Cztery pory roku i klenie po mojemu. Pytań dotyczących łowienia kleni na spinning otrzymałem sporo, a i na forum pojawił się wpis Sposób na klenia. Dzieląc tekst na umowne cztery pory roku postaram się korzystając z moich skromnych doświadczeń odpowiedzieć przynajmniej na część pytań. Zaznaczam, że konkretnej recepty na sukces nie mam zamiaru podawać, bo po pierwsze, takowej nie ma, a po drugie dla mnie szukanie własnych rozwiązań jest nie mniej ważne jak samo złowienie okazowej ryby, a tej przyjemności nie chcę nikogo pozbawiać. Łowię głównie w mniejszych rzekach Podkarpacia i moje doświadczenia dotyczą przede wszystkim tego typu rzek. Spinningiści z nad większej wody mogą mieć zgoła inne spostrzeżenia, więc w ewentualnych komentarzach takowe spostrzeżenia będą mile widziane.
Miejscówka
Okres zimowy to dla mnie czas głównie pomiędzy końcem listopada a połową marca choć ostatnie anomalie pogodowe trochę to zmieniają. Ryb szukam w miejscach dość głębokich (jak u mnie to od 1,5 do 2,5 m, bo o głębsze trudno) z zastoiskami, ale koniecznie w pobliżu nurtu. Niewątpliwie dobre będą opaski obmywane wolnym nurtem, oberwany brzeg z głębszą wodą, a każdy większy kamień, korzeń, bądź zatopione drzewo nie powinno ujść naszej uwadze. Jeżeli dobrze znam rzekę, to w tym okresie unikam „biegania” kilometrami wzdłuż brzegów, a raczej staram się wybrać trzy, cztery miejscówki na odcinku około pół kilometra i im poświęcam całą uwagę. Na nieznanych łowiskach staram się wybrać odpowiednie miejsce, ale poświęcam mu mniej czasu i wyprawę traktuję bardziej jako wypad rozpoznawczy i „robię kilometry”. Wydaje mi się po dobrych kilkunastu latach polowania na klenie, że zimową porą efektywniejsze jest dokładne i cierpliwe „przeoranie” dobrze znanej miejscówki niż mało prawdopodobna próba złowienia w kilku rzutach aktywnej ryby na miejscach, które widzimy po raz pierwszy. Ciche wejście na stanowisko z zachowaniem wszelkich środków ostrożności, to jeden z podstawowych warunków pomyślnych łowów. Wybieram miejsce tak, abym miał możliwość spenetrowania jak największej powierzchni łowiska bez poruszania się po brzegu. Zgadzam się z twierdzeniem, że duży kleń to jedna z najpłochliwszych ryb naszych wód i należy ograniczyć ilość zbędnych ruchów do minimum. Możliwości ukrycia się za jakąkolwiek roślinnością w zimie mamy bardzo ograniczoną, więc każdy pień, kamień, kępa zeschłego zielska będzie mile widzianą kryjówką. Wykonuję kolejne rzuty tak, aby spenetrować obszar całego łowiska w różnych warstwach wody zaczynając od sprawdzenia dna, później środek wody, a kończę w warstwach przypowierzchniowych bo bywa, że trafi się tam jakiś ciekawski i głodny kleń. Co jakiś czas zmieniam rodzaj i kolor przynęt (tu wiele nie eksperymentuję i używam w 99% takich w kolorach naturalnych).
Przynęty
Zaczynam od woblerów, (mam do nich słabość) którymi mogę obstukać delikatnie dno, o spokojnej lusterkującej akcji, choć czasem „agresja” bywa mile widziana. Zimową porą często bywa, że te „nieudane” o nieskoordynowanej pracy, uciekające na boki itp. bywają tymi najlepszymi. Po nieudanych próbach woblerem przychodzi czas na gumki (głównie małe twistery, a rzadko rippery) w kolorach „brudnych”, z obciążeniem dopasowanym do głębokości i siły nurtu (rzadko przekraczam 5 gram). Kolejne na agrafce pojawiają się wahadełka, a na końcu wirówki. Wszystkie rodzaje przynęt prowadzę wolno, często przerywając zwijanie i pozwalając wabikowi na wolny opad bądź zatrzymanie. Jeżeli uda mi złowić klenia, a hol był cichy i spokojny, to próbuję łowić dalej jeszcze przez chwilę. Brak kontaktu przez pół godziny, bądź zbyt głośny hol powoduje, że zmieniam miejscówkę. Brania z małymi wyjątkami są zazwyczaj delikatne (zwłaszcza tych większych ryb) i jakość kotwic przy przynętach ma ogromne znaczenie. Na następnej miejscówce postępuję dokładnie tak, jak opisałem wcześniej z tą różnicą, że o ile złowiłem rybę, to zaczynam od tej szczęśliwej przynęty. Po obłowieniu ostatniej miejscówki, jeżeli mam więcej czasu, wracam na pierwszą i wszystko zaczynam od początku. Bywa, że martwa wcześniej woda po kilku godzinach ożywa i ryby stają się aktywne. Zima to czas, kiedy przemiana materii u zimnokrwistych ryb (zwłaszcza karpiowatych) jest znacznie spowolniona i musimy się z tym pogodzić, że chodź jesteśmy pewni obecności ryb w łowisku, to wcale nieznaczny , że którąś z nich uda nam się namówić do współpracy.
Sprzęt
Sprzęt jakiego używam jest taki sam przez cały rok: kij 2,70 m i ciężarze wyrzutu w przedziale od 2 do max 15 (lubię szybkie, ale czułe wędziska), kołowrotek wielkości 2500 (miara Shimano, a te kołowrotki lubię), a różnica to tylko średnica żyłki i w porównaniu do cieplejszych pór roku wynosi 0,18, 0,20 mm. Jeżeli jestem na nieznanym łowisku to zakładam szpulę z plecionką max 0,10 mm, do której wiąże około metrowy przypon z fluocarbonu o średnicy 0,16 mm. Chodzi mi tylko o utrzymanie jak największej wytrzymałości liniowej zestawu związanej z ratowaniem przynęt uwięzionych w zaczepach i uniknięcia ewentualnego spłoszenia ryb (woda w zimie jest zazwyczaj niezwykle przejrzysta) widoczną linką. Choć brodzenia staram się unikać, to mimo wszystko spodniobuty się przydają, aby w razie „W” przedostać się na drugi, bardziej ”atrakcyjny” brzeg.Warunki atmosferyczne. Podstawowym warunkiem udanej wyprawy będzie niewątpliwie brak lodu na powierzchni rzeki, ale płynąca kra bądź śryż też uniemożliwi skuteczne łowienie. Mój ideał to temperatura w granicach 0 stopni (nie ma problemu z zamarzającymi przelotkami), pochmurny niż, brak wiatru i padający gruby mokry śnieg –właśnie w takich warunkach miałem najlepsze efekty. Słoneczny wyż z niskimi temperaturami poniżej 5 stopni poświęcam raczej na spacer bez wędki. Bez względu na porę roku wszystkie klenie obdarowuję wolnością, a tych zimowych staram się jak najmniej dotykać rękami, bo ciepło naszego ciała ma bardzo zły wpływ na kontakt z zimnymi kleniami (z innymi gatunkami ryb również, a im mniejsza ryba tym gorzej) i staram się je uwalniać w wodzie, co kotwice bezzadziorowe znacznie ułatwiają. Być może koledzy łowiący w większych i dużych rzekach z innych regionów naszego kraju będą mieli inne spostrzeżenia, ale jak wspomniałem na początku to moje spostrzeżenia z południa Podkarpacia. Na koniec - najfajniejszy kleń to ten, złowiony i puszczony wolno a po pewnym czasie złowiony znowu… .
Komentarze