Reklama

Wyrobisko Brzóze i okonie na spinning

22/11/2013 12:02

Wyrobisko Brzóze i okonie na spinning W listopadzie moje koło zorganizowało ostatnie zawody spinningowe. Nasz autokar zaparkował nad wyrobiskiem żwiru i piasku w miejscowości Brzuze. Wyrobisko jest połączone z rzeką i niestety często czynne. Tej soboty maszyny pracowały pełną parą. Objawiło się to w dość przykry sposób - woda miała kolor soku z kiszonej kapusty. Byłem tu już wiele razy i wiedziałem jak się przygotować. Okazało się jednak, że trzeba wcisnąć reset i wykasować przyzwyczajenia.

Do zbiornika tego wchodzą na zimowanie ogromne stada okoni. Łowi się je tutaj na trok boczny, bardzo wolno go podciągając. Startowałem tu już w zawodach spinningowych i nawet udało mi się raz stanąć na pudle, więc z dużą pewnością zabrałem się do roboty. Zacząłem sukcesywnie przeszukiwać pola racicznic i kamyków. Trok pozwala na dalekie rzuty więc można bardzo dokładnie obławiać cały akwen. To dosyć ciężka, choć momentami bardzo przyjemna robota. Przyjemna jest kiedy biorą. A tymczasem przez dwie godziny miałem dwa ledwo wymiarowe wydłubki. Co jest? Zacząłem krążyć dookoła wyrobiska i zmieniać kolory gumek. Wynik tego bezsensownego marszu: jedna rybka 14cm. Kolejne dwie godziny szlag trafił i mnie też trochę zaczął trafiać. Zbliżał się koniec zawodów. Trzeba było coś całkowicie zmienić.

Nad wodą w Brzuze biegnie szosa dzieląca łowisko na dwie części niewysokim mostkiem. Stanąłem na nim i wytężyłem wzrok. Srogie mleko idące od pracującej pogłębiarki wychodziło na drugą stronę gdzie jakby się rozmywało i w kierunku rzeki woda była coraz bardziej przejrzysta. Łowiłem już zarówno po mętnej jak i normalnej stronie. Nagle mój wzrok przykuło jakieś poruszenie na powierzchni wody. Jakby mała falka, ale tylko w jednym miejscu. Momentalnie zbiegłem na dół. Na szczęście nikt tam nie stał. Po drugiej stronie kilku kolegów z koła pluskało ciężarkami prawie pod moje nogi, a ja patrzyłem na stadko buszujących po powierzchni maleńkich rybek. Działo się to na styku mętnej i klarownej toni. To jest to! Nie miałem już nic do stracenia. Aby obłowić podpowierzchniowe warstwy zrezygnowałem z troka i założyłem główkę jigową. Przy wędce 2,7m i główce 4g powinienem zyskać totalną kontrolę nad przynętą i nie stracić tak bardzo zasięgu rzutu. Aby jeszcze zaszaleć, sięgnąłem do torby na chybił trafił i w mojej ręce znalazł się paproch „kundelek” takie toto brązowo- rude, nie wiem: jakiś kiełbik, kiełż, coś takiego. Pierwszy rzut – nic, drugi, trzeci, też nic. Hmm czyżby po prostu nie brały? W takich wypadkach pozostaje już tylko coś cholernie nietypowego. Wcisnąłem w głowie reset. I zacząłem prowadzić paprocha na dziko – trzy młynki w tempie boleniowym i stop, trzy młynki, stop i… walnięcie! Po chwili tłusty pasiak ląduje w dłoni. Rany, nareszcie. Czyli trzeba narobić zamieszania, podrażnić maksymalnie, żeby wyrwać ryby z tego mlecznego letargu.

Przez ostatnią godzinę dołowiłem jeszcze 8 okoni. Nikt poza mną nie domyślił się, ze trzeba zrezygnować z troka bocznego i… wygrałem zawody. Kto by pomyślał, że 4-gramowy kundelek w burych kolorach pozwoli w łowisku, gdzie od lat trok święci triumfy przytrzeć nosa paprochowym wyjadaczom? To są właśnie uroki wędkarskich zawodów.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama