Styczniowy poranek.Idealnie gładka tafla przysypanego śniegiem lodu. W oddali kilka sylwetek pochylonych nad "dziuplami. Nareszcie nad Borkiem! Edek zostaje bliżej pomostu, ja wolę łowić wzdłuż linii trzcin.Wykuwamy po kilka otworów, lód jest gruby, ponad 20 cm. Ryby biorą sporadycznie, więc przenoszę się bliżej wschodniego brzegu. Nagle moja lewa noga traci oparcie, zdążyłem tylko rozstawić szeroko ręce. Gramolę się z wody, klnąc pod nosem tego "dzięcioła" co wykuł prawie półmetrową dziurę. Dziecko nie miałoby tu szans. Spodnie na mrozie szybko sztywnieją,wracamy. Letni świt. Jesteśmy na zbiórce przed zawodami. Powitanie, losowanie,ruszamy na stanowiska. Na moim jakiś nocny marek, dogasające ognisko,wędki.Trochę zawiedziony ustępuje. Stracił zanętę no i będzie musiał szukać nowego miejsca. Trudno, tablice stały jak byk. Zabiera swoje rzeczy. Oczywiście zabiera wszystko oprócz śmieci. Pytam, czy czegoś nie zapomniał? Ach tak, wypychacz! podnosi. Ostentacyjnie zgarniam syf i wrzucam do ogniska. Chyba nie zrozumiał, bo reakcji zero. Pewnie wszędzie tak robi. Być może to ten sam osobnik co zimą zrobił mi taką niespodziankę.
Komentarze