli o przynętach naturalnych. I to jest wielki błąd. To jak zaprzedanie się nowemu bez tradycji pamiętania o korzeniach. A ryby nasyciły się już nowościami - cudami jak ludzie hipermarketami i od kilku lat sandacze znów zaczęły przedkładać kawałek soczystego naturalnego mięska nad kawałek gumy czy blachy nawet o super atrakcyjnym, acz sztucznym zapachu. Wyganowski, Andrzejczyk, Skarżyński mentorzy kilku pokoleń wędkarzy uważali, że skuteczne łowienie sandaczy jest wielka sztuką.
Spinning to metoda niewymagająca zbytniego zachodu, podstawowe przygotowania to wizyta w sklepie wędkarskim. Metoda czysta, mobilna, ograniczająca ilość zabieranego sprzętu. Ma jednak dla mnie jedną podstawową wadę. Podobnie jak podczas łowienia wszystkich innych drapieżników. Zmniejsza ilość adrenaliny w momencie ataku drapieżnika! Po uderzeniu w sztuczną przynętę już wiemy jak duża ryba jest na haczyku. Łowiąc na naturalne przynęty od momentu zauważenia brania do momentu zacięcia bywa, że upływa kilka minut. Skuteczność zacięcia jak i wielkość ryby jest wielką niewiadomą. Pomyślcie, jakie przygody nad wodą zostają w naszej pamięci? Te, które dostarczają większa dawkę adrenaliny. Branie szczupaka czy sandacza przedłużone w czasie właśnie do nich należy. Sandaczowy początek czerwca jest wyczekiwany w równym stopniu jak szczupakowe pierwsze dni maja. Chyba największym wyzwaniem dla wędkarza jest znalezienie miejsca gdzie przebywają ryby?
2015
W tym roku w łowiskach ze „wodą stojącą” raczej nie znajdziemy sandaczy w typowych jak na tę porę miejscówkach. Chyba próżno szukać ich na tarliskach. Lekka zima przyspieszyła tarło i sandacze przemieściły się z blatów i górek w głębsze miejscówki. Postępują tak zawsze po tarle, aby odzyskać siły. Pilnowanie ikry to ciężkie zajęcie. Lokują się z zasady w głębszych zastoiskach niedaleko tarlisk. Dobre są też podstawy długich łagodnych stoków wchodzących daleko w głąb jeziora. Jeśli w maju pada dużo deszczu na pewno sandacze znajdziecie w zaciszu po obu stronach wszelakich wlewek. W tym okresie najlepiej sprawdzają w dalszym ciągu się jazgarze i okonie. Jazgarz, oprócz stynki, którą coraz trudniej uzyskać jest chyba najlepszą przynętą na sandacze. Ten najbardziej zuchwały szkodnik na sandaczowych tarliskach zawsze będzie atakowany przez sandacze. Polecam zakładanie na haczyk martwych rybek o długości 10 – 15 centymetrów. Dobrze jest po zabiciu rybki przynętowej nożyczkami obciąć część kolczastej płetwy grzbietowej i ostrych wypustek pokryw skrzelowych.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze