Reklama

Wakacyjny spinning - powrót do korzeni.

26/07/2016 21:49

Dopiero były pierwsze okonie, klenie, potem próby przechytrzenia majowych szczupaków oraz boleni  i nawet nie spostrzegłem gdy ciepła wiosna przemieniła się w lato w pełnej krasie. Ależ ten czas leci! Nie ukrywam – nie jest to moja ulubiona pora w wędkarskim kalendarzu. Gdy temperatury szybują jak szalone zbyt wysoko rybom na ogół przechodzi ochota na żerowanie a mnie na podejmowanie prób przełamania tego impasu. Dlatego z nieskrywaną radością po fali czerwcowych upałów powitałem nieco chłodniejszy lipiec. Wreszcie mogłem przyjemnie spędzić czas nad brzegiem ukochanej rzeki, polować na drapieżniki do „bólu nadgarstków” i cieszyć się z każdego brania. To było „prawdziwe polskie lato”! Piszę „było” bo pogoda znowu szaleje ale miejmy nadzieję że straszliwej powtórki z ubiegłego sezonu nie będzie… Na wstępie zaznaczę ,że nie mam zamiaru opisywać kolejnej „super skutecznej” metody przechytrzenia drapieżników. W tym temacie chyba powiedziano już wszystko… i nic. Mnie chodzi o przełamanie pewnego schematu który rzuca się w oczy nad wodą coraz częściej z korzyścią dla nas samych rzecz jasna!
Wiele kilometrów „przedreptanych” w pogoni za rybami pomogło mi zrozumieć kilka kwestii związanych z moim podejściem do wędkowania…

Po co mi to wszystko?

Jak bardzo zmieniło się wędkarstwo w ciągu ostatnich choćby dziesięciu lat nikogo chyba przekonywać nie muszę. Dziś mamy w zasięgu ręki supernowoczesne echosondy, GPS-y, ultralekkie kije, superprecyzyjne kołowrotki etc. A jak zaczynał chyba każdy z nas ( za wyjątkiem najmłodszych ) ? Pamiętacie to jeszcze? Ja doskonale… Pierwszy spinning którym w wakacje odkrywałem uroki łowienia na sztuczne przynęty, pierwsze klenie i przypadkowe sumy które dały mi cenne lekcje. To były czasy! Parę obrotówek w kieszeni , post radziecki kołowrotek Orion i kij teleskopowy z bazaru za grosze… Najzabawniejsze jest to że ten „zestaw” dawał jakoś radę! Były ryby, pierwsze przegrane pojedynki, emocje i nawet łzy. Było wszystko to za co dziś choćbym chciał zapłacić krocie i tak już nie wróci… Jak wygląda wędkarstwo spinningowe dziś? Czasem mam wrażenie że jest to trochę „przerost formy nad treścią”. Sam zacząłem dostrzegać że gdzieś się w tym zatracam. Jadąc nad rzekę konieczne minimum to dwa kije bo jak nie kleń to może boleń, kilkanaście pudełek z przynętami, kamizelka pękająca w szwach od drobiazgów, akcesoriów i niewiele wartych gadżetów – obłęd! Przy okazji wyjazdu na wodę stojącą jeszcze gorzej! Kij na okonia – typowy ultralight, kij pod sandacza „na lekko, wklejaneczka do bocznego troka a przecież szczupak też może akurat żerować… Zaczynałem mieć tego dość. Zwłaszcza wyprawy nad Wisłę z mnóstwem ekwipunku dawały się nogom we znaki. Zatęskniłem do mojego archetypu spinningowania i twardo postanawiając coś zmienić wcieliłem w czyn swoją wizję minimalistyczną . Dziś powiem Wam z czystym sumieniem – nie żałuję!

Zabij stereotypy…

W tym prostym sformułowaniu można byłoby zawrzeć to z czym musiałem się zmierzyć. Jak jednym kijem łowić różne gatunki ryb?! Cóż ,to jasne że wszystkich się nie da… Zanim więc ktoś uzna mnie za świra spieszę sprostować, że rozumiem bezcelowość polowania na suma przy użyciu okoniowej wklejanki… Dziś w dobie wszechobecnej wędkarskiej specjalizacji trudno jest znaleźć kompromisowe rozwiązanie ale gra warta jest świeczki! Przede wszystkim musiałem zadać sobie pytanie co najczęściej łowię na letnich wyprawach spinningowych w wielkiej rzece? Bez trudu znajduję odpowiedź. Kleń – wakacyjna rybka nr 1 w moim zestawieniu. Tuż za nim plasuje się boleń. Trzecie miejsce na podium to również karpiowaty mięsożerca jakim bywa jaź. Okazyjnie trafi się brzana lub inna ryba z kategorii raczej niedrapieżnych. Czas sandacza i szczupaka nadejdzie jesienią ( jeśli w ogóle nadejdzie…). Suma celowo pomijam bo to ryba z „innej bajki” z wszędobylskim zaś okoniem poradzę sobie w razie czego bez trudu. Najtrudniejszym bodaj wyzwaniem było poukładanie sobie tego wszystkiego w głowie. Ileż to bowiem razy wędkarscy „guru” wypowiadali się w telewizyjnych programach czy filmach dostępnych w sieci, że kij aby dawał komfort łowienia musi być specjalistyczny i najlepiej mieć ich z pięć pod ręką „bo nigdy nic nie wiadomo”. Są w tym pewne racje… ale musiałem to wszystko odrzucić!

Złoty środek

Zdaję sobie sprawę iż takowy najprawdopodobniej nie istnieje ale nie jest to pełna prawda… Łowiąc klenia używam przynęt małych. Woblerki  2,5 – 5 cm o niewielkiej masie, obrotówki nie większe niż nr 1, małe cykady – to wszystko kategoria lekka. Jazia „obsłużymy” w zasadzie podobnymi wabikami ale boleń to już wyzwanie… Na bolenia stosuje się przynęty znacznie cięższe, posyłamy je też często bardzo daleko. To trochę przeczy zdrowemu rozsądkowi bo sam zdaję sobie sprawę że ten gatunek wymaga specjalistycznego podejścia. Rapę łowię niemal wyłącznie na woblery . Są smukłe i stawiają nikły opór podczas ściągania nawet w silnym nurcie. Właśnie uciąg wody jest kolejnym wyznacznikiem parametrów mojego uniwersalnego wędziska. Zbyt delikatnie się zwyczajnie nie da… Przetestowałem sobie kilka wędek i znalazłem coś co łączyło w sobie cechy których poszukiwałem. Nie jest to kompromis pozbawiony wad ale jego „ułomność” w pewnych sytuacjach jest wybaczalna. Wytypowałem kij długi, trzymetrowy o akcji szczytowej płynnie przechodzący w głębsze ugięcie o ciężarze wyrzutowym do 22 gram. Jak pokazały moje „testy” przy uniwersalnej grubości żyłki tj. 0,20 mm wędka radziła sobie znakomicie z woblerami boleniowymi i zupełnie przyzwoicie z małymi kleniowymi „baryłkami” które i tak z reguły wypuszczam z prądem. Kij zatem trochę za delikatny na bolenia i nieco zbyt mocny pod klenia – to mi pasuje! Z kleniem i jaziem nie ma problemu zaś każdy bolenik powyżej 60 cm daje już niesamowitą frajdę z holu. Kołowrotek wielkości 3000 – 4000 ręki swą wagą jeszcze nie urywa i doskonale się sprawdza w niełatwych realiach wiślanych łowów. Można? Można!

Perypetie pozornego męczennika…

Dziś wybierając się na letnie wiślane spinningowanie nie zabieram nawet zapasowej szpuli z cieńszą żyłką… Nie chce mi się jej zmieniać. Uznałem, że „dwudziestka” daje radę i tak jest w istocie. W kamizelce są tylko szczypce do odhaczania, nieodzowne okulary polaryzacyjne ( z nich nigdy nie zrezygnuję! ) i miarka plus oczywiście dwa niewielkie pudełka z przynętami. To wszystko! Jeden kij w garści, zero zbędnych gratów których dźwigać już nie muszę. Uwierzcie – nogi i kręgosłup są mi wdzięczne! Gdy biegam wzdłuż opaski za kleniem zakładam smużaka i wyrzucam go w kierunku zbierających rybek, gdy na przykosie żeruje boleń szybciutko podpinam uklejopodobny wobler i ciskam w siną dal. Nie jest źle! Jeśli zamelduje się przypadkowo większy wąsacz i tak jestem raczej bez szans a z każdym innym wyzwaniem poradzę sobie bez problemu. Korzyści jakie odnoszę z nowego podejścia do wędkowania są oczywiste. Dziś patrzę z politowaniem na chłopaków targających w garści nieraz po trzy(!) kije. Tymczasem wędkarstwo może być tak przyjemne i proste!

Podróż w czasie

Wracają wspomnienia… Pewnie że sprzęt nie ten, nie te ryby i lat jakby przybyło ale w głębi duszy nie zmieniło się nic. Jak kiedyś przede mną bezkres wód wielkiej rzeki aż po horyzont, Chlapiące się przy opaskach klenie, wściekle atakujące bolenie i zaznaczające swą obecność od czasu do czasu majestatyczne sumy. Kilka kilometrów wzdłuż brzegu nie jest dziś żadnym wyzwaniem. Ogranicza mnie tylko słoneczna tarcza która w końcu schowa się za widnokrąg… choć nie zawsze! Bywa że po zmroku zostaję gdzieś w głuszy by sprawdzić czy przypadkiem miejsca tego nie odwiedzają letnie sandacze. Tym bardziej że „zupełnie przypadkiem” w pudełku zawieruszył się sandaczowy woblerek i latarka czołowa… Tym zestawem też się da!:-)

Konkluzja?

Polecam Wam taki wakacyjny powrót do korzeni. To jest prawdziwa przygoda, esencja spinningu nie skażonego marketingowym „praniem mózgu”! Zwyczajnie jesteś tylko Ty i Rzeka. Nic Cię nie krępuje, nie doskwiera – przecież po to tu przyjechałeś! Tego szukasz… Czemu więc nie spróbować? Nie da się całkiem „zawrócić Wisły kijem” ale warto choćby w wakacje rzeczywiście wypoczywać łowiąc. Ryby się nie gniewają na ten „brak szacunku” wyrażony sprowadzeniem kilku gatunków do jednego mianownika. O ile szczęście dopisze można dziś jeszcze wakacje spędzone z wędką nad brzegiem Wisły uznać za względnie udane. Urlop spędzony tu może być pełen niezapomnianych wrażeń. Wystarczy tylko przestać być wędkarskim masochistą...
 
Artykuł zgłoszony do konkursu tekst tygodnia
 
 
 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama