Przed łowieniem ryb na nowym łowisku - posłuchaj tubylca

/ 40 komentarzy / 6 zdjęć


Materiał zgłoszony na konkurs wedkuje.pl
Posłuchaj tubylca.

Aby w pełni zrozumieć, że porady, które znajdziecie na końcu mojej opowieści mają swe podłoże w głębokim doświadczeniu zdobywam z biegiem czasu, najpierw zapraszam was do nieco przydługiego wstępu…

Rok 2007 upływał pod znakiem coraz słabszych połowów. Gdzieś w okolicach września zaczęliśmy się z kolegą natrząsać, że jeśli dalej tak pójdzie to chyba trzeba będzie do rejestru połowów zacząć wpisywać nie złowione ryby a brania… Wody stojące w promieniu 40 km od Gliwic (przynajmniej te, na których szczury w nocy nie wyjadają systematycznie wędkarskiego śniadania) zdążyliśmy już zbadać dogłębnie… Zbiorniki, na których zdobycie miejsca na brzegu przypomina nieco polowanie na papier toaletowy w okresie stanu wojennego również przestały nas bawić.

Co robić? Po dłuższym zastanowieniu stwierdziliśmy, że czas zmienić przyzwyczajenia i leżące zazwyczaj kije ustawić na sztorc. W końcu to nie kosa i krzywdy nie zrobi… A rzeka jest zazwyczaj dłuższa i jej linia brzegowa powinna zaoferować więcej stanowisk wędkarskich. Krótki rzut oka na mapę, gdzie by tu było blisko i spokojnie… Wybór padł na Odrę.

Krótki rekonesans gdzieś po drodze pomiędzy jednym klientem a drugim i przywiezione zdjęcia przepięknej rzeki z zarośniętymi tu i ówdzie brzegami, piaszczystymi łachami piasku i główkami głęboko wdzierającymi się w rzeczny nurt przekonały nawet mojego marudnego towarzysza, że warto spróbować. Nawet jeśli nie będzie tam ryb, to z pewnością nie będzie również hordy wrzeszczących plażowiczów i mięsiarzy odliczających ile jeszcze karpi zostało w łowisku i wymieniających uwagi jak długo trzeba czekać na kolejną dostawę „mięsa” zorganizowaną przez Zarząd Koła.

Tydzień minął pod znakiem gorączkowych zakupów związanych ze zmianą systemu wędkowania. Podpórki rzeczne, dzwoneczki, ciężarki… W końcu upragniony piątek. Już od południa coś pali mi się pod nogami. W końcu wieczór, łóżeczko i kolorowe sny o czekającej rano przygodzie. Z tymi snami to raczej przesadziłem. Były w planach. Spoglądając co 5 minut na zegar staram się siła woli przyspieszyć jego działanie. Ale on jest nieczuły na moje nieme błaganie. W końcu nie wytrzymuję, wstaję ze trzy godziny przed czasem i cichutko by nie obudzić żony (ona nie rozumie co to pasja wędkarska więc lepiej jej nie drażnić, tym bardziej kiedy wyrwanie ze smacznego snu może okazać się brzemienne w skutkach i przez najbliższy tydzień śniadania do pracy nie będą grzecznie czekały na mnie w lodówce) zakładam ubranie, następnie pakowanie do samochodu niezbędnego wyposażenia i w drogę.

Jesteśmy na miejscu. Nie mogę wyciągnąć kolegi z samochodu. Rozespał się biedaczek. Mruczy coś, że na zdjęciach wyglądało to inaczej i on posiedzi sobie w ciepełku. Tłumaczę, jak komu dobremu, że zdjęcia robiłem w dzień a teraz do wschodu pozostało jeszcze trochę czasu. Nic. Groch o ścianę. Dobra, myślę, sam przyjdziesz jak się zrobi chłodniej i blaszana puszka w której z własnej woli zostajesz nie pozwoli wyprostować zdrętwiałych kończyn.

Schodzę z gratami, ustawiam krzesełko, zbroję wędki i zaczynam… przygoda czeka.
Prorok jaki czy coś? Ledwo zarzuciłem jak słyszę że coś rozmiarami nie ustępujące sporemu odyńcowi toczy się z gratami ze skarpy. Dobrze że wybrałem miejsce z duża główką na dole skarpy, inaczej „odyniec” z powodzeniem mógłby zasymulować suma taplającego się na przybrzeżnej płyciźnie. Słowa jakie doszły mnie gdy turlająca się postać znieruchomiała kilka merów ode mnie należą do popularnie uznanych za obelżywe - w związku z czym cytować ich nie będę. W każdym razie po głębszym zastanowieniu zrozumiałem, że ma pretensje co do braku stopni oraz poręczy na skarpie a także miło by było widziane dobre oświetlenie prowadzącej w dół drogi.

Gdy już skończył swe standardowe narzekanie wziął przykład ze mnie. Rozłożył sprzęt, zarzucił i… czekamy. Długo w sumie nie czekaliśmy. Ostre branie, dzwoneczek dzwoni jak opętany a szczytówka zatacza łuk w kierunku powierzchni wody. Zacięcie, hol i… I sum. Najprawdziwszy, polski sum, taki stalowoszary, z wąsami. Śliczny, tylko dlaczego miniaturka? Nie chodzi nam w żadnym razie o karłowatego patafiana, ale rozmiary zbliżone. Jakieś 20 centymetrów od pyska do ogona. Tego poranka złapaliśmy podobnych egzemplarzy kilkanaście. Nie ważne co wrzucamy do wody. Czerwone robaki – sum, białe robaki – sum, ryż + robali dowolnego koloru – sum. Czas na kukurydzę i chrupki różnych rodzajów. Nic, cisza. W końcu branie na chrupki o bliżej nieokreślonym smaku.

Rybka dziwnie zachowuje się wchodząc w dołki wymyte przez nurt tuż za główką. Wędka co chwilę drży jakby ktoś ją podłączył do prądu. Wyciągam tą „elektryczną” rybkę i komisyjnie stwierdzamy z nagle ożywionym towarzyszem, że moja 34 centymetrowa zdobycz to świnka. Jej pysk nam to podpowiedział. Mija jakieś 15 minut i kolega piejąc z zachwytu wyciąga jej siostrę, tylko starszą bo ma 5 cm więcej. W tym momencie wybaczył naturze niedogodności związane ze stromym zejściem na łowisko. Nagle zaczęło mu się tu podobać.

Niestety sielanka nie trwała długo. Nagle jakby otwarto drzwi w hipermarkecie gdzie organizowana jest doroczna wyprzedaż pojawiają się tabuny ludzi zasiedlające wszystkie widoczne w okolicy główki i łachy. Pół godziny i rzeka jest obsadzona jak pojemnik z karpiami w Tesco przed świętami Bożego Narodzenia. Ryby jakby to wyczuły. 39-centymetrowa świnka mojego towarzysza, to ostatnia wyciągnięta w tym dniu ryba. Mijają 2 godziny a rzeka jakby umarła – za to brzegi żyją... Głośno, plączące się żyłki, pomstowanie sąsiadów na kolejnych sąsiadów że nie potrafią zarzucić tak by nie przerzucić ich żyłek… makabra. A nasze szczytówki miarowo kołyszą się ale jedynie w takt dyktowany im przez nurt wody.

Składamy sprzęt, pakujemy się do samochodu. Niby pora w miarę wczesna, ale przeszła nam ochota na moczenie kijów w wymarłej wodzie i wtulanie uszów w ramię by uniknąć wszechobecnego hałasu. Przejedziemy się w górę rzeki jak blisko się da brzegu i postaramy się lepiej rozeznać teren. Byle dalej od cywilizacji. Szczęście nam dopisuje, już po jakimś kilometrze spotykamy rolnika w ciągniku. Miejscowy. Musi coś wiedzieć. Gdy w końcu udało się nam go skłonić do zrobienia przerwy w pracach polowych mówi nam że on co prawda nie łowi ale słyszał, że dobre miejsca zaczynają się jeszcze z kilometr dalej. Tylko jak tam dojechać? Polna droga wyraźnie oddala się tu od rzeki. Tłumaczenie jak osiągnąć cel przypomina trochę instruktarz starego Czereśniaka z Czterech Pancernych tłumaczącego, że najpierw prosto a potem wedle 3 buczków trzeba dać „od sie” gdzie rolę buczków wyznaczający miejsce skrętu spełnia wiejski kościółek. No dobra, nie takie rzeczy się w życiu odnajdowało.

Łatwo nie było, ale w końcu znaleźliśmy właściwe miejsce. Faktycznie pięknie. Rzeka tu szersza, dwiema główkami wyznaczającymi sporą zatokę o spokojnym nurcie i bystrzynami jak na wodach górskich poniżej drugiej główki. Problem stanowi jedynie elektryczny pastuch dochodzący do samej wody. Pomiędzy ogrodzeniem piękna łąka, na prawo i lewo – drzewa i brak możliwości zejścia do wody. No nic, skoro już tu jesteśmy trzeba spróbować. Może pastuch nie jest podłączony. Delikatnie dotykam go wskazującym palcem i szybko zabieram rękę. Nic się nie dzieje… Już śmielej zabieram się za przyciśnięcie drutu do ziemi aby spokojnie przejść i zobaczyć warunki nad brzegiem z bliska a tu jak mi nagle włosy na głowie nie staną dęba! Właśnie dowiedziałem się że prąd w ogrodzeniu płynie impulsowo...

Skoro tak się nie da trzeba sposobem. Niedaleko widać jakieś zabudowania. Podjeżdżamy do nich. Witają nas dwa jamniki. Po chwili również wita nas Gospodarz. Cieszy się z naszego widoku zdecydowanie mniej niż jego zwierzyna, ale daje się przekonać, że nie zrobimy mu specjalnej szkody wjeżdżając na teren jego łąki. Jesteśmy już na tyle zdesperowani poszukiwaniem spokojnego miejsca że w wyniku twardych negocjacji popartych podarunkiem, przy degustowaniu którego ludzie zazwyczaj opierają się o bufet, dostajemy upoważnienie do wyłączania pastucha i wjeżdżania na upatrzone przez nas łowisko.

Pora zrobiła się dość późna. Wracamy. Spróbujemy tego miejsca za tydzień. Wiedząc już gdzie jedziemy i jakie są warunki terenowe szykujemy się na wyprawę całonocną.
Tydzień później…
Zajechaliśmy na miejsce późnym popołudniem. Opisy przyrody nie są moją mocną stroną więc ograniczę się do stwierdzenia, że słońce pięknie zachodziło po właściwej stronie czyli świecąc w nasze plecy a nie wprost w oczy.

Znieśliśmy nasz majdan na dół i wybraliśmy pierwszą główkę aby rzucać z nurtem mając do dyspozycji zarówno spokojną zatoczkę jak i miejsca z szybszym nurtem. Aby przygotować się na ewentualne niespodzianki ze strony pogody zabraliśmy się za rozbijanie namiociku. Na górze – na dole nie było odpowiednie ilości miejsca nadającego się na jego ustawienie bez ryzyka obudzenia się z kamieniem w tylnej części ciała. Na ile właściwe było to posunięcie – trudno powiedzieć. Gdy odwróciliśmy się w kierunku zabudowań naszym oczom ukazało się stado bydła domowego pędzące na łeb na szyję w naszym kierunku. Już prawie wpadliśmy w panikę bo bydlątka wyrośnięte i znacznie przewyższające nas liczbą. Całe szczęście uruchomił się Max – samiec jamnika – od tej chwili najlepszy pies pasterski jakiego widziałem.

Oj zapracował Maxio na kolację, zapracował... Z głośnym ujadaniem przechodzącym w skowyt puścił się pędem naprzeciw biegnącemu w naszym kierunku stadku, które o dziwo natychmiast zmieniło azymut i rzuciło się do panicznej ucieczki. Trudno uwierzyć ale krowy w chwilach paniki potrafią skakać jak sarenki. Dzięki interwencji psa, najlepszego przyjaciela człowieka, rozbiliśmy spokojnie namiot i zajęliśmy się wędkowaniem. Przez cały wieczór naszą główną zdobyczą były karasie – niewielkie ale w ilości gwarantującej stałe zajęcie. Jamniki Gospodarza zwabione naszym posiłkiem nie odstępowały nas na krok. Gospodarz po wieczornym oporządzeniu trzody wpadł z wizytą. Jak wiadomo na wsi za kołnierz się nie wylewa więc zaprosiliśmy go do degustacji przywiezionych ze sobą win produkcji zaprzyjaźnionego kipera. Mimo że rzecz działa się na Opolszczyźnie, Gospodarz okazał się dobrym Polakiem, i w dodatku okazało się, że aczkolwiek ryb nie łowi, ale wie gdzie miejscowi chodzą. Wspólna degustacja zbliżyła nas na tyle, że wskazał na spokojną wodę nieco powyżej główki na której łowiliśmy i z stanowczo stwierdził, że ryby to są tam, ale na te nasze kiteczki i niteczki to my sobie raczej nie połowimy. A, i na hak to trzeba założyć coś widocznego gołym okiem a nie przez lupę. Następnie zakręcił się na pięcie i wrócił do swych obowiązków.

Popatrzyliśmy z kolegą na mało zachęcającą wodę w miejscu wskazanym przez tubylca upstrzoną tam i ówdzie wystającymi nad powierzchnię gałęziami. W dodatku jak tu rzucać „pod nurt” a do tego brzeg wyglądał niezbyt ciekawie ze względu na swoją stromiznę. Wspólna decyzja: zostajemy gdzie jesteśmy. I w dodatku jakie kijeczki… federki jak tralala, żyłka 0,28 wcale cienka nie jest. Z kolej czerwone robaczki i mady to popularna przynęta i zazwyczaj się sprawdza. Może i tu mieszka, ale nie zna się na wędkowaniu.

Noc upłynęła spokojnie. Nie licząc drobnego incydentu… W odległości metra, może dwóch metrów od brzegu coś plusnęło się z energią równą rasowej teściowej spadającej z wysokiego mostu do głębokiej wody. Bryzgi sięgnęły aż do nas, leżących na łóżeczkach wędkarskich tuż przy brzegu, wprawiając szczególnie mojego przyjaciela w takie zdumienie, że oczy jego przypominały lemura cierpiącego na wytrzeszcz gałki ocznej. Zresztą może nie było to zdumienie a przerażenie. Być może moje oczy zareagowały podobnie, ale nie miałem okazji zerknąć w lusterko by to stwierdzić.
Do rana nic specjalnego się nie działo. W końcu wpadliśmy na pomysł by spróbować zarzucić w szybki nurt. I choć szczytówki natychmiast rozpoczęły wariacki taniec wywołały przez mocny prąd… Bingo!!!

Trzeba było jedynie wypatrywać zmian w rytmicznym kołysaniu. Zostawiliśmy po jednej wędce i przez jakąś godzinę żerowania połączonego stada świnek i brzan wyciągnęliśmy razem chyba ze czterdzieści sztuk. Pięknie ubarwione świnki i brzany w rozmiarach od jakichś 20 do 50 centymetrów. Po godzinie brania się skończyły ale nam nawet było to na rękę – po walce z rybami holowanymi w szybkim nurcie pot lał się z nas jak ze strażackich sikawek. Kilka sztuk zabraliśmy ze sobą – oczywiście tych największych, aby w sposób kulinarny uczcić nasz tryumf…
Do zobaczenia za tydzień…

Faktycznie – znów wyprawa na nocne wędkowanie. Pogoda dopisuje, nastroje również. Niemniej jednak w ciągu tygodnia kilka razy dyskutowaliśmy na temat uwag przekazanych przez Gospodarza. Dlaczego twierdził, że należy rzucać w tak mało atrakcyjnym miejscu powyżej? Dlaczego na półkach stromego brzegu znalazły się opakowania po robakach, których nie było na główce? Czym mogła byś rdzawa plama na wysmażonej słońcem glinie powyżej zasiedlonej przez nas główki? Co mogło nas ochlapać podczas nocnej drzemki nad brzegiem? Postanowiliśmy to zbadać.

Jak zwykle, rozbicie prowizorycznego obozu, montaż sprzętu i przynęta w wodę. Tym razem dołożyliśmy duże haki i wątróbkę. Pierwsza godzina cisza. Druga godzina cisza. Zaczyna zmierzchać. Nagle ożywa szczytówka wędki zarzuconej z wątróbką w ramach przynęty w tajemnicze, wskazane przez Gospodarza miejsce. Nie moja wędka, więc udaję, że nie widzę. Ale kolega stoi już z ręką wyciągniętą w kierunku kija, którym nagle ni z tego ni z owego wygina się niczym łuk tryumfalny i wraz podpórką wyskakuje z ziemi rozpoczynając powietrzną podróż w kierunku wody. Na szczęście kolega łapie go w ostatniej chwili i przeżywa chwile ekstazy.

Chwile są krótkie… ryba zmierza, a nie sposób jej powstrzymać, w kierunku środka rzeki. Żyłka świszcząc jak dobrze naciągnięta struna w gitarze idzie płasko i nagle słyszę głośne przekleństwo poprzedzone silniejszym dźwiękiem przypominającym… nie wiem co przypominającym. W każdym razie zanim usłyszeliśmy ten dźwięk żyłka według relacji mojego towarzysza zeszła niżej i chyba przetarła się na jakimś progu schowanym tuż przy powierzchni. Zdobyliśmy kolejne doświadczenia…

Tydzień później…
Żyłka 0,40… Mówi wam to coś?
Analogicznie jak w zeszłym tygodniu energiczne branie (tym razem podpórka wbita na tyle mocno, że wytrzymała). Żyłka 0,40 naprawdę wiele może… Tylko wędka podczas zacięcia strzeliła niczym suchy badyl.

Tydzień później…
Uzbroiliśmy się w morskie kije. Tym razem nic nam się nie wymknie. Wątróbka w wodę i czekamy. Pierwsze brania zarówno u mnie jak i towarzysza owocują wąsatymi szkutami o długości nieco przekraczającej 50 cm. Ale nic, na pewno po zmroku znów się zacznie żerowanie starych wąsali. Nie udało się nam tego sprawdzić. Dlaczego? Na pusty hak nic raczej nie weźmie. Robaka na niego nie nabijemy bo jest chudszy i krótszy od metalowego trzonka. Rosówek nie nauczyliśmy się łapać. A wątróbkę zapomnieliśmy zamknąć szczelnie w pojemniku co spowodowało żywiołowy napad radości u towarzyszących nam psów Gospodarza. Poznaliśmy to po ich zadowolonych minach gdy oblizywały się patrząc w nas maślanymi oczkami…

To już właściwie koniec opowieści w odcinkach, ale na zakończenie postaram się udzielić kilku mniej lub bardziej dobrych porad, których źródłem jest nasze wspólne doświadczenie zdobyte podczas opisywanych wypraw.
I tak od początku:
1. Jeśli nie chcesz wędkować samotnie podczas gdy twój towarzysz chrapie w samochodzie – wyłącz silnik a już absolutnie pod żadnym pozorem nie kupuj samochodu z ogrzewaniem postojowym. Wychłodzenie blaszanej puszki połączone z brakiem możliwości rozprostowania kończyn zapewne wkrótce sprowadzi go nad brzeg…
2. Jeśli nie chcesz nocą sprawdzić na własnej skórze jakie jest przyspieszenie ziemskie dla żywego obiektu staczającego się ze skarpy na główkę lub w wodę – zabierz ze sobą latarkę, nie ufaj światłu księżyca. Czasem (o ile w ogóle świeci) zasłaniają go chmury…
3. Jeśli nie odpowiada ci wędkowanie w towarzystwie zgrai napalonych na kawałek mięsa pseudo-wędkarzy, poszukaj miejsca gdzie nie da się dojechać środkami komunikacji miejskiej, a najlepszym środkiem transportu właściwym dla ukształtowani terenu, jest ciągnik rolniczy lub coś podobnego…
4. Jeśli nie wiesz w którą stronę jechać – zapytaj tubylca. Najlepiej takiego, który nie wygląda na miejscowego wędkarza. Ten prawdziwy wędkarz z pewnością nie wskaże ci miejsca właściwego gdyż będzie zazdrosny o twoje efekty…
5. Jeśli natrafisz na miejsce, które Ci się podoba lub po prostu przystaje do twych zamiarów, postaraj się zdobyć życzliwość ludzi korzystających z niego w tych czy innych celach. Pozwoli ci to na przykład uniknąć wstrząsającego przeżycia jakim jest organoleptyczne testowanie elektrycznego pastucha…
6. Jeśli rozkładasz nad wodą sprzęt biwakowy, pamiętaj by na przykład namiot nie był czerwony. Nie zawsze znajdzie się pies pasterski ratujący cię z opresji przed stadem bydła, które w dodatku wcale nie musi składać się z mlecznych samic…
7. Jeśli zasypiasz w bezpośredniej bliskości swego towarzysza, a w dodatku jest ci zimno – pamiętaj aby nie mylić biwaku z sypialnią. Założenie nogi na śpiącego towarzysza może zostać odebrane zupełnie inaczej niż byś sobie tego życzył…
8. Jeśli jakimś staropolskim sposobem przekonasz tubylca do szczerych zwierzeń w temacie okolicznych wód – słuchaj go uważnie i dokładnie analizuj co mówi. I tak co następuje:
- jak mówi że rzucać w mało atrakcyjne z pozoru miejsce – spróbuj, gdyż pudełka po robakach świadczą, że ktoś (fleja nie wędkarz - bo nie sprząta) tu łowi, a skoro jest daleko od cywilizacji to musi być miejscowy i znać wodę.
- rdzawa plama na brzegu niekoniecznie musi być dowodem morderstwa, może po prostu ktoś łowił tu na wątróbkę. Spróbuj i ty.
9. Jeśli sądzisz że wytrzymałość wędek i żyłek podawana etykietach jest prawdziwa, może okazać się, że jesteś w błędzie.
10. Jeśli już założysz mocną żyłkę lub plecionkę, pamiętaj że słabszym ogniwem może okazać się sama wędka.
11. Jeśli uważasz, że pies jest najlepszym przyjacielem człowieka to jesteś bardzo daleki od prawdy. Nic z tych rzeczy… najpierw niby ratuje cię z opresji przed zwierzyną domową a następnie wbija ci nóż w plecy i wyżerając jedyną odpowiednią przynętę pozbawia cię możliwości zdobycia wspaniałego trofeum… Zamykaj szczelnie przynętę, jeśli czyha na nie nie tylko ryba…


Materiał zgłoszony na konkurs wedkuje.pl.


 


4.6
Oceń
(144 głosów)

 

Przed łowieniem ryb na nowym łowisku - posłuchaj tubylca - opinie i komentarze

jacekmaciej3jacekmaciej3
0
Troszkę się kolega nameczył jak widać przy pisaniu :), dla mnie 5, wszysko opisane z nutką humoru, a porady super!! (2009-09-30 14:18)
TddzTddz
0
Świetna historia :). Ciekaw jestem jakiej wielkości była ta ryba i szkoda, że pan nie spróbował jeszcze raz bo myślę, że wtedy mogłoby to coś w końcu zostać wyciągnięte. (2009-09-30 18:49)
spokojnyspokojny
0
No kolego 5***** porada bardzo trafna a i warsztat niezły, i już z niecierpliwością czekam na następny artykuł . Życzę Ci dobrego wyniku tą poradą a miejscowych naprawdę należy słuchać " tatko, tatko! tam ! człowiek . - E tam człowiek , pewno jaki tutejszy."
Pozdrawiam (2009-09-30 20:06)
MYQ79MYQ79
0
No Kolego powiem szczerze że to jeden z niewielu artukułów jakie ostatnio tu przeczytałem... i muszę powiedzieć że nie wynika to z mojego lenistwa bądź też niechęci o zdobywania wiedzy... powód jest bajecznie prosty - BRAK dobrych artykułów!!!
No ale wracając do rzeczy muszę powiedzieć że ode mnie dostajesz 5 :) bardzo fajny artykuł, podoba mi się poczucie humoru z jakim wszystko oppisałeś, a same porady są poprostu bezcenne ;)
pozdrawiam i czekam na nastepne artykuły ;) (2009-10-01 07:55)
chris061chris061
0
Jak najbardziej 5 (2009-10-01 09:59)
janglazik1947janglazik1947
0
Za artykół 5.Opisałeś to tak jak jest w naszym wędkarskim życiu.Jeśli uciekac od gwaru i hałasu to tylko w zgodzie z tubylcami,to jedyny sposób na przeżycie wędkarskiej przygody.Moje gratulacje,a po te ryby to radzę Ci jeszcze wrócic. (2009-10-01 11:32)
oki76oki76
0
Super.Wielkie 5 .Czekam z niecierpliwością na następne twoje opisy przygód... (2009-10-01 14:28)
mapet77mapet77
0
Z nutką humoru ale porady jak najbardziej słuszne. Nocne wędkowanie odbiega od tego w dzień w 100% i jeśli nie jesteśmy do tego przygotowani to moze się to skończyc tragicznie. 5* ode mnie za bardzo dobry tekst i porady. Pozdrawiam (2009-10-01 15:01)
lpoujlpouj
0
dzięki za porady 5 (2009-10-01 15:37)
użytkownik10172użytkownik10172
0
Jeden z najlepszych artykułów, jakie czytałem na tym portalu. Widać, że "długopis" nie przeszkadza Ci w pisaniu. Interesujące podejście do tematu "wędkarskich porad", przesiąknięte bardzo dobrym humorem. Tekst długi ale się nie dłuży. Co do treści, to polecam Odrę w Raciborzu, miejscówki bardzo ciekawe wędkarsko, urokliwe i nie ma tłumów na główkach (z drugiej strony świnek też nie uświadczysz). Dla takich artykułów skala 1-5 jest za mała. Zatem ze smutkiem wstawiam "tylko" "5". (2009-10-01 16:00)
użytkownik22572użytkownik22572
0
Fajny artykuł tylko zdjęć troszkę mało. Może następnym razem któraś z rybek albo chociaż pies? A przy okazji sprawdza sie stare przysłowie że sukces rodzi sie w domu. Uważam że do każdegowyjazdu trzeba się przygotować no chyba ze codziennie łowi się tak samo i rozpoznanie ważne jest. W tłumie to ani ryby ani spokoju. (2009-10-01 18:44)
waldek1975waldek1975
0
Wszystkim wpisującym się w tym miejscu serdecznie dziękuję, dzięki Waszym mobilizującym komentarzom obiecuję nie spocząc na laurach i wkrótce (w miarę wolnego czasu) coś nowego zamieścić. Co do zdjęć - będą, jeśli chcecie również te z pieskami:) Jak znajdę to nawet brzanę pokażę...
Serdecznie pozdrawiam wędkarską brać.... autor:) (2009-10-01 19:06)
KalikKalik
0
Super artykuł i wiele w nim prawdy!! Sam od wielu lat wędkuję w Odrze na początku przygody z rybkami z Ojcem teraz sam lub z żoną i faktycznie podpiszę się oboma dłońmi pod tym artykułem jeśli chodzi o zdobycie miejsca i ciszę nad wodą. Prawdą jest to, że jeśli do łowiska można dojechać autem, to można śmiało zapomnieć o ciszy i samotności nad wodą. Pozdrawiam autora artykułu i mam nadzieje, że kiedyś spotkamy się nad wodą....ale z dala od tych wielkich rzeszy często mylnie mieniących sie mianem wędkarzy. Bez urazy dla kolegów po kiju, mam tu na myśli sposób zachowania się nad wodą i to co pozostaje po takich na łowisku.....ale to temat rzeka.....nomen omen, na inny temat. Pozdrawiam Mariusz. (2009-10-01 20:02)
użytkownik13699użytkownik13699
0
Za artykół oczywiście calutkie 5 *. Muszę koledze przyznać rację. W związku z tym, że sam zostałem "zesłany" przez los, w wody Katowickie, mam jakoweś rozeznanie i porównanie jeśli chodzi o stan samych wód i rybostanu w wodach województwa śląskiego. Jestem rodowitym opolaninem i na odrze się wychowałem. NIE MA, JAK NAD ODRĄ !!! Sam bardzo często jeżdżę nad tę rzekę i szczerze polecam.

Pozdrawiam i połamania kija zyczę. (2009-10-01 20:05)
BZYCZEKBZYCZEK
0
Super artykuł i poczucie humoru 5 * (2009-10-01 20:27)
użytkownik6876użytkownik6876
0
Bardzo fajnie piszesz Kolego , przeczytałem i oceniłem wczoraj , 5 oczywiście , czekam na więcej . P.S . Do rad w miarę możliwości obiecuję się stosowac.Pozdrawiam . (2009-10-01 20:50)
glapaglapa
0
na rzekach nie wędukje bo poprostu nie umie albo nie znam odpowiednich miejsc mieszkam nad drwęcą a tram różnie bywa gdybym mieszkał nad wisłą napewno bym łowił ale porady zapamietam opis też był super masz 5. (2009-10-01 20:54)
peres123peres123
0
Świetnie napisany tekst miejscami mrożący krew w żyłach z dużą dawką humoru,trzymający w napięciu. Z wieką ochotą przeczytalem całość bo nie można było przerwać. Bardzo trafne uwagi jak również porady wędkarskie zaczerpnięte z doświadczenia a te są zawsze najlepsze. Za całokształt oczywiście 5-teczka i życzę wielu przygód nad wodą o których chętnie poczytam. (2009-10-01 21:05)
użytkownik19891użytkownik19891
0
Świetny artykuł.A co dam będę się rozpisywał.Oczywiście 5 ;) (2009-10-01 21:36)
kociskokocisko
0
Bardzo fajnie opisne i z dużą dawką humoru. Pozostaje tylko pozazdrościć przygód i wypraw ;) (2009-10-01 22:24)
jurekjurek
0
Witam , bardzo ciekawie i z nutka humoru ........................ takich opowiadań brakuję Nam w Naszym Portalu .................Daje piątala z plusem i mam nadzieję , że wygrasz ten konkurs ............ pozdrawiam Jurek . (2009-10-02 11:13)
EdelEdel
0
Bardzo ciekawy opis wędkarskich przygód stąd czyta się o nich z dużą przyjemnością. Szkoda tylko, że ryba jest z reguły tam, gdzie nie możemy dotrzeć. A ona biedna tam czeka. Za artykuł 5 z plusem i życzę powodzenia w konkursie. (2009-10-02 18:40)
warunwarun
0
Hej. Jak popatrzylem w pierwszym momencie na rozmiar artykułu to mi sie odechcialo czytac... ale co mi tam, jak bedzie "jak zwykle" to dam sobie spokój. I nagle koniec!!! skandal, ja chce jeszcze :D kurde szkoda ze mozna max 5, bo bys dostal duzo wiecej. Powiem tak, uwielbiam ciekawe artykuły, cenne porady i wogole, ale najbardziej lubie te rzeczy ubrane w humorystyczna opowiesc w stylu "z życia wzięte", które to powodują chęć natychmiastowego, nagłego, bezkompromisowego, nieodwołalnego, niedopowstrzymanianawetprzezzone wstania, ubrania się w swoje ulubione ciuchy i wyjscia z domu, zapakowania kijaszków do wozu i udania się nad wode w celu oddania się jedyniesłusznemuiukochanemu zajeciu :) Tak wlasnie dziala twoj artykół. Gratuluje i poprosze o wiecej :) Oczywiscie ocena 245 ale moge 5 jedynie nad czym ogromnie ubolewam. (2009-10-02 20:26)
Irek Irek
0
Bardzo ciekawy artykuł, przyjemnie się czytało. Życzyć mogę tylko powrotu nad wodę w to urokliwe miejsce i złowienia tego co ochlapał. (2009-10-03 19:45)
zdzich1zdzich1
0
Masz zadatki na literata albo nim jesteś.Artykuł naprawdę dobry.Oczywiście oceniam na piątkę z plusem.Co do łowiska to masz rację nie ma to jak rzeka.Ja bardzo rzadko łowię na rzece ale będę musiał to zmienić i być częstszym bywalcem nad taką wodą.
Pozdrawiam i życzę dalszych sukcesów,tak literackich jaki wędkarskich. (2009-10-04 21:55)
zdzich1zdzich1
0
Super artykuł z zacięciem literackim.Oceniam oczywiście na piątkę. (2009-10-04 21:59)
mlynmlyn
0
Ale miałeś natchnienie...na pięć zresztą. (2009-10-05 00:05)
gorgangorgan
0
Witam.Nareszcie jakiś fajny tekst. Czyta sie go rewelacyjnie, jak dobrą powieść przygodową. Porady też trafne i to fantastyczne poczucie humoru. Jak bym mógł to bym dał 10, ale że nie mogę to daję 5 (2009-10-05 08:10)
waldek1975waldek1975
0
Witam wszystkich i dziękuję serdecznie za ciepłe słowa. Postaram się czasem coś podrzucić, by koledzy, którzy mieli na tyle duże zacięcie by przeczytać moje wypociny mieli znów co robić przy ekranie...
Naprawdę wszystkim Wam bardzo dziękuję za uznanie, komentarze...
Połamania kija (nie na kolanie rzecz jasna)...
Waldek (2009-10-05 11:50)
perwerperwer
0
zajefajne pisanie.Polecam zając sie zawodowo pisaniem,widac ze sa predyspozycje.Super sie czyta i pozdrawiam bratnie wedkarsko dusze (2010-07-25 11:47)
dawids214dawids214
0

Hej. Jak popatrzylem w pierwszym momencie na rozmiar artykułu to mi sie odechcialo czytac... ale co mi tam, jak bedzie "jak zwykle" to dam sobie spokój. I nagle koniec!!! skandal, ja chce jeszcze :D kurde szkoda ze mozna max 5, bo bys dostal duzo wiecej. Powiem tak, uwielbiam ciekawe artykuły, cenne porady i wogole, ale najbardziej lubie te rzeczy ubrane w humorystyczna opowiesc w stylu "z życia wzięte", które to powodują chęć natychmiastowego, nagłego, bezkompromisowego, nieodwołalnego, niedopowstrzymanianawetprzezzone wstania, ubrania się w swoje ulubione ciuchy i wyjscia z domu, zapakowania kijaszków do wozu i udania się nad wode w celu oddania się jedyniesłusznemuiukochanemu zajeciu :) Tak wlasnie dziala twoj artykół. Gratuluje i poprosze o wiecej :) Oczywiscie ocena 245 ale moge 5 jedynie nad czym ogromnie ubolewam. [2009-10-02 20:26]

(2010-08-27 10:11)
baloonstylebaloonstyle
0

Hoho no ładnie się na produkowałes, duże natchnienie :))

Ale to się ceni :))

dobre rady :))

Piąteczka pozdrawiam :))

(2010-09-20 10:42)
andunekandunek
0
świetny artykuł !!! nieźle się pośmiałem !!! :)
(2010-10-14 21:53)
użytkownik26041użytkownik26041
0
calkiem wesoly artykul nie zle sie ubawilem miejscowi wedkarze zawsze wiedza  gdzie lowic ryby nalezy ich nie raz posluchac (2010-10-18 18:12)
1z2z3z41z2z3z4
0
super się czytało - spokojnie daje  ***** - mam nadzieje,że Kolega opisze dalsze przygody nad rzeką bo zrobiło się bardzo ciekawie
(2010-12-03 07:55)
slabilslabil
0
Super artykuł do poczytania przed snem /może mnie chociaż przyśni się taka przygoda/ :)
Bardzo ciekawe i humorystyczne opowiadanie.Ocena-oczywiście *****.                      
Połamania kija i kolejnych ciekawych przygód.
(2011-01-12 22:59)
auratus 2auratus 2
0
Witam serdecznie .Super artykuł .Najlepszy jaki czytałem . Po prostu perfekcyjny .Marnujesz człowieku Swój talent .Jak zobaczyłem na początku rozmiar tekstu to już miałem się poddać ale zaryzykowałem i bingo . Nie wiem czy w latach młodości jak czytałem serię o tajemniczy wyprawach Tomka miałem taką pasje jak teraz czytając Twój artykuł . Czy może napisałeś coś jeszcze z przyjemnością przeczytam .Jak ja chodziłem do szkoły to najwyższa był 5 -ka ale teraz dają 6-ki .Pełna szóstka z plusem .
(2011-02-22 07:34)
okonek06okonek06
0
bardzo mi się podobał,chcę więcej  (2011-03-10 22:05)
okonek06okonek06
0
bardzo mi się podobał,chcę więcej  (2011-03-10 22:05)
marcinomarcino
0

Zaczne od oceny 5 nie inaczej za tak wciagający tekst. Czytałem z zaciekawieniem i rozczarowałem się tym że opis się skończył.

Życzę Ci kolego więcej tak wspaniałych przygód wędkarskich i bardziej owocnych wyników.

Wszystko przychodzi z czasem i zbieranym doświadczeniem. Pamiętam pierwszą wyprawe na nocne wędkowanie - przygotowanie jak teraz wspominam zerowe , ale z czasem zdobywamy wiedze i mamy co wspominać , pośmiać się można z naszych przygód i oby wszystkie kończyły się tak jak kolega opisał.

Wędkowanie w nocy wymaga odpowiedniego przygotowania i rozpoznania miejsca za dnia.

Miejscowi zawsze podpowiedzą coś ciekawego i nawet z niewiarygodnej opowieści trzeba wyciągnąć wnioski i spróbować bo może okazać się to naszym wędkarskim sukcesem.

Też nie przepadam za miejscami bardzo obleganymi i pozaostaje szukanie mało odwiedzanego miejsca , aby rozkoszować się otaczającą przyrodą i połowić w ciszy i spokoju. 

Już teraz nie mogę doczekać się wyprawy na nocne wędkowanie bo ma ono swój niepowtażalny klimat. Podziwianie zachodu słońca , cisza w okół i odgłosy otaczającej nas przyrody.

Po nocy podziwiać wschód słońca nad wodą i jeśli rybki biorą czego można chcieć więcej.

(2011-03-19 20:21)

skomentuj ten artykuł