Powrót Batmana ciąg dalszy

/ 8 komentarzy



  • konto usunięte




To jest druga część opowieści o Batmanie na SHL-ce.
Z racji tego, że pracuję w większości na nocnej zmianie, mój weekend rozpoczyna się nieco później, niż dla większości Polaków.
Z ostatniej dniówki tygodnia wracam w sobotę nad ranem, a do pracy idę w poniedziałek wieczorem. Ma to oczywiście swoje minusy, bo wszyscy znajomi rozpalają grille w piątek wieczorem, a ja idąc do roboty, muszę wdychać unoszące się w powietrzu zapachy pieczonej kiełbasy i karkówki, oraz słuchać śmiechów i odgłosów otwieranego piwa dochodzących z ogródków. Cóż, życie nie zawsze jest łatwe. We wszystkim jednak można się doszukać i jasnej strony, albowiem w poniedziałki nad wodą wionie pustką. Pojawiają się tylko nieliczni wędkarze, a łowiska są wtedy doskonale zanęcone. Grunt, to wiedzieć kto, gdzie czym zanęcał. Ludzie mają swoje przyzwyczajenia, a ja, że jestem dobrym obserwatorem, doskonale wiem w które miejsce zarzucać zestawy. Zatem nic nie stoi na przeszkodzie, by wiedzę tę wykorzystywać. W taki właśnie poniedziałek postanowiłem się wybrać na ryby.
Wstałem skoro świt i zapakowałem graciarnię do mojej bryczki. Niebo było szare i na próżno było się dopatrywać choćby malutkiej szparki w grubej pokrywie chmur. Samochody na parkingu miały zaparowane szyby i ogólnie było parno i wilgotno. Włączyłem wycieraczki i nawiew na szyby , a już po chwili wyskoczyłem na szosę i pognałem na moje łowisko. Poprzedniego dnia, nad moim miasteczkiem przewaliła się potężna burza i wszystko wokół było pozalewane. Mijałem ogromne kałuże, na szosie i na chodnikach stała woda, a na przydrożnych łąkach widziałem prawdziwe bajora. Pomyślałem, że moje autko może nie poradzić sobie na rozmokłych traktach. Tak też się stało. Kidy tylko skończyła się szosa i betonowe kratki na dróżce nad kanałem melioracyjnym bryczka zaczęła jechać sobie tylko znanym torem. Nie jest to samochód dobry na takie wypady, bo choć wygodny i bagażnik ma ogromny, to jest długi i szeroki, a co za tym idzie, nie kocha wybojów i grząskiej nawierzchni. Co jakiś czas słyszałem odgłos szurania kamieni o podwozie. Szkoda auta, ale co zrobić, skoro trzeba dojechać na łowisko?! Nakręciłem się tym kółkiem, oj nakręciłem! Wreszcie udało mi się zaparkować na moim cyplu.
Moim oczom ukazał się uroczy widok. To znaczy nie uroczy w sensie kolorowych , malowniczych krajobrazów, ale w sensie braku jakiejkolwiek żywej osoby nad wodą. Ta samotność była porażająca. Nie było żadnych odgłosów, oprócz przejeżdżającego po drugiej stronie jeziora pociągu. Uwielbiam te bezludne miejsca i poniedziałki. Uśmiechnąłem się do siebie i rozładowałem eksponaty. Mówię o moim sprzęcie, bo nie są to żadne wyszukane firmówki, a okres używania i stan zużycia zalicza te fanty raczej do eksponatów muzealnych.
-No to wio! -powiedziałem sam do siebie.
Uruchomiłem karpiówkę i pickera, a że nie lubię gapić się na szczytówkę, przełożyłem żyłkę przez bazarowe piszczydło. Doskonale wiedziałem gdzie umieścić zestawy bo w krzakach walały się puszki po pewnym niepospolitym piwie, pozostałe po niedawno zakończonej, kilkudniowej zasiadce pewnego towarzystwa wzajemnej adoracji. Spożyłem browarka, bo to już tradycja i delektowałem się samotnością. Nie byłem zbyt dobrze wyspany, więc mnie ścięło na amen.
Śniła mi się niezwykłej urody wędkareczka ubrana w niezwykle skąpe bikini, biczująca z niezwykłą gracją wodę za pomocą spinningu. Właśnie coś zacięła i z rozbrajającym uśmiechem poprosiła o pomoc w lądowaniu, kiedy z sielanki wyrwał mnie dźwięk sygnalizatora. Momentalnie poderwałem karpiówkę, ale ze zdziwieniem nie poczułem oporu. Natomiast pisk sygnalizatora trwał w najlepsze.
-No tak, cholera! - zakląłem uświadomiwszy sobie pomyłkę. To nie na tę wędkę nastąpiło branie. Skoczyłem do pickera i podniosłem go. Pięknie! Od razu poczułem silny opór. Hamulec lekko odpuszczał, więc pozwoliłem rybie kiwać na boki. Kiedy poczułem że luzuje, zacząłem ją podprowadzać do brzegu. Już po chwili, bez większych problemów dokonywałem lądowania pięknego leszcza. Miał sześćdziesiąt osiem centymetrów i piękną bursztynową barwę. Jak na Leszka, to już poważny wynik, więc się ucieszyłem jak dziecko. Co z nim zrobiłem? Ano to co zazwyczaj, tyle, że nie musiałem go zaksięgować w rejestrze. Zestawy powędrowały z powrotem na swoje miejsce na dnie zbiornika, a ja zasiadłem w fotelu. W tym momencie ukazało się słońce, które z dzikim zapałem zaczęło palić po twarzy.
W pewnym momencie do moich zafascynowanych ciszą zmysłów, zaczęły docierać dziwne sygnały. Nastawiłem ucha i usłyszałem odległy, przytłumiony dźwięk motocyklowego silnika. Rozejrzałem się po okolicy, ale niczego nie dostrzegłem. Odgłos nasilał się jednak i już po kilku sekundach, na szczycie wzniesienia ukazał się jeździec na swym rumaku. Szedł jak burza po wyboistej ścieżynie. Spod kół motocykla tryskały fontanny brunatnej wody, a jeździec podskakiwał w takt pokonywania nierówności. Za motocyklem, skakała jak wariatka dwukółka, która z każdym podskokiem generowała przeraźliwy łomot.
- A niech mnie! Toż to „Batman” Wenanty we własnej osobie! - zakrzyknąłem do nieobecnych wędkarzy.
A jakże. Tej sylwetki nie da się pomylić z żadną inną istotą stąpającą po tym łez padole. Jednak gdyby nie ta sylwetka i przyczepka za motocyklem, nie poznałbym jegomościa. Motor miał jakieś inne brzmienie niż kiedyś, a jajo na głowie nie było białe, tylko jakieś srebrnoszare. Na szyi powiewała mu ta sama peleryna z wojskowego demobilu. To nie mógł być nikt inny. Obserwowałem te kaskaderskie wyczyny i już mnie brzuch zaczynał boleć ze śmiechu, bo od razu stanął mi przed oczami obraz pamiętnego lotu „Batmana”, który opisałem w opowiadaniu pt.”Batman na SHL-ce”. Jak pragnę orbitować….. ma facet jaja! Trzeba to zobaczyć na własne oczy, by móc docenić jego fenomen. Styl jazdy Wenantego, to mieszanka niespotykanej finezji i piękna. Każdy ruch SHL-ki, wywołuje określoną reakcję organizmu kierowcy, a każda reakcja motocyklisty wywiera niepowtarzalny wpływ na ruchy peleryny i pasków od kasku. Jak On w tym błocku pokonuje zakręty! Prawdziwa gracja i jednorazowe widowisko! Pochylenie ma takie, że o mały włos nie ukręci zaczepu od przyczepki, a ta z kolei posłusznie poddaje się siłom skręcającym dyszel i wychyla się na jedno koło, by po chwili powrócić do poziomu. Larum jakie przy tej okazji czyni przyczepka, jest czymś niepowtarzalnym. Cudownie! Jednak zaczęła mnie ogarniać panika, bo Batman nieuchronnie zbliżał się do podstawy wzniesienia, a co za tym idzie, na jego drodze znajdował się pamiętny, feralny zakręt. Kiedy dwa lata wstecz Wenanty wodował z tego zakrętu, był ze mną Miras i jego syn, a teraz byłem sam jak palec. Pomyślałem więc:
-No pięknie. Jak się teraz wyp*******, to go nie uratuję!
Ale gdzie tam! I ten zakręt śmierci Wenio pokonał bezbłędnie. Po chwili obok mojego wózka, zaparkowała dumnie SHL-a. Chudy do bólu człowiek podszedł do mnie i zagadnął:
- Długo Kolega siedzisz?
- A ze dwie godzinki Weniu. - odparłem uradowany.
Wenanty zmarszczył czoło, ale po sekundzie na jego twarzy pojawił się szeroki, dojrzały banan.
- Auta nie poznałem, ale patrzę i prosto Wojtasa widzę! A to fart! - rzucił ze śmiechem.
-Bo zmieniłem. A tego twojego burczka bym po klangu nie poznał. Wydech pospawałeś? - zapytałem i uściskaliśmy się na miśka.
Z prawdziwą troską w głosie oznajmiłem:
- Myślałem, że tym razem się zabijesz, bo tak ślisko jest. Jak ty jeździsz? Bój się Boga człowieku!
Wenanty uśmiechnął się i rzekł:
- Chodź, zobacz. Pełny „new design”, nówki papucie, lakierek jak u k**** na paznokciach, hample żyleta, ogólnie wysokiej klasy nierdzewka!
No i rzeczywiście. Motor okazał się nie tą SHL-ką którą naprawialiśmy po upadku dwa lata wcześniej. Maszyna miała świetnie położony lakier w kolorze metalizowanego brązu. Nie było widać żadnej skazy. Pod warstwą błocka jawiły się pięknie lśniące felgi i szprychy, a na felgach osadzono nowe opony z porządnym bieżnikiem. Siodełko z finezją obszyto bukatową skórą. Ba, nawet łańcuch był dokładnie nasmarowany.
-Szacun, szacun Weniu, pięknie pierdzika odstawiłeś. Aż się wierzyć nie chce! - pochwaliłem to cudo.
-A popatrz na bak -powiedział.
Zerknąłem na zbiornik paliwa i poczułem, jak zaczyna mi popuszczać wentyl. Pognałem w krzaki i obniżyłem ciśnienie zanosząc się śmiechem. Nie mogłem się powstrzymać i rżałem z radości. Co mnie tak rozśmieszyło? Uwaga!
Na baku, po jego obu stronach, pięknie wycieniowane aerografem za pomocą złotego i czarnego lakieru, widniało okazałe logo „Batmana”.
-Nie no! Nie mogę! Ha, ha, ha! - wiłem się ze śmiechu.
-Odlotowe, co nie? - zaśmiał się Wenio.
Motocykl wysztafirowany był świetnie. Wszystko było wykonane perfekcyjnie i z gustem. Cały dzień siedzieliśmy razem i wspominaliśmy naszą dawną przygodę. Opowiadał mi, jak na rybach poznał pewnego faceta, który bawi się w odrestaurowywanie starych motocykli. Na pytanie ile kosztowało go to cacko, odparł:
- Wierz mi, skóry ze mnie nie zdarł, a w gratisie pomalował mi jajo i napisał na nim ksywę. Popatrz jakie fajowe.
I znów wybuchnąłem śmiechem, bo na srebrnoszarym kasku widniała ksywka „BATMAN”, napisana gustowną czcionką.
Tak to niechcący, przed dwoma laty ochrzciliśmy Wenantego, a choć to już człowiek w podeszłym wieku, posiada on niepospolite poczucie humoru i jest wyjątkowo sprawny. Tak mu się spodobała ta ksywka, że postanowił ją uwiecznić na swej maszynie. Mówił, że teraz już wszyscy go nazywają „Batmanem”, nawet w domu. Do siódmej wieczorem złowiliśmy jeszcze kilka ładnych leszczy. W końcu musiałem się pożegnać, bo nieuchronnie zbliżał się czas, by się udać do pracy. Zaś „Batman” został nad wodą na nockę. Tak mnie to wszystko zaaferowało, że zapomniałem wspomnieć o burzy która nas tam dopadła. Oczywiście Wenanty za pomocą swej peleryny zabezpieczył SHL-kę, a sam zmókł jak żaba w stawie.
Niesamowity wigor tego człowieka wywołuje podziw. Wszyscy go lubią, i od tej reguły nie ma wyjątków. Dobrze było go znów zobaczyć i pogadać. A może kiedy się spotkamy następnym razem, jego wytarty drelich, zniszczone klapki i pelerynę zastąpi dobrze skrojony, szyty na miarę kombinezon motocyklowy z logo „Batmana” na plecach? Możliwe, bo już mu to zasugerowałem, a jemu ten pomysł przypadł do gustu. Szkoda tylko, że nie było możliwości skosztować tej jego super miodowej nalewki, ale musiałem jechać dwadzieścia pięć kilometrów, a po kielichu nie prowadzę. Z niecierpliwością czekam na kolejne spotkanie, z tym nieprzeciętnie sympatycznym ekscentrykiem.

Pozdrawiam „BATMANA” i Pana Tomasza, który ze starej, przerdzewiałej SHL-ki, zrobił lśniący, niezwykłej urody „Batmobil”.

W.K - freeghost

 


2.8
Oceń
(52 głosów)

 

Powrót Batmana ciąg dalszy - opinie i komentarze

ryukon1975ryukon1975
0
5 *****. Nie byłem jednak pierwszy. (2012-03-11 10:05)
u?ytkownik91569u?ytkownik91569
0
Wędkareczka w bikini... hehehe;) Dobrze, że chwyciłeś za wędkę a nie za... Jeszcze byś sobie coś urwał...:))))***** (2012-03-11 10:39)
u?ytkownik27896u?ytkownik27896
0
Witam przeczytałem wszystkie trzy wpisy kolegi, taki maraton sobie dzisiaj robię bo nam trochę wolnego czasu, oczywiście wszystkie oceniam na pięć, chociaż statystyka nie wygląda rewelacyjnie. W opisie na blogu jednak można wyczytać jaką kolega ma opinie na ten temat. Pod jednym wpisem kolega napisał że wrzucił "stare śmieci" i bardzo bobrze zrobił bo ja wcześniej tego nie czytałem a dzięki temu teraz miałem taką przyjemność, bo czytanie wpisów Pana kolegi to naprawdę czysta przyjemność. Pozdrawiam i czekam na następne Karol. (2012-03-12 12:02)
Zander51Zander51
0
Oczywiście znam te teksty niemalże na pamięć. Dobrze, że wróciły na portal. Niech młodzi uczą się jak należy pisać... (2012-03-12 12:14)
u?ytkownik102195u?ytkownik102195
0
Karolu, właśnie dlatego warto pisać. Warto, bo może kilka osób doceni to pisanie. Właśnie te komentarze są wartościowe, a nie jakieś tam przygłupie gwiazdki. Dziękuję za wszelkie motywujące komentarze. (2012-03-12 16:23)
sapeksapek
0
Duchu, wróciłeś. Cieszę się. Bardzo :) (2012-03-13 10:15)
PitbulPitbul
0
Karol z Mirkiem napisali wszystko w temacie :) (2012-03-13 18:11)
u?ytkownik104372u?ytkownik104372
0
Bardzo mi sie podoba twoj artykul i za to 5 (2012-03-13 18:14)

skomentuj ten artykuł