Reklama
  • wedkarz2309 2014-03-11 10:04:59

    Wczoraj kolejny wypad z feederami. Rano, gdy tylko otworzyli sklepy, poleciałem po świeże pieczywo, zrobiłem sobie "wałówę" na cały dzień, zjadłem śniadanie i ruszyłem w drogę. Jeszcze po drodze zaopatrzyłem się w robactwo i trafiłem na mały korek, gdyż przed samym mostem na Odrze, policja sprawdzała trzeźwość wszystkich kierowców. Szybkie "dmuchnięcie" i dalej w drogę.

    Nad wodą byłem przed godz. 9. Wybrałem się w miejsce, gdzie podobnież jeszcze niedawno brał fajny jaź. Postanowiłem to sprawdzić i na samym początku obskoczyłem cały zakręt, ale łusek nigdzie nie było. Ustawiłem się na jednej ostrodze, ale niemal do godz. 11, nie zanotowałem najmniejszego brania. Przeniosłem się więc na inną główkę, której basen jest zdecydowanie głębszy. Gdy pierwszy zestaw opadał na dno, miałem wrażenie, że "jadę" po rybach. Chwilę po opadnięciu, nastąpiło piękne branie. Miałem wielką nadzieję, że to będzie jaź. Niestety, był to krąp 31, który w dosyć silnym uciągu, bardzo fajnie walczył.

    Ta ryba dała mi nadzieję, że pozostanę tutaj do końca dnia i że doczekam się w końcu pięknych jazi. Niestety, kolejne łowione sztuki, to były same krąpie. Największy z nich miał 32 cm.

    Kilka szybkich brań i... koniec. Woda zaczęła rosnąć, zestawy zaczęły być bardzo mocno napierane przez wzrastającą siłę prądu wstecznego, a brania ustały. Szybka decyzja - jadę gdzie indziej.

    Gdy dojeżdżam na miejsce, widzę, że woda już zaczęła opadać. Nie zdążyłem zarzucić drugiej wędki, a już na pierwszej było piękne branie - płotka ok. 30 cm. Jak na miejscówkę przystało, dominowała płoć i to głównie ona lądowała na brzegu. Udało mi się złowić kilka sztuk do 30 cm, a także jazia i dwa klenie, ale były to małe ryby (do 30kilku cm).

    Popołudniu nastała dłuższa przerwa w braniach, aż tu nagle, przed godz. 17, notuję na moim ulubionym feederze kapitalne branie. Szybko biorę kij do ręki i czuję bardzo sympatyczny opór, który się ani szarpie, ani odjeżdża.  Na delikatnym zestawie nie bardzo też mogę podciągnąć do siebie tego, co jest na końcu zestawu. Ryba nie przemęcza się zbytnio, zachowuje się tak, jakby czuła, że zestaw jest delikatny i nie musi się nad wyraz "gimnastykować". Gdybym miał na przyponie, np. 0,18 mm, to wyglądałoby to zupełnie inaczej. Ale nie narzekałem na delikatność zestawu - tym bardziej, że trzymałem ulubionego, bardzo lekkiego feedera, na którym czerpie się mega frajdę z holu.

    Przy brzegu, ryba zaczęła "chodzić" zdecydowanie żwawiej. Gdy się pokazała, zobaczyłem fajnego klenia (45+ cm). Hol jeszcze chwilę potrwał i mogłem go spokojnie podebrać. Ależ groteskowo wyglądał ten mały haczyk, przy takiej wielkiej paszczy. Wydawał się być wręcz mikroskopijny. Ryba była zapięta bardzo delikatnie, a grot wyszedł, jak z masła. Nie był to rekordowy okaz, ale mały też już nie był - miara pokazała 47 cm, a do tego był w świetnej kondycji - był zdrowo "przypakowany".

    Po szybkiej sesji zdjęciowej, odpłynął natychmiastowo. Jest to ryba, która sprawiła mi w trakcie holu, największą frajdę - w tym roku oczywiście.

    Gdy zaczynało się ściemniać, ponownie uaktywniła się płotka. Niestety nie były to duże osobniki - do 30 cm. Miałem w planach pozostać jeszcze trochę po zmroku, więc nazbierałem drewna i rozpaliłem ognisko - gdy tylko zrobiło się ciemno, pojawił się szron, a więc za ciepło nie było i "grzejnik" był bardzo przydatny.

    Liczyłem, że w nocy ruszy się większa płoć, może leszcz. I owszem, ruszyły się, ale te małe osobniki. Udało mi się złowić dwa leszcze po ok. 35 cm i kilka płotek do 31 cm.

    Chętnie bym jeszcze posiedział, ale trzeba trochę odpocząć i nazbierać sił na jutrzejsze łowy, więc o godz. 23, zawinąłem się do domu.

    Ten dzień, po raz kolejny pokazał mi, jak ważne jest odpowiednie wybranie miejscówki. Na początku dnia, łowiłem w basenie, w których chyba nie było ryb. Zmiana miejsca, przyniosła natychmiastowe brania. Ostatecznie udało mi się złowić 11 płoci, 6 krąpi, 3 klenie, 2 leszcze i jazia.

    Odrzański kleń - 47 cm.

  • molibdenowyM22 2014-03-11 23:17:34

    rozumiem,że łowiłeś w basenie między klakami?uchylisz rąbka tajemnicy i powiesz w jakim miejscu miedzy główkami masz takie efekty??U nie z kolei na prostce odnotowałem mizerne wyniki.

  • wedkarz2309 2014-03-13 17:35:11

    Jasne, to akurat jest żadną tajemnicą. O dziwo, najwięcej ryb mam wtedy, gdy posyłam zestawy... bliżej warkocza. Głębiej w basenie, mam gorsze wyniki.



    Kolejny dzień nad wodą, za nami. Wczoraj, wybrałem się wraz z kolegą na Odrę, w poszukiwaniu jazi. Tym razem wybraliśmy jeszcze inne miejsce. Nie była to dla mnie zupełnie nowa miejscówka, gdyż w latach ubiegłych, zdarzało mi się tutaj łowić. Biorąc pod uwagę niski stan wody, można było się spodziewać, że będzie to jedna z najlepszych miejscówek na ten gatunek ryby - postanowiliśmy to sprawdzić.
    Kulminacja potężnego wyżu (według meteo do 1037 hPa) sprawiała, że nie napalaliśmy się na "bombardowanie" przez ryby. Bardziej chcieliśmy sprawdzić, jak ma się owa miejscówka z głębokością (dwa lata bez "odwiedzin", mogło znacząco zmienić dno), a jak się coś trafi, to będzie fajnie.
    Na miejscu jesteśmy tuż po godz. 6 rano. Dojazd jest koszmarny, ale dodatkowe rysy na lakierze, czy ewentualne zakopanie się, nie mają znaczenia - udaje się, dojeżdżamy tam, gdzie chcieliśmy. Na sam początek jeden kij do ręki i sondowanie dna. Wszędzie jest bardzo podobnie z głębokością (dosyć płytko, ale wystarczająco, aby liczyć na udane łowy), więc ryba może być dosłownie wszędzie i będzie trzeba jej szukać.
    Wszystkie cztery kije w wodzie i czekamy. Na brania oraz słońce, które jest za drzewami. A przydałoby się, gdyż w cieniu wciąż jest na minusie i za ciepło nie jest. Przed godz. 9, doczekaliśmy się pierwszego brania. Ryba wzięła na daleko wyrzucony zestaw, więc hol chwilę trwał, ale z powodu rozmiarów ryby, był bardzo przyjemny. Styl walki zdradzał, iż jest to leszcz. Jak na swój rozmiar (55 cm), to walecznością na kolana nie powalał, ale swoje i tak "pochodził". Była to samica, ale widać było po niej, że do tarła jeszcze nie jest wcale tak blisko.
    Dosłownie 20 minut i kolejne branie na ten sam zestaw. Miałem dwuletnią przerwę w "stadnym" połowie jazi i zdążyłem zapomnieć, jak walczą, ale gdy tylko zobaczyłem, że jest to jaź, od razu sobie przypomniałem, że te energiczne szarpnięcia, nieco przypominające szczupaczy styl walki (oczywiście bez przesady), to właśnie jaź. Oczywiście chwilę się poszamotał przy brzegu, ale już za pierwszym razem dał się podebrać. W wodzie wydawał mi się mniejszy, ale gdy go wziąłem do ręki i mogłem się spokojnie przyjrzeć, zmieniłem zdanie. Był to bardzo przyzwoity jaź, na około czterdzieści pięć centymetrów. Miarka to potwierdziła - równe 45 cm, a więc medalowy próg osiągnięty. Jazie też do tarła mają jeszcze "kawałek", czego dowodem jest właśnie ten samiec, którego przed tarłowy "papier ścierny", jest jeszcze bardzo delikatny. A więc ten brak zimy, wcale tak mocno nie przyspieszy tarła, jakby to się mogło wydawać.
    Chwilę po jaziu, trafił się 20+ jelec i nastała długa cisza, która była spodziewana. Gdy tylko słońce wyszło zza drzew i poczuliśmy ciepło... "odlecieliśmy", przysypiając na fotelach, nie wiedząc, kiedy. Gdy się przebudziłem, postanowiłem, że nie ma poddawania się, a spanie poczeka do wieczora. Na jeden z zestawów, uwiązałem bardzo długi, przeszło dwumetrowy przypon - może to będzie to i coś się jednak złowi w tym wyżowym słońcu. I owszem, efekt był wręcz natychmiastowy, ale tylko w postaci kilku bardzo delikatnych brań, z których nic więcej nie wynikło.
    Bardzo liczyłem na wieczór. W godzinach późno popołudniowych ciśnienie miało już zacząć leniwie opadać i miało wynosić o 1-2 hPa mniej, niż godzinach południowych. Zacząłem też szukać ryb w łowisku jeszcze intensywniej, niż za dnia, czy z rana. Gdy zaczął zbliżać się wieczór... szczytówki ożyły. Dokładnie o godz. 17, zanotowałem piękne branie, a jego sprawcą był jaź, który miał równo 40 cm. Tym razem była to samica.
    Podczas holu, miałem branie (prawdopodobnie też jazia) na drugiej wędce, ale ryba się nie zapięła. Chwilę później na brzegu wylądował kolejny jaź, ale ten był już z tych mniejszych. Na oko miał 35-37 cm.
    Czwarty jaź tego dnia, należał do kolegi. Niestety był jeszcze mniejszy (ok. 25 cm). Gdy zrobiło się ciemno, dwa brania zaliczył Michał. Trafił płoć 35 cm i ok. 30 cm jazia. Łowy skończyliśmy po godz. 20.
    Jak na 14 godzin łowienia, to wynik marny, gdyż udało mi się złowić raptem 3 jazie, leszcza, jelca i krąpia, a koledze 2 jazie i 2 płocie, ale biorąc pod uwagę fakt, iż łowiliśmy w dniu, kiedy bardzo duży wyż osiągnął swój "szczyt" i woda w ciągu dnia kilkukrotnie szła do góry i w dół, myślę, że ten wynik może być kapitalnym prognostykiem na to, co powinno się dziać, gdy zrobi się "odpowiednia" pogoda. No i obadaliśmy na nowo miejscówkę, która jest bardzo ciekawa i już planujemy wybrać się w to miejsce, na 2-3 dniowy wypad. I chyba najważniejsze - znaleźliśmy jazie.

    Pierwsza w tym roku ryba, pow. połowy metra: leszcz 55 cm.

  • Reklama
  • wedkarz2309 2014-03-16 18:18:17

    Kolejna w tym roku nocka, przeszła do przeszłości. "Głęboki" niż, który nadszedł w nocy z piątku na sobotę, jest widzialny oraz słyszalny w całym kraju. Jednak zapowiadane opady deszczu oraz bardzo silny wiatr, nie zmusiły nas do siedzenia w domu, przez cały weekend. Wiatr wiatrem, ale większym zmartwieniem był deszcz, który nie pozwoliłby nam wrócić do domu - zakopanie się, gwarantowane. Ale z "pomocną ręką" przyszedł Gruncik (gruncik28), który zaoferował się, że możemy pojechać jego terenówką. Tak też zrobiliśmy, ale od początku.
    Z tej racji, iż w piątkowe popołudnie Michał miał komisję wojskową i nie mogliśmy wyjechać wcześniej, kolega zapakował się do auta już rano, aby nie wracać po komisji do domu i niepotrzebnie tracić czasu. Po godzinie 15, był już po wszystkim i odebrałem go z umówionego miejsca. Po drodze zajeżdżamy po Pawła, gdzie przenosimy swoje "graty" do jego auta i ruszamy w dalszą drogę. Na miejsce docieramy o godz. 17, a więc niewiele przed zachodem słońca i na sam początek, trzeba nazbierać drewna na ognisko. Koledzy siedzą razem, ja ustawiłem się kilkadziesiąt metrów obok.
    Gdy zrobiło się ciemno i widziałem, że u chłopaków już się pali ognisko, postanowiłem pójść do nich i sprawdzić, w którą stronę leci dym, aby wiedzieć, jak się najlepiej "ustawić". Poszedłem i po krótkiej rozmowie stwierdziliśmy, że jest za mało drewna, a na szukanie przy latarkach czołowych, to będzie "ciężka sprawa", więc postanowiliśmy, że przeniosę się do nich i wtedy powinno starczyć zapasów do rana - tak też zrobiliśmy.
    Z wieczora, póki był jeszcze wyż i piękna słoneczna pogoda, Michał trafia małego krąpia. Noc, podczas której miał nastąpić spadek ciśnienia o przeszło 20hPa, była gwieździsta oraz bardzo jasna (kilkanaście godzin brakowało do pełni). Podczas tego nagłego i dużego spadku ciśnienia, zaliczyliśmy raptem kilka brań, a na brzegu wylądowały 3 ryby, w postaci drobnicy - dwa krąpie i jeden jaź. Tuż przed świtem, gdy zerwał się wiatr i zaczęły nadciągać chmury, zwinęliśmy się całkowicie i poszliśmy spać do auta. Niestety mnie, jako kierowcy, przypadło spać tam, gdzie najmniej miejsca (kierownica), ale zdążyłem się już przyzwyczaić do tego stanu rzeczy i najważniejsze było to, że mogliśmy spać w "landzie" w trójkę - w golfiku, z całym bagażem w środku, to by się nie udało. Stopery w uszy i nie słyszałem deszczu - bajka. Przebudziłem się, gdy było już widno, chłopaki już nie spali. Gdy spojrzałem na zegarek, nieco się "załamałem" - była dopiero ósma rano (o dziwo czułem się wyspany). Na zewnątrz padał lekki deszcz, a według prognoz, miał przestać dopiero ok. godz. 15 - co tu robić. Padła propozycja, aby pojechać do domu, ale nie bardzo mnie się to uśmiechało i ku mej uciesze, za chwilę deszcz ustał. Aby przeciągnąć powrót ile się da, czym prędzej rozłożyłem wędki, wziąłem wiadro z zanętą oraz przynętami i poszedłem zarzucić zestawy. Wiatr był bardzo silny, ale nie był zbyt uciążliwy, gdyż wiał "ciepłem" z zachodu. Był tak silny, iż musiał działać jak suszarka, więc poszedłem nazbierać "drobnicy", aby ponownie rozpalić ognisko. Po porannym deszczu ślad pozostał już tylko na ziemi, która była mokra i robiło się z niej błoto. Podłożyłem suchą trawę i gdy zabrałem się za układanie "drobnicy", zauważyłem, że spod trawy zaczyna się coraz mocniej dymić. Po chwili pojawił się ogień, który do końca wyprawy już nie zgasł - mimo deszczu, wiatr zrobił swoje i jakiś żar pozostał, dzięki czemu powstało "samoistne" rozpalenie się ogniska. Fajna ciekawostka.
    Przez cały dzień, złowiliśmy dwa "okazy" (jazgarz oraz płoć). Ryby nie dopisały, ale i tak było super. Nawet mimo wiatru, którego prędkość przekraczała 100 km/h i z tej racji, na wodzie tworzyły się małe fale. Jednak odpowiednie ustawienie wędzisk powodowało, iż wiatr zbytnio nie przeszkadzał w łowieniu.
    Zapowiadany przez niemal cały dzień deszcz był, ale nie nad nami. Co jakiś czas, przechodziły "ciężkie" deszczowe chmury po lewej oraz prawej stronie, a nad nami był "korytarz" białych chmur, a później nawet i nieba. W drogę powrotną ruszyliśmy o godz. 16.
    Po co był nam ten wypad? Jego głównym celem było sprawdzenie, "co na to ryby". Co będzie się działo tuż przez załamaniem pogody, oraz co będzie się działo tuż po załamaniu. Nie działo się nic. Kilka małych ryb, przez dobę, na trzy osoby, to bardzo marny wynik. Ale będzie dobrze.

    Aaa, gdy wyjeżdżałem w piątek spod domu, na moim aucie siedziała... ciemnobrązowa jętka, która grzecznie pozowała do zdjęć.

  • wedkarz2309 2014-03-18 13:43:45

    Wciąż wieje, wciąż pojawiają się opady deszczu, ale ciężko usiedzieć w domu, więc wbrew sobie, ruszyłem wczoraj rano w drogę, aby po moknąć trochę nad wodą. Na miejscu byłem o godz. 9 rano. Gdy przyjechałem, było sucho, ale podczas rozkładania się, nadciągnęły ciemne chmury i spadł zacinający (przez silny wiatr) deszcz. Tyle "mojego", że był on raczej z tych "drobno kroplowych", a wiatr szybko suszył kolejne opady.
    Pierwsze branie nastąpiło bardzo szybko. Było one piękne, ale bez ryby. Jest to miejscówka, gdzie lubią brać małe, około wymiarowe klenie i tak właśnie ono wyglądało. Drugie branie było identyczne i potwierdziło się - ok. 25 cm dziecko klenia. Po jakimś czasie, zanotowałem kolejne piękne branie, ale już z tych bardziej standardowych, tj. "szarpane". Po krótkim holu, na brzegu wylądował krąp, który miał 33 cm.
    Przez następne godziny, notowałem kolejne piękne brania, jednak na brzegu lądowały nieduże płocie, krąpie, jazie i kleń. Były to ryby do 30 cm. Ale zanotowałem także jedno bardzo delikatne branie, a po zacięciu, napotkałem się na bardzo miły opór. Może jakichś mocnych szarpnięć i odjazdów nie było, ale ryba bardzo pewnie szła w prawą stronę, co na delikatnym zestawie sprawiało, że nie bardzo mogłem ją przytrzymać na siłę i mogłem jedynie spokojnie kontrolować to, na co miała ochotę. Branie było bardzo delikatne, ryba walczyła jakoś "dziwnie" i nie miałem pojęcia, co jest na końcu zestawu. Gdy hol powoli dobiegał końca i miałem rybę już blisko brzegu, cieszyłem się coraz bardziej, że w końcu trafiło się coś na prawdę godnego. Jakież ogromne było moje rozczarowanie, gdy na powierzchni wody, ukazał się, będący obecnie w okresie ochronnym, sandacz. Co prawda wielki nie był, bo miał na oko +/- 65 cm, ale nadziei narobił ogromnych. Połakomił się na czerwonego robaka. Widziałem, że malutki haczyk, jest zapięty bardzo delikatnie, więc postanowiłem, że nie będę go nawet dotykał i fajnie by było, jakby się sam wypiął. I udało się, po kilku krótkich odjazdach "na smyczy", wypiął się.
    Po tym zdarzeniu nastąpiła nieco dłuższa przerwa w braniach. Dopiero po godz. 15, nastąpiły niemal jednocześnie, dwa piękne brania, które skończyły się wyholowaniem dwóch krąpi, które miały po 34 cm.
    Na białe robaki, trafiły się pierwsze w tym roku ukleje. Ale nie były to maluchy, które łowi się latem. Były to wielkie i tłuste "śledzie", które przy braniu "majtały" szczytówkami, aż miło. Trafił się też leszcz, ale jak na swój gatunek był mały, miał 40kilka cm. Gdy zbliżał się wieczór, skusił się największy tego dnia, krąp. Miał 36 cm i połakomił się na kanapkę, złożoną z kukurydzy i białych robaków. Niby to krąp, przez wielu uważany za chwast, ale tej wielkości osobnik, potrafi sprawić w trakcie holu, sporo frajdy.
    Za dnia, co jakiś czas, znosiłem kolejne porcje drewna i gdy zaczęło się ściemniać, przesiadłem się w okolice ogniska. Gdy nastała noc, deszcz ponownie zaczął padać, ale na szczęście nie była to ulewa i przy ogniu aż tak nie przeszkadzał. Brania ustały. Owszem, trafił się jakiś nieduży leszcz, czy krąp, ale były to dwa brania przez kilka godzin.
    Rozważałem opcję zostania na noc i połowienia także dziś, ale pewien czynnik sprawił, że nie mogłem zostać nawet na całą noc, więc postanowiłem, że posiedzę chociaż do północy. W pewnym momencie, zmogło mnie tak mocno, że ciężko było mi się oprzeć i rozkładając fotel, położyłem się przy ognisku. Przebudziłem się po ok. 20 minutach i o dziwo byłem "wyspany". A przynajmniej czułem, że przybyło mi trochę "mocy". Ledwie przekręciłem smażące się na ognisku kiełbaski, a coś, co żyje w wodzie, postanowiło, że zabierze mi kij. Nauczony już niejednym upadkiem kija na kamienie, czy nawet zabraniem przez klenia wędki do wody, zmodernizowałem swoje podpórki, aby uniknąć podobnych sytuacji - testy przeszły pomyślnie. Podszedłem cicho do bardzo mocno wygiętej wędki, która już zdążyła się "sczepić" z drugą i gdy ją podniosłem, w tym momencie kij "poszedł" jeszcze dalej - ależ siłę mają te klenie, podczas brania. Zestaw był wyrzucony daleko, więc hol chwilę trwał, ale była to tylko i wyłącznie przyjemność. Gdy ryba była już blisko brzegu, zaczęły się małe problemy, gdyż oba zestawy zostały splątane, co uniemożliwiało całkowite kontrolowanie kleniowych "wybryków", a jak wiadomo, lubi sobie przy brzegu poszaleć. Gdy zapaliłem latarkę i podciągnąłem go pod powierzchnię wody, moim oczom ukazał się przyzwoity osobnik tego gatunku, który był bardzo waleczny i długo nie chciał dać za wygraną. Widziałem, że jest rozmiarowo bardzo podobny do klenia, którego złowiłem tutaj dokładnie tydzień temu. Gdy go podebrałem, uśmiechnąłem się do siebie i powiedziałem w myślach - tak, to jesteś Ty. Szybka sesja na samowyzwalaczu i mierzenie - oczywiście 47 cm. Wypuszczenie i upewnienie się na zdjęciach, które pokazują, że jest to na 100%, ta sama ryba.
    Jak zapowiadały prognozy, tak też było. Trochę przed północą się wypogodziło, księżyc zaczął oświetlać noc, a wiatr ucichł, zrobiło się bardzo przyjemnie, ale trzeba było już wracać. Ostatecznie, udało mi się złowić 2 jazie, 8 krąpi, 3 klenie, 2 leszcze i 2 płocie. No, był jeszcze sandacz, ale on się nie liczy.


    Ten sam kleń, co tydzień temu - 47 cm.

  • kucus22 2014-03-18 17:11:59

    Piękna przygoda, niesamowita determinacja i rybki, że ho ho:) Kolego jak zwykle wyczerpująca relacja z wyprawy:) Graty;)

  • dawid73132 2014-03-18 23:51:07

    Ciekawie opisane miło się czytało :) Graty :)

  • Reklama
  • wedkarz2309 2014-03-20 09:56:25

    Miło, że podobają się Wam takie relacje.



    Jako, że wczoraj był dzień wędkarza, nie mogło być inaczej i wybrałem się wraz z kolegą na ryby. Oczywiście łowisko, jakie wybraliśmy, to Odra, a wędki, jakimi łowiliśmy, to feedery. O godz. 5 rano spotkaliśmy się w umówionym miejscu, zapakowaliśmy i ruszyliśmy w drogę. Po ok. 1,5 h jazdy, byliśmy już na miejscu.

    Rozrobienie zanęty, rozłożenie zestawów, itd., zajęło nam ok. pół godz i już o godz. 7, wykonaliśmy pierwsze rzuty. Niemal od razu zaczął padać zapowiadany deszcz (niezbyt gruby, ale przez wiatr był bardzo zacinający, a co za tym idzie, niezbyt przyjemny), więc wszystko, poza wędkami i kilkoma potrzebnymi drobiazgami, zanieśliśmy z powrotem do auta.

    Gdy tylko przykucnąłem przy wędkach, po chwili nastąpiło kapitalne branie. Szybko chwyciłem za dolnik feedera i zaczął się spokojny hol. Strasznie się ucieszyłem, że to może być ten dzień, że w końcu może się ruszyć ryba tak, jak należy. Rzut był bardzo daleki, więc trochę to trwało, zanim na delikatnym zestawie "dopompowałem" rybę do siebie. Nie miałem pewności co to jest, ale gdy kilka metrów od brzegu, nastąpił nagły zryw, z piękną melodią na kołowrotku, wiedziałem już, że to będzie kleń (o dziwo branie, jak na ten gatunek, było z tych "słabszych" - co nie zmienia oczywiście faktu, że było kapitalne). Tak też było, gdy się pokazał po raz pierwszy, oceniłem "kluskę" na przeszło 45 cm. Chwilę  jeszcze powariował przy brzegu i kolega wykonał sprawne podebranie. Gdy zobaczyliśmy go w podbieraku, nastąpiła "zmiana" wymiaru - może być pół metra. Najpierw kilka pamiątkowych zdjęć i mierzenie. No nie, to już bodaj 7 osobnik, tej samej wielkości - życiówka wyrównana, tj. 51 cm. Co prawda nie był on tak wypasiony, jak jego poprzednik z poniedziałku, był raczej taki "normalny", ale nadrobił to walecznością i rozmiarem - piękne otwarcie dnia wędkarza. Był także wręcz idealny pod względem "urody" - żadnej uszkodzonej łuski, jakiegokolwiek braku kawałka płetwy, itd.

    Gdyby to był jaź, to byłbym w miarę spokojny, że będą za chwilę kolejne ryby, ale to był kleń, a one często trafiają się, jako "pojedynczy" gość. No i niestety kolejne ryby, to były małe płotki i krąpie. Po dwóch godzinach, na ten samej wędce notuję drugie, piękne, ale inne branie. Tym razem, po znowu bardzo przyjemnym holu, na brzegu wylądował leszcz. Z początku pomyślałem, że to może tan sam, co ostatnio - też miał czarne kropki i wielkość się mniej więcej zgadzała. Ale miarka "ucięła" moje domniemania - ten był większy o dwa centymetry, czyli miał ich dokładnie 57.

    Jednym kijem rzucałem cały czas w to samo miejsce, a drugim starałem się szukać większej ryby. Tam, gdzie przez cały dzień "nęciłem", weszła drobnica w postaci płoci, jazi i krąpi, ale były to małe ryby. Największa płoć miała raptem 31 cm, jazie miały także po 30 ok. cm, a krąpie były jeszcze mniejsze.

    W pewnym momencie, kolega zaciął po delikatnym braniu, fajną rybę. Branie i zachowanie ryby, było identyczne, jak to miało w przypadku sandacza, który wziął mi w poniedziałek na czerwone robaki. Ryba szła tempo przy dnie i kierowała się w prawą stronę. Gdy była już blisko brzegu i Michał poprosił o podbierak... z wody wyskoczyła ukleja. Byliśmy w niemałym szoku, ale po chwili wszystko było jasne. Ukleja zaczęła się dosłownie zalewać krwią, a na jej ciele były ślady po... a jakby inaczej, sandaczu.

    Deszcz padał dosyć często, z niedługimi przerwami, ale silny wiatr spowodował, że postanowiłem, iż spróbuję rozpalić ognisko. Nazbieraliśmy trochę drewna, podłożyłem gazetę oraz trochę trawy, która szybko schła na wietrze i się udało - przyjemnie się siedzi przy ogniku, a dodatkowo można było zrobić sobie "grzanki".

    Gdy zrobiło się ciemno, wciąż padał deszcz, a łowione ryby, to była drobnica. Do domu pojechaliśmy ok. godz. 20. Przez cały dzień, udało mi się złowić 2 jazie, 2 klenie, 3 krąpie, 2 leszcze i 3 płocie. Oby przetrzymać dzisiejszy dzień - jutro dwudniowy wypad i wielka nadzieja, że będzie się działo.


    Na dzień dobry, fajne otwarcie dnia wędkarza - 51 cm.

  • kali24035 2014-03-20 19:55:31

    kolego fajny artykul jestes chyba jedynym czlowiekiem co lapie taakie ryby za kazdym wyjazdem u mnie na wisle to nawed uklejki nie da sie zlapac

  • swyniu 2014-03-22 18:54:03

    No szacunek :) bo cóż tutaj można dodać....

  • wedkarz2309 2014-03-23 13:45:05

    Z racji, iż piątek to pierwszy dzień wiosny i kolega nie wybierał się do szkoły, mogliśmy skorzystać z tej "okazji" i wybrać się na ryby już w okolicach piątkowego południa. Dokładnie byliśmy umówieni na godz. 11. Po drodze zajechaliśmy do sklepu wędkarskiego, w celu zakupienia "papu" dla ryb oraz "doposażenia" skrzynki wędkarskiej.
    Nad wodą byliśmy przed godz. 13. Pierwsze ładne branie notuję już w pierwszym rzucie. Był to niespełna 40 cm jaź, który wypiął się przy samym brzegu. Super, może to w końcu będzie ten dzień, kiedy obłowimy się do bólu. Na piątek, jak i sobotę, zapowiadali nawet przeszło 20 st., do tego ciepła noc, ze spadkiem temp. nad ranem do 9 st. Ciśnienie także w porządku. Owszem, brania były mocne, ale kolejne ryby, to były 20+ cm płotki i krąpie. Niestety, to nie były ryby, po które przyjeżdżamy.
    Tuż przed godz. 16, w końcu zacinam coś trochę lepszego. Jak się okazało, był to jaź (samica), który miał równo 40 cm - no, od tej wielkości "jaśki" mogą już brać.
    Przez kolejne godziny, łowimy tylko drobnicę. Nawet łowione jazie są małe - do 30 cm. Owszem trafiam przeszło 45 cm rybę, ale był to leszcz, więc żaden okaz.
    Gdy robi się ciemno (oczywiście ognisko rozpalone), brania ustają, robi się cisza. Gdy taki stan rzeczy zaczyna się przeciągać, odchudzam jeden z zestawów. Na przypon idzie żyłka 0,10 mm, a hak, to nr 18, który przy tej firmie jest bardzo mały i idealnie nadaje się do założenia jednego robaka. Tak też robię i jako przynęta, służy mi tylko jedna larwa muchy. Kilkugodzinne nocne rzucanie w dokładnie to samo miejsce (możliwe były jedynie drobne "odskoki" w lewo-prawo), które nie dało ani brania przy większym haczyku (oraz grubszym przyponie) i przynęcie, po odchudzeniu zestawu końcowego, dało natychmiastowy efekt. Nigdy wcześniej nie zakładałem do feederów tak delikatnego zestawu i do jego wyczucia potrzebuję kilku holi. Pierwszą rybą, która skusiła się na pojedynczego robaka, był ładny krąp, który miał 36 cm.
    Niemal w tym samym momencie, notuję branie na drugiej wędce i na brzegu ląduje przeszło 30 cm krąp. Kolejne branie na odchudzonym zestawie notuję po godz. 22. Tym razem ryba jest zdecydowanie większa od poprzedniej i jest prawdziwa zabawa. Gdy ryba znalazła się blisko brzegu, w świetle latarki zobaczyliśmy, że jest to całkiem fajny leszcz. Zanim go zmęczyłem na tym zestawie, chwilę jeszcze pochodził, ale w końcu dał się podebrać. Była to piękna samica, która miała 57 cm. Cieszyłem się bardzo - może nie tyle z wielkości ryby, co bardziej z tego, na jakim zestawie się z nią pobawiłem.
    Po niedługim czasie, holuję kolejnego leszcza, ale ten wypina się tuż przed podbierakiem. I dobrze, bo raczej nie miał 50 cm.
    W okolicach północy kolega notuje branie i łowi leszcza 49 cm. Siedzimy do godz. 1,30 i idziemy się przespać w aucie - czeka nas cała sobota. Śpimy do godz. 6 i wracamy do łowienia. Na dzień dobry trafiam pierwszego w tym roku karasia - taki ok. 30 cm. Niestety pierwsze godziny pokazują, że może nie być łatwo. Nie brała nawet drobnica, która dokuczała w dniu poprzednim. Przed południem kolega poszedł jeszcze dospać i wtedy zaczęły się mocne brania drobnej płoci (do ok. 25 cm). Jednym feederem je ciągle odławiałem, z nadzieją, że i za dnia podejdzie coś godniejszego w miejsce, w które bez ustanku rzucam wypełniony zanętą koszyk (jest to miejsce, gdzie woda praktycznie stoi i zanęta powinna się utrzymywać w miejscu). Drugim feederem szukałem większej ryby, w różnych miejscach. I udało się. Może nie był to okaz, ale mieścił się centymetrowo w "standardowym" przedziale dla tego odcinka rzeki. Był to jaź, który miał 39 cm, a kolejne branie, to był to kolejny leszcz, który był bardzo silny i konkretnie zbudowany. Gdy tylko się pokazał, w oczy rzuciła się jego wysypka tarłowa. Gdy go podebraliśmy, okazało się, że jest nią pokryty dosłownie cały. Głowa, wszystkie łuski, a nawet płetwy, były pokryte kręcz "kolczastą" wysypką, a podczas zdjęcia, z ryby poleciało trochę mlecza. Ciekawostka, gdyż wcześniejsze samce sprawiały wrażenie, iż na tarło im w ogóle nie spieszno - kilka plamek na czole. Takie, jakie pojawiają się przy długiej i ciepłej jesieni. Ciekawostka też taka, iż łowione samice też sprawiają wrażenie, iż do tarła jeszcze mają sporo czasu. Aaa, ryba miała 54 cm.
    Ciągle bierze drobnica, ale pod wieczór koledze udaje się złowić życiówkę w gatunku jaź - ryba miała 40 cm. Gdy robiło się ciemno, dostaliśmy wieści, że w innej miejscowości jest burza. I faktycznie, na horyzoncie było widać ciężkie chmury, a po czasie pojawiły się w oddali pierwsze wiosenne błyski i grzmoty. W pewnym momencie zerwał się potężny wiatr (pozbyłem się z głowy latarki czołowej), który zaczął wszystko wywracać. Oczywiście o wiadrze z zanętą także nie zapomniał. schowaliśmy więc wszystko do auta (poza wędkami) i postanowiliśmy, że szybko odgrzejemy sobie na ognisku kolację i się spakujemy do końca. Przy zwijaniu drugiego feedera, wyjmuję ok. cm 30 płotkę - ostatnia ryba wyjazdu. I od razu myśl - a może teraz by pięknie brały? Spakowaliśmy się i ruszyliśmy w drogę powrotną.
    Tylko wjechaliśmy na wał i... zobaczyliśmy dużo ognia oraz dymu. Gdy dojechaliśmy do tego miejsca, okazało się, że ktoś podpalił łąkę, a ogień przy tym silnym wietrze, zbliża się niebezpiecznie do lasu. Szybka decyzja - dzwonimy na 998. Na szczęście niedługo później, silny wiatr ustąpił (burza przeszła bokiem i na niebie pojawiły się gwiazdy), co spowodowało, iż ogień rozprzestrzeniał się zdecydowanie wolniej i strażacy zdążyli przyjechać, zanim ogień doszedł do lasu. Przywódca wydał "rozkazy" i podszedł do nas. Jak się okazało, był to... wędkarz. Odrzański łowca karpi, który zaczął już sypać na rzece. Kilku strażaków ugasiło pożar, dokończyliśmy rozmowę, życzyliśmy sobie "połamania kija" i ruszyliśmy w stronę domu.
    Z dymem poszedł wielki "łąkowy" teren. Jak mówił jeden ze strażaków, takie wypalanie jest teraz na porządku dziennym. Ludzka bezmyślność nie zna granic.
    Jadąc szosą przez kolejny las, jadące auto z naprzeciwka, kilka razy "mrygnęło". Policja? Hmmm, to pewnie by dał jeden "znak", a nie kilka. A może nierówności na drodze sprawiły, że tylko nam się wydawało. Gdy o tym myślałem, zauważyłem przy drodze coś, czego na szybko z daleka nie potrafiłem "odczytać". Przyhamowałem i... zobaczyłem to, na co czekałem wiele lat. Potężna locha, wraz maleństwami. Natychmiast się zatrzymałem tuż przed nimi i mogłem cieszyć oczy kapitalnym widokiem. Pomyślałem o zdjęciu, ale stwierdziłem, że mogę nie zdążyć i wolałem je podziwiać. Przeszła też myśl o wyjściu z auta, ale zrezygnowałem z tego pomysłu, aby ich dodatkowo nie niepokoić. Małe się strasznie niecierpliwiły, ale gdy locha stwierdziła, że jest bezpiecznie, ruszyła spokojnie na drugą stronę, a małe za nią. Próbowałem się doliczyć, ale nie dałem rady, były zbyt ruchliwe. Było ich zdecydowanie pow. 10 sztuk - może ok. 15. Były chyba kilkudniowe, gdyż były niesamowicie małe - takie świnki morskie z dłuższymi nogami. Zdjęcia nie mam, ale ten widok pozostanie w mojej głowie na długo - kolejne marzenie się spełniło.   Jeśli chodzi o ostateczny wynik łowienia, to udało mi się złowić: 18 płoci (do ok. 30 cm), 10 krąpi (do 36 cm), 5 jazi (do 40 cm), 3 leszcze (do 57 cm) i 1 karasia (ok. 30 cm). Aaa i trafiły się 2 jazgarze. Niemal 40 ryb, ale niestety tylko kilka było takich, jakie bym chciał. Tym bardziej, że to było 31 godzin, więc wynik całkiem słaby. Wciąż czekam na ten moment, kiedy tych 40 ryb, będzie miało nie po 20-30 cm, a po 40-60 cm. Tylko, że to powinno być już. Może to wina kolejnego frontu? Zobaczymy na kolejnych wypadach, co się będzie działo. Delikatna, bo delikatna, ale jest poprawa, więc jest szansa, iż kolejne wyjazdy będą coraz bardziej owocne.


    Pierwsze w życiu zastosowanie zestawu z przyponem 0,10 mm i haczykiem nr 18 - leszcz 57 cm. Była zabawa.

  • Reklama
  • wedkarz2309 2014-03-28 10:42:20

    Po niedawnych opadach deszczu, miałem wielką ochotę wyskoczyć na pstrąga (podniesiona, przycięta woda), ale na środę była jeszcze za duża. Wszystko wskazywało na to, że na czwartek będzie już ok., ale szkoda mi było tracić środy, więc wybrałem się po raz kolejny na Odrę, na feederową zasiadkę, a dokładniej na "nockę".
    Nad wodą byłem dokładnie w środowe południe. W radio zaczynały się "wiadomości", a ja właśnie zajechałem na miejsce. Pierwsze, co rzuciło się w oczy, to pełno syfu. Sprawdzając w necie przed wyjazdem, wiedziałem, że będę łowił na największej wodzie od bardzo dawna (aczkolwiek wciąż przy stanie wód niskich - to pokazuje, jak mała woda jest na rzece od jesieni) i należało się spodziewać "syfu". To nie ułatwiało łowienia, ale nie w takich warunkach się już łowiło, więc nie było aż tak źle.
    Pogoda była fajna, było sporo słońca, ale wschodni wiatr, był zimny. Ryby brały i to bardzo mocno, jednak była to drobnica poniżej 30 cm. Głównie krąpie, czasami płotka. Trafił się też nieduży jaź, czy leszcz. Czekałem więc, aż się ściemni. Noc wiązałem z dużymi nadziejami na lepszego leszcza. 
    Gdy nastała ciemność, brania ustały, drobnica odpuściła - na to czekałem. Jednak długo czekać nie musiałem na pierwsze branie. Temperatura spadła poniżej zera, więc siedziałem przy ognisku, które było oddalone od stanowiska o kilkanaście metrów i mogłem "z daleka" widzieć całe zajście, które było na prawdę emocjonujące. Żadnych puknięć, szarpnięć szczytówką, itp. Kije były obok siebie i branie nastąpiło na lewym. Było to mocne przygięcie kija, z przestawieniem dolnika. Lewy świetlik, znalazł się po prawej stronie. Nie biegłem, aby nie zrobić zbytniego hałasu. Jak ryba przestawia wędkę na podpórce, to zazwyczaj jest zacięta i największym błędem w takiej sytuacji, jest... zacinanie - gdy zaczynałem przygodę z wędką, spartoliłem przez to sporo pięknych ryb. Podszedłem po cichu i wziąłem kij do ręki. Hol jakiś długi nie był, a na brzegu wylądował leszcz 49-50 cm. Był to samiec, który miał na czole kilka delikatnych kropek.
    Dosłownie po kilkunastu minutach, mam kolejne branie, ale te jest jeszcze mocniejsze - typowo kleniowe. Kij w ułamku sekundy został przestawiony i podniesiony. Gdy podchodzę i biorę wędkę do ręki, ryba jest już w nurcie i zaczyna się piękna melodia, wysnuwającej się z kołowrotka, żyłki. Jak na klenia, było to zdecydowanie za wolne wyciąganie. Może leszcz, tylko większy od poprzedniego? Przypon 0,12 mm, ładna ryba jest w nurcie, więc o siłowym przytrzymaniu nie ma mowy. To (uciekająca z kołowrotka żyłka) trwa już kilkanaście sekund, więc postanawiam pójść na środek basenu, aby łatwiej było wprowadzić rybę na spokojniejszą wodę. Udaje się to w miarę szybko i podciągam ją do siebie, aczkolwiek idzie to wolno, gdyż ryba nie daje się tak łatwo pompować. Gdy widzę, że jest już dosyć blisko, wracam na stanowisko, aby tam kontynuować hol, gdyż tutaj jest bardzo ślisko i zamiast podebrania, może być kąpiel w Odrze. Niestety koszyk wchodzi w kamienie, więc muszę się wrócić, ale szybko udaje mi się go wyciągnąć z zawady i ponownie wracam na stanowisko. Na delikatnym zestawie (jak wspomniałem, przypon 0,12 mm, a do niego jest przywiązany haczyk nr 20) nie mogę zbyt pewnie podnieść ryby bliżej powierzchni, a sama też się do tego nie kwapi. Cały czas trzyma się dna. W końcu się podnosi i widzę, że coś przewala się na powierzchni wody, ale nie widzę, co. W końcu widzę gruby "cielakowaty" brzuch i pierwsza myśl: karp? Jednak po chwili widzę całą rybę. Jest to bardzo gruby leszcz, który nie ma ochoty dłużej odpoczywać i znika, zaczynając kolejny powolny marsz. Hol się przedłuża, ręka powoli zaczyna to odczuwać, a ryba sprawia wrażenie, jakby się w ogóle nie męczyła. Chciałbym już zakończyć hol, z myślą, że chyba podeszły i każda kolejna minuta oddala mnie od kolejnych łopat. Jednak zmagania z rybą przedłużały się w nieskończoność i tylko powtarzałem sobie w myślach, aby nie brakło mi cierpliwości i nie postanowił zakończyć walki zbyt szybko. "Prosiłem" ją także, aby dała się szybko podebrać, aby wystarczyło jej sił na spokojne odpłynięcie. W końcu, po bardzo długim przeciąganiu liny, udało się. Piękny leszcz został podebrany. Najpierw odhaczenie haczyka z wargi (piękne, klasyczne zapięcie) i szybkie ustawienie samowyzwalacza. Ryba była na szczęście spokojna, więc nie było potrzeby robienia powtórek i sesja przebiegła błyskawicznie. Po zdjęciu przyszła kolej na mierzenie. Równe 60 cm, a więc życiówka poprawiona o centymetr. Oczywiście, porządnie zbudowana i bardzo waleczna samica, odzyskała wolność i odpłynęła natychmiast.
    Bardziej myślałem, że będą działały robaki, ale tej nocy, ani na białe, ani na czerwone, nie miałem nawet brania. Tylko kukurydza. Większych ryb niestety już nie było, dołowiłem jeszcze małego leszcza i trzy krąpie do 33 cm.
    Gdy zbliżał się powoli ranek i zaczynało delikatnie świtać, naszła gęsta mgła. Brań nie było od dłuższego czasu, więc zgodnie z planem spakowałem się i poszedłem do auta się przestać. Dochodziła godzina 5, więc nastawiłem budzik na godz. 8. Niby szkoda przespać ranek, ale w tym roku, każdy bez wyjątku, był kiepski, a spać też trzeba. Tuż przed budzikiem, obudziło mnie słońce, które zdążyło dosyć mocno ogrzać wnętrze auta (kolor czarny). Wyskoczyłem więc spod kołdry i powróciłem do łowienia. Ranek był bardzo zimny, ale siedząc przy ognisku, nie odczuwałem tego. Mijały kolejne godziny, a czwartkowych brań nie było. O godz. 11, spakowałem się i pojechałem w inne miejsce - to też było w planach. Tam przez 3 godziny złowiłem małego krąpia i jazia.
    Dziś kolejna nocka, więc siedziałem tylko do godz. 14, aby się porządnie wyspać w domu, gdyż kolejne nocne leszcze czekają - mam nadzieję - i spanie będzie najwcześniej w sobotę, za dnia.
    Jeśli chodzi o ostateczny wynik, to było kiepsko: 10 krąpi, 5 leszczy, 3 płocie i 2 jazie, ale nowa życiówka rekompensuje wszystko.


    Przypon 0,12 mm, haczyk nr 20 - była zabawa. 60 cm, grubej i walecznej samicy.

  • Pajan 2014-03-28 11:30:40

    Brawo!

  • wedkarz2309 2014-03-30 20:19:23

    W piątek, o godz. 13, ruszyliśmy na koleją nockę. Po ostatnich deszczach, mieliśmy niemałe problemy, aby dostać się nad wodę, ale w końcu się to udało i mogliśmy rozpocząć "łowy". Ciśnienie (nie hPa) było ogromne, więc zanim zanęta "doszła" do siebie, zestawy wylądowały w wodzie za samymi przynętami - a nóż, uda się złowić jakąś zupełnie przypadkową sztukę. No i się udało - na kukurydzę skusił się samiec płoci - 32 cm.|

    Niestety, do wieczora była to największa ryba, ale na przełomie dnia i nocy, kolega trafia dwa jazie, aczkolwiek, podobnie jak przy płoci, też bez szału, jeśli chodzi o wielkość: 38 i 39 cm.

    Poniekąd czekałem na noc, aby spróbować skusić kolejne leszcze. Długo nic się nie działo, więc kolega poszedł spać do auta, ale może po 1,5-2 godz., wrócił. Była godz. 4 rano, a wciąż byłem bez nocnego brania. Robiąc kolejny przerzut, pomyślałem, że założę białego robaka, barwionego na żółto, który najbardziej był barwą zbliżony do zanęty - może to im przypasuje?

    Kapitalne branie nastąpiło kilka minut po rzucie. Było takie, jak ostatnim razem, gdy udało mi się złowić dwa nocne leszcze - bardzo mocne, z przestawieniem dolnika, włącznie. Hol był znowu na przyponie 0,10 mm, ale ryba była mniejsza i trwał krócej - "lech" miał tylko 53 cm.

    Cały czas siedzieliśmy przy ognisku, gdyż gęsta mgła powodowała, iż wszystko było mokre i nie było to zbyt przyjemne.

    Rano, dojechali znajomi, z którymi poznaliśmy się nad Odrą w zeszłym roku. Mariusz (manieku80) usiadł z nami z feederami, a Mateusz (Zelo) ruszył ze spinem.

    Przez sporą część dnia, utrzymywała się mgła, a co za tym idzie, było bezwietrznie. Ryby niestety nie brały. Czasami trafiła się mała płoć, krąp, czy pojedynczy jaź, a nawet jazgarze i ukleje - innymi słowy: skubała drobnica.

    Późnym popołudniem, zmieniamy miejsce, ale tam też nie dzieje się za wiele - kolega doławia leszcza 54 cm. Przed godz. 20, ruszamy w drogę powrotną.

    Jutro chyba zrobię sobie odskocznię i wyskoczę na pstrągi.


    Dodam jeszcze, że podczas tej wyprawy, udało mi się przekroczyć liczbę złowionych ryb, z... całego ubiegłego roku. Mimo, iż ta wiosna do udanych nie należy i jest trudno. To pokazuje, jak bardzo słaby był rok ubiegły (najsłabszy, od kiedy łowię w Odrze). Jeszcze 17 sztuk i "300" w tym roku, pęknie.

    Tym razem tylko, 53 cm.

  • eazy-e-1997 2014-03-30 20:49:40

    Dzisiaj łowiłem na dziewokliczu  od 6:00 do 13:00. Testowałem nową zanęte płociową (StarFish top secret black) i efekty przyzwoite ok. 40 płoci 20-32cm, 4 krąpie, 1 leszcz, 1 rozpiór. Ryby reagowały tylko na duże przynęty: czerwony robak, biały robak, kukurydza i kanapki co ciekawe najlepsze brania były po przepłynięciu barki/łódki. Nurt momentami ściągający zestawy z koszyczkami 90g.

  • wojtal 2014-03-31 13:50:49

    Cześć,
    czy płotki miały wysypkę tarłową?

    pozdr.
    Michał

  • Reklama
  • eazy-e-1997 2014-03-31 18:08:34

    tak, ryby miały wysypke tarłową a widziałem u wędkarza obok, że część miała mlecz i ikre

  • wedkarz2309 2014-04-03 12:56:45

    Środa (wczoraj), godz. 7.30, wyjazd spod domu i po godz. 8, jesteśmy na miejscu. Wita nas "sympatyczny" poziom wody (jak na wybraną miejscówkę) oraz delikatny deszcz. Szybkie rozpakowanie się i już w pierwszym, czy drugim rzucie, mam całkiem fajne branie na kastery, którym nie potrafił się oprzeć ok. 40 cm leszcz. Jest zapięty bardzo delikatnie i udaje się go uwolnić z haka bez dotykania - wypina się na moją prośbę.
    Jeden zestaw posyłam bardzo blisko i co jakiś czas podrzucam kilka-kilkanaście ziaren kukurydzy, z nadzieją, że podejdą klenie lub jazie. Natomiast drugi zestaw ląduje trochę dalej, w okolicach warkocza. Kolega jeden zestaw posyła daleko w okolice napływowych "rozmyć", a drugi kładzie na spokojniejszej wodzie, w głąb basenu.
    Dokładnie o godz. 9, na "bliskim" zestawie, mam piękne, typowo kleniowe branie - najpierw delikatne skubnięcia (wyjątkowo nie jedno, a trzy), a następnie, próba zabrania wędki. Typowo kleniowy hol, który z powodu niezbyt imponującego rozmiaru ryby, nie trwał długo i szybkie podebranie ryby. Kleń wielki nie był (43 cm), ale za to miał piękne płetwy dolne (te pomarańczowe), które były bardzo "obfite".
    Niestety był to pojedynczy kleń, a regularne dosypywanie małych porcji kukurydzy przez kilka godzin, nie przyniosło nawet brania. Za to na drugiej wędce, "działy" się całkiem fajne brania, ale były to niestety małe leszcze po 30, w porywach 35 cm, krąp ok. 30 cm i trafiła się nam jedna płotka.
    Jedno z brań, jest jeszcze piękniejsze od pozostałych i czuć, że na kiju "szamocze" się coś leszczowatego i może być nieco większe od łowionych dotychczas trzydziestaków. Jak się okazało przy brzegu, był to waleczny rozpiór, który miał 30kilka cm. Szkoda, gdyż teraz jest okres ochronny, a tych ryb za często się nie łowi. Podobnie, jak marcowego sandacza, tak i tej ryby, staram się nie dotykać i długo czekać nie musiałem, aż delikatnie zapięty haczyk, wyskoczy z rybiego pyszczka.
    W drugiej części dnia, brania się zmieniły na tyle, że były one pojedynczym, bardzo ładnym leszczowym przygięciem, nie do zacięcia. Różne kombinacje, zakładania czerwonego robaka (później nawet małego kawałka, nadziewanego na haczyk, jak przynęta gumowa na hak jigowy), nie przynosiły pożądanych efektów. W końcu zszedłem z przyponem z 0,12, na 0,10 mm i założyłem bardzo mały haczyk, który nadaje się świetnie to jednego białego. Efekt był taki, że zacząłem łowić małe, ok. 20 cm krąpie.
    Z wieczora, doczekałem się brania na "bliskim" zestawie, ale przy zacięciu, strzelił przypon w +/- połowie długości. W tym miejscu na dnie jest sporo kamieni i pewnie się przetarł.
    Zostalibyśmy dłużej, ale kolega rano musi wstać do szkoły, więc po godz. 21, pakujemy się i jedziemy do domu. W piątek, jedziemy na nockę, z jasnym celem - ładne leszcze (powiedzmy, że takie od 55 cm, to będzie to, po co jedziemy). Czy się uda? Zobaczymy.
    Ostateczny wynik, to 1 kleń (43 cm), 6 krąpi (do ok. 30 cm) i 5 leszczy (do ok. 40 cm), a więc bardzo słaby dzień.


    Tym razem, tylko 43 cm.

  • wedkarz2309 2014-04-06 18:22:34

    Planując kolejny wypad i biorąc pod uwagę wybrane już wcześniej miejsce łowienia, wiedziałem, że będziemy nastawiać się typowo pod leszcza, gdyż jest on na wybranej miejscówce, gatunkiem bardzo mocno dominującym. Pomyślałem więc, że warto by mieć rosówki. Z tej racji, przygotowania do kolejnej nocki, zaczęły się już w czwartek, kiedy to o godz. 23, zadzwonił budzik, dając znać, że to czas, aby wybrać się na pierwsze w tym roku, rosówkowe łowy. Jak się okazało, było ich bardzo dużo i dosłownie z chwilę, uzbieraliśmy ich z kolegą, kilkadziesiąt sztuk.
    Michał kończył lekcje tuż po godz. 15, więc aby nie tracić czasu, punkt piętnasta, odbieram od jego mamy prowiant i zabieram go spod szkoły, a następnie jedziemy do wędkarskiego. Dojeżdżając, słyszymy przy skrętach coś niepokojącego. Gdy zajeżdżamy na parking, widzimy wyciek spod maski. Jak się okazuje, jest to płyn od wspomagania. Dzwonię do taty, opisuję sytuację i czekając na niego (kończył pracę), idziemy do wędkarskiego, zrobić zakupy. Na razie nie wiemy, co jest do końca z samochodem i czy da się nim pojechać, a jeśli nie, to czy uda się wziąć z domu jakieś inne auto, więc kupujemy wszystko, ale poza robakami.
    Gdy dojechał do nas mój tata, szybko rozwiązał zagadkę - poszła pompa od wspomagania. Nie będę już opisywał szczegółów, ale skończyło się na tym, że pozbyliśmy się paska od wspomagania, wróciliśmy się po robaki i pojechaliśmy na ryby. Momentami ciężko się kręciło kierownicą, ale to akurat było najmniej ważne - liczyło się to, że jedziemy na ryby.
    Byliśmy spóźnieni dobrą godzinę i nad wodą byliśmy dopiero o godz. 18. O dziwo i ku naszej uciesze, nikogo nie było, więc mogliśmy się rozłożyć, gdzie tylko mieliśmy ochotę. Pierwsze co, to nazbieraliśmy „przyniesionego” przez wyższą wodę drzewa, aby starczyło na minimum całą noc i wzięliśmy się za łowienie.
    Na jednym zestawie biały robak, a na drugi od razu powędrowała rosówka. Na białe od początku zaczęły brać małe krąpie, ale zbliżała się noc, więc nie przerabiałem zestawu, gdyż oczywistym było, że drobnica za chwilę się uspokoi. Natomiast na rosówkę, jako pierwszy skusił się jazgarz, a następnie sumik karłowaty. Trzecie branie, było już z tych mocniejszych. Ba, wręcz atomowe. Był to najprawdopodobniej leszcz, który brał tak przez ostatnie dwa wypady. Wędka momentalnie zawisła na podpórce i poprzez szarpnięcia ryby, "kiwała" się lewo-prawo. Wziąłem kij do ręki i zaczął się, typowy dla leszcza (po takim braniu), powolny odjazd. Niestety po kilku metrach, nastąpiła wypinka. Ajć, szkoda. Owszem, mogła to być ryba, która nawet nie miałaby 60 cm, ale równie dobrze, mógł być to piękny okaz. No trudno, ale i tak bywa. Nie dowiemy się, jakiej wielkości była ta "łopata", więc nie ma co rozpaczać zbyt długo. Drugie takie samo branie nastąpiło już w kolejnym rzucie, ale tylko branie. Ryba się nie zapięła. Co jest? Postanawiam, że jeszcze raz i pokombinuję coś przy zestawie.
    Tuż po godz. 20, notuję na rosówkę bardzo delikatne branie. Powolne uginanie się górnej części szczytówki. Także bardzo typowe dla leszcza, ale przecież przed chwilą brały zgoła inaczej - pomyślałem. Po zacięciu hol długi nie był, ale i ryba nie dawała zbyt wiele oznak, że jest na końcu zestawu - tyle, co się od czasu do czasu "drgnęła" i było czuć po ciężarze, że będzie to coś większego, niż drobnica. Jedynie coś tam przy podbieraku "jęknęła". Był to oczywiście leszcz, a dokładniej samica. Miarka pokazała 58 cm. Tylko dlaczego poddała się tak bez walki? I przypomniałem sobie nockę, kiedy brania były identyczne, czasami wręcz niezauważalne i leszcze ciągnęło się niemal, jak przy skręcaniu samego zestawu. Przypomniałem sobie także, że przy tych widowiskowych braniach, nawet taki 50 cm średniak, potrafi na dzień dobry odjechać na hamulcu. Ot, taka leszczowa "filozofia".
    Kolejne godziny, mijały na notowaniu delikatnych i powolnych brań oraz na wyjmowaniu leszczy, które za każdym razem zapinały się tak samo - tuż za dolną wargą. Trafiliśmy też po jednym karasiu, lecz wielkością także nie powalały: mój miał 30 cm, a Michała 38 cm. Deszczu miało nie być, ale mimo to, przez całą noc, przechodziły przelotne "kropidła". Po godz. 1, kolega poszedł do auta się przespać, a ja w tym czasie, dołowiłem dwa leszcze, które miały kolejno 49 i 54 cm. Tuż przed szarówką, kompan powrócił do łowów, ale już zbyt wiele się nie działo. Gdy zrobiło się jasno, przestało "mżyć", a zaczęło najzwyczajniej w świecie padać (może nie za mocno, ale jednak). Meteorolodzy zapowiadali piękny i bardzo ciepły weekend, a tu klapa. Deszcz, deszcz i jeszcze raz deszcz. Padało bez ustanku. Ryby przestały brać. Dobrze, że mieliśmy ognisko, przy którym grzaliśmy się nie tylko my, ale i inni wędkarze - chociaż tyle.
    W tym deszczu zanotowałem raptem trzy brania. Jeden z najmniejszych leszczy - ok. 45 cm oraz mały jaź i okoń. Poza tym, nie działo się nic. Deszcz padał cały czas i na horyzoncie nie było widać żadnej poprawy. Byliśmy cali przemoknięci, więc postanowiliśmy, że nie będziemy siedzieć do wieczora. Wystarczy tyle godzin w ciągłym deszczu. Spakowaliśmy się i o godz. 13, ruszyliśmy w drogę powrotną. Po drodze widzimy, że termometr wyświetla 7 st. No tak, miało być o dziesięć więcej i słońce. Wielka klapa "zapowiadaczy".
    Mimo, iż od początku marca (bo od wtedy jeżdżę na Odrę) jest ciężko o zadowalający wynik i tym razem także nie było zbyt kolorowo, muszę przyznać, że jest to jak na razie, najbardziej udany wypad feederowy w tym roku. Finalnie udało mi się złowić 8 leszczy w przedziale od ok. 45 do 58 cm oraz 6 krąpi, jazia, okonia i karasia srebrzystego, ale były to ryby do 30 cm. Aaa i po raz pierwszy w życiu, zawitał na mojej wędce, tzw., "byczek", tj. sumik karłowaty.
    Niestety w poniedziałek przerwa (trzeba się zająć kupnem i montażem pompy od wspomagania), ale oby do środy. Swoją drogą, to maj coraz bliżej i "bolenioza" udziela się z coraz to większą siłą. Oby do maja...
    Leszcze są już bardzo mocno nabite ikrą i ktoś mógłby zapytać, dlaczego im przeszkadzam przed tarłem. Moja odpowiedź brzmi następująco: będę jeździł w takie miejsca do momentu, aż zacznie się tarło. Może i łowienie ryb tuż przed tarłem nie należy do najbardziej etycznych, ale uważam, że jak pojadę z kolegą i zajmiemy miejsca mięsiarzom, to mniej ryb zostanie zjedzonych i więcej leszczy się wytrze. Pewnie, że wolałbym teraz ganiać za pstrągami, ale ważniejsze jest, aby chociaż kilka leszczy, jazi, czy płoci więcej, przystąpiło do głównego celu w ich życiu, tj. do tarła.
    Co dał mi ten wypad? Myślę, że głównie to, iż zabranie ze sobą rosówek, okazało się być strzałem w "10", gdyż 6 z 8 leszczy (wyjętych), skusiło się właśnie na nią. Poza tym, ryby te, pokazały, jak w jednej chwili, potrafią zmienić "brania" oraz zachowanie podczas holu. Leszcz, który ma bez mała 60 cm, idzie na przyponie 0,12 mm tak lekko, jakby był kilka razy mniejszy. Kilka dni wcześniej, na tym samym zestawie, z rybą o 2 cm większą, miałem długą zabawę, zanim dała się podebrać. Jednak było to po "atomowym" braniu.


    Tym razem, ryba wyjazdu, to leszcz 58 cm.

  • amur72 2014-04-07 22:43:45

    wspaniale czyta się twoje opisy wielki szacunek do tego co robisz . Dziękuje

  • wedkarz2309 2014-04-18 07:55:20

    Dzięki kol. amur72 z miłe słowa.


    W końcu, po dość długiej nieobecności (10 dni), upragniony powrót na Odrę. W środę (przedwczoraj), o godz. 15, ruszamy w drogę, zajeżdżamy jeszcze do wędkarskiego i o godz. 17, jesteśmy na miejscu. Opady deszczu sprzed dwóch ostatnich dni spowodowały, iż dojazd nad samą wodę jest w koszmarnym stanie, więc zostawiamy auto "pod sosną" i znosimy wszystkie "graty" na wybraną miejscówkę. Gdy wszystko jest już na swoim miejscu, zbieramy drewno na nocne ognisko i gdy je rozpalamy, możemy w końcu zasiąść przy wędkach i skupić się na łowieniu. Jednak najbardziej czekaliśmy na zmrok, gdyż celem wyjazdu był nocny leszcz.
    Jeszcze "za widka", na kukurydzę trafiam małą (25-27 cm) parkę płoci, a na białe robaki biorą małe krąpie. Na drugim kiju cały czas jest rosówka - przynęta, która na ostatnim wypadzie, okazała się strzałem w "10".
    Gdy zapada zmrok, brania drobnicy ustają i pojawiają się leszczowe brania - takie same, jak poprzednim razem, tj. bardzo delikatne i powolne przygięcia i wyprostowania. Jednak tym razem były to pojedyncze przygięcia (bardzo delikatne, czasami wręcz niezauważalne), których nie dało się zaciąć. Z nastaniem nocy, przyszła także minusowa temperatura, która "zamrażała" przelotki.
    W końcu zanotowałem trochę inne branie, a na brzegu wylądował mały karaś srebrzysty, który miał ok. 30 cm. Z czasem, między pojedynczymi "tyci" pojedynczymi przygięciami, zaczęły pojawiać się pewniejsze brania (czyt., więcej, niż jedno przygięcie). Czasami udało się je zaciąć i do godz. 22, kolega miał na rozkładzie 3 leszcze w przedziale od ok. 40 do 53 cm. U mnie było zdecydowanie mniej brań, ale w końcu doczekałem się ładniejszego przygięcia i zanotowałem skuteczne zacięcie. Na brzegu wylądował kolejny karaś. Tym razem 36 cm.
    Leszcz brał co chwilę, ale bardzo delikatnie i "krótko". Aczkolwiek kilka brań było ciekawszych, ale albo się wypiął, albo poszedł z hakiem, albo najzwyczajniej w świecie "partoliliśmy" je. Jednak jedno na kilka brań, udało się zacinać i od czasu do czasu, lądował na brzegu samiec z "zaawansowaną" wysypką tarłową.
    Różne kombinacje ze zmianą haczyka, czy długością przyponu, nie dawały "chcianych" rezultatów. Jeśli chodzi o przynęty, to rosówka nie działała w ogóle i po jakimś czasie zrezygnowałem z niej, na rzecz białych, czerwonych i kukurydzy - te przynęty "dawały" kontakty z rybami.
    Po godz. 2 w nocy, gdy udało mi się zaciąć kolejne "przygięcie", wiedziałem, że mam na kiju nieco większego leszcza i że nie będzie to kilogramowy 40+ cm osobnik. Po spokojnym holu na przyponie 0,10 mm, podebraniu i zmierzeniu, miara pokazała 56 cm - jak się później okazało, była to ryba wyjazdu.
    Był to oczywiście samiec, który miał typowo tarłowy "złoty" kolor. Był cały "wypryszczony" oraz wypływał z niego mlecz. Z kolejnym (54 cm), było to samo. Miał także (nie tylko on) świeże ślady, świadczące, iż odbywają tarło. Po kilku takich rybach stwierdziliśmy, że to nasz ostatni wypad na kwietniowego leszcza i nie będziemy im przeszkadzać - niech się mnożą.
    Przed świtem, kolega trafia dwa karasie. Najpierw 39 cm, a następnie ok. 30 cm. Gdy wyszło słońce, wszystko zaczęło odmarzać, a brania stały się... jeszcze delikatniejsze. Były to ledwo widoczne bardzo powolne przygięcia - te nocne, w porównaniu do tych dziennych, były po prostu mocne (chociaż nie jest to odpowiednie określenie). Udało mi się zaciąć jedynie dwa takie brania. Najpierw na brzegu wylądował ok. 30 cm karaś, a następny był 45+ cm leszcz. Gdy zrobiło się ciepło, brania ustały całkowicie. Owszem, przed południem trafiły się dwa "rodzynkowe" brania, ale był to mały jaź i boleń.
    Nie działo się nic, ale było szkoda pięknej pogody, więc postanowiliśmy odwiedzić inne miejsce, z nadzieją, że może uda się zdjąć jakiegoś klenia. Owszem, zanotowałem dwa piękne brania (nie był to kleń), ale oba "spaprałem" - pewne branie i zacięcie bez jakiegokolwiek oporu, jakby na końcu zestawu nie było w ogóle ryby. Posiedzieliśmy przy wiosennym słońcu do godz. 15 i ruszyliśmy w drogę powrotną.

    Tytuł, jaki nadaliśmy tej wyprawie, to: wypad niewykorzystanych szans.

    Boleń ganiał ukleje, jak szalony - a to dopiero połowa kwietnia. Ciśnienie jest ogromne. Trzeba to jakoś wytrzymać - może pstrągi z górskich rzek, może opaskowy kleń, a może to i to. Czymś będzie trzeba się zająć. Byle do majówki!

    Ps. To taka relacja na szybko - sorki za ten "nieład".



    Ryba wyjazdu - 56 cm.

  • amur72 2014-04-19 21:26:24

    Witam i nie ukrywam że czekałem na kolejną relacje z wyprawy na wspaniała naszą rzekę do której mam 80km .Gratuluje wspaniałych okazów .

  • dawid73132 2014-04-19 23:16:40

    Witam i nie ukrywam że czekałem na kolejną relacje z wyprawy na wspaniała naszą rzekę do której mam 80km .Gratuluje wspaniałych okazów .


    Racja :) Miło się czyta :)

  • Reklama
  • wedkarz2309 2014-04-20 08:52:33

    Bardzo mi miło :)



    Wczorajszy dzień, to... "piknik" nad wodą. Ale od początku.
    O godz. 8 rano, ruszam spod domu z jednym koleją i jedziemy po drugiego. Będąc już na miejscu, zostawiam chłopaków i jadę po najmłodszego uczestnika "wyprawy". Jest to 14 letni chłopak, który chce pogłębiać swoją wiedzę nt. wędkarstwa, a przede wszystkim, jak chyba każdy z nas, łowić ryby.
    Gdy wróciłem z nim, poszliśmy na wybrane miejsce, rozpakowaliśmy się i zestawy poszły do wody. Tego dnia, ustawiliśmy się typowo pod klenia, z wątróbką na haku.
    Brania były od razu, ale były to pojedyncze strzały. Małe klenie, krąpie? Z pewnością nie były to duże ryby, ale zaintrygowany tą sytuacją, postanowiłem przerobić zestaw na delikatniejszy. Mały haczyk, mały kawałek wątróbki i... na brzegu wylądował mały, ok. 30 cm kleń. Krystian łowił na bata ukleje, trafił też kilka niedużych leszczy, a także rocznego sandacza. Piotrek złowił kilka uklei na białe, a Michał pod wieczór trafił leszcza 45 cm i krąpia 32 cm.
    Tak więc, każdy coś złowił, jednak ten wypad był "wyjątkowy" pod względem podejścia do łowienia. Typowy light, cały dzień przy ognisku i tyłem do wędek. Dużo rozmów, kiełby, ziemniaki i kanapki z ogniska,a także wrona(?), która miała w okolicy gniazdo i ganiała dwa orły - to była atrakcja dnia. Taki typowo piknikowy wypad - a co tam, raz na kilkadziesiąt wypadów można sobie pozwolić.


    Cel wyprawy - kleń.

  • amur72 2014-04-20 11:28:25

    Witam serdecznie! Fajnie, że kolega spędza tyle czasu nad rzeką i opisuje to potem tak dokładnie. Bardzo dziękuję! A może jakaś książka z tego pisania powstanie? Życzę spełnienia marzeń na łowiskach i kolejnych rekordów.

  • wedkarz2309 2014-04-30 06:46:49

    Kol. amur72 , żeby pisać książki, to trzeba umieć pisać, a te moje relacje, to takie amatorskie bazgroły. Dzięki i Tobie także życzę wielu rekordowych ryb.


    Do boleni zostało już na prawdę niewiele, ale jeszcze ten jeden raz, trzeba było gdzieś wyskoczyć. Zaplanowałem więc poniedziałkowy wypad na opaskę z feederami, z jasnym celem: próba złowienia jazi. Ale niestety, tak samo, jak w sobotę, tak i w poniedziałek, woda okazała się być zbyt duża, a na domiar "złego", przez cały dzień rosła i ponownie płynęło dużo syfu. Byłem więc zmuszony, wybrać inną miejscówkę.
    Nad wodą byłem tuż po godz. 8 rano. Na białego robaka od pierwszego rzutu, brały małe krąpie, natomiast na kukurydzy, była cisza. Zestaw z robakiem/robakami, ciągle rzucałem w to samo miejsce i z czasem podeszły trochę większe krąpie 25-30 cm.
    O godz. 10, gdy na kuku nadal nie było efektów (jeden mały krąp), założyłem czerwonego robaka. Chwilę po rzucie, podszedł do mnie "człowiek z blachą". Dałem mu dokumenty, otworzył rejestr i... zaczął drążyć, dlaczego "8" jest poprawiona i gdy mu odpowiedziałem, że niewyraźnie mi się napisała i poprawiłem ją tak, aby było widać, że to "8", zaczął się dopytywać, czy aby na pewno, czy to nie jest poprawione z "7", na "8". W końcu dał się przekonać, że to, co mówię, jest prawdą i gdy sprawdzał dalej, na czerwonego robaka nastąpiło bardzo fajne branie. Żadnych szarpnięć, po prostu przygięło szczytówkę, by po kilku sekundach wyprostowało ją i ponownie przygięło. Kontrolujący spisywał coś na kartkę, a ja w tym czasie podszedłem do wędki i zacząłem hol. Jak się okazało, było to odrzański okoń. Gdy tylko go zobaczył (kontrolujący), stwierdził, że taki jest już fajny na patelnię. Ja mu na to, że wypuszczam ryby. Nic się już nie odezwał, oddał dokumenty i poszedł w stronę kolegi (także strażnika), który wracał już od innych wędkarzy. Miara pokazała 33 cm i po szybkim zdjęciu, ryba odzyskała wolność.
    Przed południem, gdy znowu zaczęły brać bardzo drobne krąpie, założyłem kukurydzę i pomogło to na tyle, że te małe przestały brać, a zaczęły meldować się trochę większe (do 31 cm). Jednak niedługo po tym, pojawiły się fajne brania, a na brzegu zaczęły lądować... 30kilku centymetrowe bolenie, które z furią atakowały w kukurydzę - podobnie było w tym miejscu na jesieni. Po kilku sztukach, nastąpiła cisza.
    Przed godz. 18, ponownie pojawiły się krąpie. Trafiły się też dwa nieduże leszcze. Jeden z nich, oprócz mojego haczyka, miał w pyszczku jeszcze drugi. Uwolniłem więc go z dwóch "kolczyków" i odpłynął.

    Jedna z kolejnych ryb, była trochę większa od pozostałych. Do brzegu dała się doholować bez "protestów", ale pod nogami, zaczął się taniec na małym druciaku i przyponie 0,10 mm. Jak się okazało, był to jaź (na oko 37-38 cm). Później złowiłem jeszcze kilka krąpi, a gdy nastała noc, liczyłem po cichu na większego lecha. Zwinąłem się przed godz. 23, ale nocnego brania nie uraczyłem.
    Łącznie na brzegu wylądowało bez mała 30 krąpi, 2 leszcze, jaź, okoń, a także jazgarz, ukleje i bolenie. Był to ostatni wypad przed wyczekiwaną od dawna majówką - bolenie tuż, tuż.


    Podwójnie "zakolczykowany" leszcz.

  • swyniu 2014-05-20 20:03:50

    a co tutaj taka cisszzzzzzzzzza :)  ??????????????

  • wedkarz2309 2014-06-08 19:12:51

    Po piątkowych, porannych boleniach, tak się złożyło, że wieczorem, znowu wylądowałem nad Odrą. Tym razem z feederami. Cel, to nocny leszcz, ale tak na poważnie, pojechałem na ryby po to, aby nie siedzieć w domu. Tak więc, główny cel wyprawy, to posiedzenie na łonie natury, a przede wszystkim, wyspanie się. Te leszcze, to tak przy okazji.

    Nad wodą byliśmy (pojechałem ze znajomym) po godz. 20. Gdy zajeżdżamy, spotykamy kolegę po kiju (manieku80), który łowi wieczorne podleszczaki 30-35 cm. Witamy się, zamieniamy kilka zdań i idziemy nazbierać drewna.

    Przed zapadnięciem zmroku, łowię jeszcze kilka uklei, tak na wszelki wypadek, jakby chciało się komuś zapolować za sandaczem. O godz. 22.30, w końcu posyłam zestawy do wody. Jest nas trzech, więc postanawiam od razu założyć jedną ukleję. Pod leszcza jest 5 zestawów, a do tego są różne, więc jak będzie "chciał", to ktoś powinien zacząć go łowić, a ukleja na jednym zestawie, to szansa na rybę z zębami.

    Niestety, z nadejściem nocy, brania się skończyły. Mariusz trafia bodaj dwa małe leszcze, a Michał krąpie. U mnie cisza.

    Przed godz. 2, Mariusz się pakuje i jedzie do domu. Ja zatem, wchodzę na jego miejsce, co pozwoli mi, posyłać zestawy w ciekawsze (oczywiście dla mnie) miejsce. Efekt jest taki, że może po pół godz., wyjmuję pierwszego leszcza. Taki nie za duży, 45+ cm. Brał tak delikatnie, że nie widziałem brania - po prostu chciałem przerzucić zestaw.

    Tej nocy, nie wydarzyło się już nic. Dopiero o wschodzie słońca, tuż przed godz. 5, mam piękny "przerywany" odjazd na uklei. Jak się okazało, był to mały sandacz. Wyglądał na około wymiarowego, a miarka pokazała 50-51 cm. Rozmiarówka "jazgarzowa", ale grubas z niego był niesamowity. Pamiątkowe zdjęcie, z pierwszym osobnikiem tego gatunku, w tym roku i do wody. No, w marcu był taki ok. 65 cm, ale w okresie ochronnym się nie liczy.

    Gdy robi się całkowicie jasno, rusza się mała ryba. Łowię kilka krąpi i dwa leszcze, ale małe. Jeden ma ok. 30, a drugi ok. 45 cm.

    Przez cały dzień, nie dzieje się nic. Był to z założenia wypad "piknikowy", więc się trochę człowiek poopalał, był też czas na "poganianie" w wodzie. Gdy było już zbyt gorąco, przyszedł czas na leniuchowanie w cieniu. Cień znajdował się dobrych kilkadziesiąt metrów od stanowisk, co spowodowało, iż przegapiłem jedyne branie dnia. Branie na ukleję, którą coś trochę pokiereszowało.

    Z wieczora, kolega zalicza na ukleję "uklejowe" branie, a na brzegu ląduje ok. 30 cm "pistolet". Pod wieczór, ma drugie branie, ale już zdecydowanie pewniejsze i tym razem, jest to sandacz, równo 50 cm.

    Po godz. 18, zwijamy się i ruszamy w drogę powrotną. 22 godz., podczas których, planem było wyspanie się, okazało się być godzinami bezsennymi. A zatem, druga doba z rzędu, bez spania. Dały w kość, dziś prawie cała niedziela przespana. Tej nocy, też trzeba się wyspać, gdyż z powodu obecnych upałów, przerzucam się tylko i wyłącznie na nocne łowienie. No, na wieczorno-nocno-poranne, które chcę "zaliczyć" jutrzejszej nocy.


    Półmetrowy "jazgarz".

  • wedkarz2309 2014-06-16 17:14:08

    Jednak się skusiłem. Z zapisaniem się, czekałem do ostatniej chwili, aby mieć "przed sobą", w miarę wiarygodną prognozę pogody (ze spinningiem to bym się mógł pokusić, ale nie lubię łowić feederami w deszczu).

    W piątek, 13-go czerwca, tuż przed zamknięciem sklepu, zjawiam się wraz z kolegą w sklepie GRYF, u Marka, w celu zapisania się w "ostatnim momencie" na zawody. Przy okazji dokupujemy brakujące "smakołyki" (część mamy od Pawła, forumowego gruncika28).

    Sobota, godz. 15, ruszamy z Lubina, a w Ścinawie dołącza do nas kolejny uczestnik zawodów, "prywatnie" kolega od lat - Paweł (jokeras). Nad wodą, w porcie, zjawiamy się o godz., 16. Trafiamy na znajomych, ale nie mamy czasu nawet porozmawiać, gdyż mamy niespełna godzinę, na zrobienie zanęt. Niestety Gruncik także ma zawody (MO, które wygrał - gratuluję!), więc nie mógł nam użyczyć swoich wiader, sita, itd. Nie mógł też, przygotować nam zanęt w sposób bardziej profesjonalny - z całą pewnością jest w tym wprawiony. Musieliśmy poradzić sobie jednym wiadrem 25 l, dwoma dyszkami "po farbach" i sitem z dużymi oczkami, które nie pasowało do żadnego wiadra - nawet nie sprawdziliśmy wcześniej, czy pasuje.

    Zatem, szybkie "przetarcie", po którym i tak mieliśmy masę grudek, a następnie "zabawa" w mieszanie oraz klejenie kul. Oczywiście nie zdążyliśmy zrobić wszystkiego, a już musieliśmy jechać na miejsce zbiórki. Tam czekali już na nas niemal wszyscy "startujący", w tym kolega Mariusz (manieku80), którego poznaliśmy w zeszłym roku nad Odrą. Jest on "nie stąd" i w zawodach jest, jako gość.

    Losowanie ostróg. Zapisaliśmy się, jako ostatni, więc nam pozostała... niewylosowana przez nikogo główka. Szczęście się do nas uśmiechnęło, gdyż została nam całkiem dobra miejscówka, której ukształtowanie znam dosyć dobrze, jednak przed startem, zbadałem dokładnie dno, aby wiedzieć "co, gdzie i jak", gdyż dosyć dawno na niej nie łowiłem.

    Po losowaniu, jedziemy szybko na stanowisko nr 6 i kończymy przygotowania, związane z zanętą. Po tej czynności, kręcę nowe zestawy (brakło na to czasu wcześniej) i staram się uporządkować stanowisko, aby mieć możliwie wszystko pod ręką.

    Godz. 18.30 - jest sygnał, który oznacza START, a ja nie mam w ręku kul, w koszyku nie ma zanęty. Widzę (i słyszę), jak inni zawodnicy już nęcą, więc szybko nabijam koszyk, zakładam przynętę na haczyk i posyłam zestaw w wybrane miejsce. Chcę się wziąć za wrzucanie kul, jednak natychmiastowe branie, nie pozwala mi na to. Szybko łowię pierwszą rybę, którą jest ok. 15 cm krąp. Podczas wrzucania kul, wyjmuję jeszcze dwa krąpie.

    Po zanęceniu, łowię na przemian krąpie i ukleje. Są to małe sztuki, od 10 do 20 cm. 20kilka, to już te "duże". Rzuty muszą być bardzo precyzyjne , gdyż niewielki błąd, to dłuższa strata czasu, zazwyczaj bez brania. Kolega z napływu łowi same ukleje, a ja mam w siatce naście ryb. Przenosi się więc do mnie i razem odławiamy małe, ale bardzo nabite krąpasy. Znajomy łowi ok. 30 cm rozpióra, a ja trafiam między krąpiami, 5 płotek.

    Gdy zaczyna się ściemniać, brania są coraz zadrze. Wykorzystując ten moment, nęcę nocną miejscówkę, z nadzieją, że podejdą leszcze i uda mi się je przytrzymać. Niestety, z nęconego za dnia miejsca, nie ma już brań, a w nocną miejscówkę, gdzie miały być leszcze, weszły ukleje, które się nie liczą.

    Aby nie tracić czasu, aż zaczną się brania "prawidłowych" ryb (albo i nie zaczną), przeniosłem się z jednym kijem na napływ i już w pierwszym rzucie, mam krąpia, a następnie małego, ok. 28-30 cm leszcza. Przez całą noc, regularnie, odławiałem z tego miejsca krąpie. Na zapływie, miałem tylko jedno branie, łowiąc krąpia.

    Korciło, aby drugi kij też ustawić na napływie, jednak "intuicja" nie zawiodła i na sam koniec nocy, mam branie, na które czekałem. Leszcz kilkukrotnie się "szamotnął" na początku i niemal bez walki, dał się wprowadzić do podbieraka. Oceniamy go na ok. 45 cm i dobry kilogram wagi.

    Gdy zaczyna świtać i na napływie zaczynają gościć uklejki, przenoszę się całkowicie na miejscówkę, z dnia poprzedniego. Krąpie pojawiają się, gdy tylko robi się jasno i odławiamy je regularnie do godz. 7. W międzyczasie, spinam dwie sztuki z rzędu, pod samymi nogami. Okazało się, że haczyk się trochę stępił. Po wymianie na nowy, spinek już nie było. Na dwie godziny przed końcem zawodów, wszystko siada, brania ustają. Ryba ewidentnie odeszła. Idę więc z jednym kijem na warkocz i odławiam małe kiełbie. Może pół godziny przed końcem zawodów, wykonuję daleki rzut, w środek basenu i... jest krąp. Przypadek? Być może, ale posyłam natychmiast tam oba zestawy i doławiam drugiego. Ostatnią rybę łowię po sygnale, który oznaczał 5 minut do końca zawodów. Ajć, gdybym nie zajął się tymi kiełbiami, tylko poszukał wcześniej tych krąpi...

    9.00 - koniec zawodów. Zanim dochodzi do nas sędzia, jesteśmy już spakowani. Kolega rozmawia przez tel., więc najpierw ważone są moje ryby. Waga pokazuje 4650 g. U kolegi jest niestety tylko 1800 g. Łącznie mamy 6450 g. Ważony jest także leszcz, kandydat do ryby zawodów. Waga pokazała 1060 g.

    Płuczemy i rozkładamy siatki, aby schły i idziemy na miejsce zbiórki, oczekiwać na ciepły posiłek, który powinien zaraz przyjechać. Po skonsumowaniu, następuje ogłoszenie wyników.

    Najpierw wyniki gości. Mariusz złowił 3190 g, jednak nieoficjalnie, przekroczył 4 kg, gdyż część ryb mu uciekła. Powód: silny wiatr, który się zerwał z wieczora, przestawił mu siatkę i zanim się zorientował, trochę ryb odzyskało przedwcześnie wolność.

    Następnie odczytywanie wyników, uzyskanych przez zawodników z naszego koła. Miejsce czternaste, ..., dziesiąte..., piąte, czwarte. A więc podium jest na pewno. Niestety, nasze nazwiska zostały wyczytane już przy trzecim miejscu.

    Na końcu jeszcze nagroda za rybę zawodów. Szczęście dopisało po raz trzeci (przy trzecim występie na tych zawodach), gdyż znowu „trafiło na mnie”.

    Pamiątkowe zdjęcia grupowe, pożegnanie się i jedziemy do domu.

     


    Na koniec jeszcze kilka liczb i małe podsumowanie.


    Wyniki indywidualne (kolejność "wiekowa" - od najstarszego): 

    Mariusz (manieku80): 3190 g, miejsce 5.

    Paweł (jokeras): 1980 g, miejsce 12.

    Mariusz (wedkarz2309): 4650 g, miejsce 1.

    Michał: 1800 g, miejsce 14.


    Podium:

    I miejsce: 3890 + 2840 = 6730

    II miejsce: 4320 + 2150 = 6470

    III miejsce: 4650 + 1800 = 6450


    Ryba zawodów:

    Leszcz 1060


    Osobiście, udało mi się złowić kilkadziesiąt krąpi (myślę, że 50+), 6 płoci, 2 leszcze i ok. 10 kiełbi. Do tego ryby, które nie poszły od siatki, tj. dużo uklei i niewymiarowy kleń.

     

    Pełne wyniki oraz zdjęcia, dostępne są na stronie koła:

    http://klubnatura.elubin.pl/wyniki/2014/wyniki_nocne_druzynowe_gruntowe_2014.htm

    http://klubnatura.elubin.pl/galerie/2014/Zawody/nocne_druzynowe_gruntowe_2014/album/index.html

     

    Osobiste wrażenia? Organizacja i atmosfera super - tutaj nie ma się do czego przyczepić.

     

    Ocena własnej osoby? Tutaj niestety nie jest tak kolorowo:

    - ani razu nie wybrałem się na trening (tutaj winę zrzucam na bolenie), więc nie miałem pojęcia (poza teoretycznym), czego się spodziewać. Ostatnio na tym odcinku Odry, tą metodą, łowiłem... rok temu, na zawodach,
    - niestety, ale znowu "zadziałała" zasada: wszystko na ostatnią chwilę. Przez to, nie mogłem się skupić na jak najlepszym zrobieniu zanęt - wszystko było robione w wielkim pośpiechu, niedbale, itp.,
    - nie zrobiłem sobie żadnego przyponu i za każdym razem, musiałem go wiązać podczas zawodów, tracąc czas na "kręcenie",
    - brakło mi zanęty "koszykowej" i musiałem przez kilka ostatnich godzin, łowić jakąś zapasową, którą miałem w aucie,
    - z nęcenia także nie jestem zbytnio zadowolony (m.in., nie udało mi się przytrzymać ryb do końca zawodów),
    - sporo przed końcem, brakło mi... jednego rodzaju przynęt,
    - wyślizgnął mi się jeden krąp podczas rzutu ("wierzgnął" się) i nie trafiłem do siatki,
    - nie udało się osiągnąć celu: wygrana i indywidualnie wyższy wynik, od drużyny z drugiego miejsca,
    - pewnie by się jeszcze coś znalazło.

     

    Ale są i "myślniki", z których jestem/powinienem, być zadowolony (z góry sorki, że napiszę o sobie "chwaląco"):
    - przez 12 godzin (od startu, do godz. 7 rano), udawało mi się regularnie odławiać ryby - dłuższe przerwy bez brań, nie istniały (no, w godz. 7-9, wyglądało to już zupełnie inaczej, ryba odeszła - ale o tym napisałem wyżej),
    - gdy na początku nocy brania ustały, nastąpiła szybka reakcja i natychmiastowe znalezienie ryb w innym miejscu,
    - żadna ryba mi nie padła w siatce, odpłynęły wszystkie,
    - udało się zrobić najwyższy wynik indywidualnie (spośród 29 zawodników - się poszczęściło),
    - udało się złowić największą rybę zawodów (spośród 58 zestawów - się poszczęściło),
    - to chyba wszystko.

     

    Z tego miejsca, pragnę pogratulować zwycięzcą, a także każdemu, kto wziął udział w zawodach.

  • wedkarz2309 2014-06-19 09:04:13

    Woda mała, czas bolenia minął (w moim przypadku), więc mogłem nareszcie wybrać się z feederami, na jedną z wielu odrzańskich opasek. Nad wodą pojawiłem się wczoraj, w okolicach południa. Nie wiem, co mnie podkusiło, ale zacząłem od przyponów 0,14 mm. Na opasce, przy feederach, to niemal, jak strzał w kolano. Głównym celem, był opaskowy kleń.

    Pierwsze branie - przypon przetarty na kamieniach. Drugie branie - przypon przetarty na kamieniach. W obu przypadkach, straciłem ryby w tym samym miejscu, więc przeniosłem się w to miejsce, aby nie tracić więcej ryb. Trzecią rybę już udało się wyjąć. Był to krąp między 25, a 30 cm. Tym razem przypon nie został nigdzie przetarty, ale komfort z taką grubością, na takim łowisku, był przynajmniej nijaki. Pozmieniałem więc w obu zestawach przypony na 0,18 mm.


    Kolejna ryba, to... pierwsza w tym roku, i będąca jeszcze w okresie ochronnym, brzana. Mała, niespełna 40 cm, siłaczka. Przy kolejnym rzucie, mam cel wyprawy: klenia. Jednak wielkością nie powalał. Miał ok. 35 cm. Trafiam jeszcze ze dwa krąpie i drugiego, równie małego (30+ cm) klenia. Coś się dzieje, ale jest to sama drobnica.

    Postanawiam więc, przenieść się w inne miejsce opaski, gdzie zawsze łowiłem najwięcej kleni. Najpierw robię dwa kursy, z "gratami" i gdy idę już po same wędki, widzę z daleka, że jeden z feederów jest bardzo mocno wygięty (dolnik przyblokowany na kamieniach, więc nie było opcji podniesienia kija przez rybę). Nie mam w zwyczaju "lecieć" do brania, więc na spokojnie szedłem w stronę wędki, Jednak, gdy zrobiłem kilka kroków, zacząłem delikatnie słyszeć... uciekającą szybko żyłkę z kołowrotka. Przyspieszyłem więc kroku i wziąłem kij do ręki. To, co było na kiju, było po prostu wielkie. Nie mogłem nic zrobić. Stałem i patrzyłem się, jak rybkso schodzi z nurtem w dół rzeki, wybierając w szybkim tempie, kolejne metry żyłki. Postanowiłem więc iść za rybą. I to był błąd. Napięty przez rybę zestaw, został nieco poluzowany (czyt., stał się trochę mniej napięty) i koszyk w tym momencie wleciał między kamienie, a kołowrotek ucichł. Po chwili udało mi się uwolnić koszyk z kamieni, jednak ryby na kiju już nie było. Przypon 0,18 mm, przetarł się. A może pękł? Jednak wydaje mi się to mało prawdopodobne. Przypon strzelił mniej więcej, w połowie długości - tutaj o przetarcia jest bardzo łatwo. Co to była za ryba? Mogę tylko zgadywać. Kleń? Raczej nie, gdyż takiej jazdy nie robiły mi przeszło 50 cm sztuki. Duży leszcz? Chyba nie. Najbardziej mi to pasowało do WIELKIEJ brzany. Łowiłem już z tego miejsca sztuki do 60+ cm, ale one nawet nie były w stanie tego hamulca ruszyć w początkowej fazie holu, a ta sztuka, nie miała z tym najmniejszego problemu. Cokolwiek to było, było WIELKIE.

    No trudno, trzeba się pocieszyć tym, że to była brzana, a jak wiemy, mają one teraz okres ochronny, więc nic się nie stało, nie ma czego żałować - przyjdę po nią w lipcu.

    Wziąłem więc obie wędki i poszedłem na kleniowe miejsce. Już w pierwszym żucie, trafiam 30+ cm malucha, a w drugim, w końcu siada nieco większy, aczkolwiek, do miana "duży", jeszcze mu brakuje. Czwarty kleń dnia, miał dokładnie 44 cm. Wziął na tym samym feederze, co niedoszłe brzanisko, ale nie był w stanie zrobić na kołowrotku nawet jednego "tyknięcia". A jak wiemy, kleń lekko nie bierze.

    Po 10 minutach, kolejne branie i tym razem "mały średniak". Na oko, około 40 cm. Po tych trzech szybkich strzałach, następuje cisza. Późniejszym popołudniem, zjawił się znajomy, który natrzepał małych, 15-20 cm okoni na spina.

    Pod wieczór, gdy przyszedł mi potowarzyszyć inny kolega (jokeras), ruszyły się krąpie (kilka sztuk do 33 cm) i trafił się szósty kleń. Ten był najmniejszy, miał niespełna 30 cm.

    Gdy się już zwijam (godz. 23), trafiam w ostatnim rzucie, jeszcze jednego krąpia.


    Ostateczny wynik, popołudniowej zasiadki, to 7 krąpi do 33 cm, 6 kleni do 44 cm  oraz będąca obecnie w okresie ochronnym, mała, niespełna 40 cm, brzana.


    Jeden, z sześciu, kleni - 44 cm.

  • wedkarz2309 2014-06-25 11:02:06

    Więc tak...

    W dniu wczorajszym, wybrałem się wraz z kolegą, na odrzańskiego klenia/jazia, z możliwym przyłowem leszcza.
    Nad wodą jesteśmy o godz. 17 i zaczynamy od wyboru miejsca. Kolega ma małą kontuzję, więc specjalnie wybieram pierwszy i nieco dalej od samochodu, aby mógł wybrać jak najbliższe miejsce. Tak też robi i siada na "moim" miejscu - normalnie sam bym tutaj usiadł, ale dziś kolega był w uprzywilejowanej "pozycji".
    Ja będę sprawdzał drugi raz nową miejscówkę, a kolega będzie miał pewne klenie (i być może jazie), jeśli tylko będą chciały współpracować.
    No i tak się też dzieje, kolega, niedługo po rozpoczęciu łowienia, ma pierwszego klenia. Niewielki, bo 42 cm, ale życiówka jest i to się liczy.
    Ja w łowisku mam cały czas krąpie, w przedziale od 25 do 30 cm. Pod wieczór, łowię, będącą jeszcze w okresie ochronnym, certę. Taką, ok. 30 cm. Po chwili słyszę, że kompan także ma certę. Przed zmrokiem, kolega doławia jeszcze leszcza 49 cm.
    Niestety, jak woda przez cały tydzień stała, tak teraz, jak na złość, puścili ją i płynie bardzo dużo syfu. Gdy nastaje noc, brania ustają. Kolega zwija wędki i idzie mi potowarzyszyć. Przez całą noc łowię... jednego kiełbia. Natomiast kolega, na samym początku nocy, trafia hybrydę... certy z krąpiem. Pierwszy raz taką widziałem.
    Pierwsze brania zaczynają się godzinę-dwie, po wschodzie słońca. U mnie są oczywiście same krąpie.
    Jednak i one nie biorą długo, w końcu nastaje cisza. Idę więc na chwilę do kolegi, zapytać się, jak u niego sytuacja. I w tym momencie, ma dwa brania jednocześnie. Najpierw wyjmuje małego jazia (36 cm), a na drugim kiju, odwiązuje się haczyk - na końcu zestawu był kleń.
    Może i u mnie podejdą? Wracam więc pilnować swoich feederów i owszem, brania powracają, ale niestety, łowię jedynie krąpie. Na białe robaki notuję dwa przepiękne przygięcia, ale po wyjęciu, widzę między robakami, małego kiełbia. Oczywiście nie trudno było się domyślić, kto był sprawcą tych przygięć. Kiełb miał pocięty ogon.
    W godzinach popołudniowych, gdy zaczyna nachodzić coraz więcej chmur, rozważam opcję "przeprowadzenia" się do kolegi, gdyż na popołudnie, zapowiadali deszcze, a i tak zbliża się godzina naszego wyjazdu, więc w razie deszczu, byłoby bliżej do auta. Zanim się za to zabieram, przychodzi kompan i proponuje to samo, abym przyszedł do niego. 
    Zwijamy więc moje graty i w pierwszym rzucie, łowię... krąpia. Natomiast kolega trafia drugiego jazia, poprawiając swoją życiówkę o centymetr (41 cm).
    W końcu i ja, mam piękne branie, ale kilka metrów od brzegu, wypina się kleń. Nie duży, nie miał raczej nawet 40 cm. Śmieję się, że dziś łowię tylko krąpie, dlatego się wypiął.
    Ryba ewidentnie podeszła, gdyż po chwili mam przepiękne branie, z przestawieniem wędki na podpórce. Tym razem, jest to jaź. No, już taki średniak. Nie widzę, go, ale po braniu i holu, oceniam go na ok. 45 cm. Gdy jest już bardzo blisko brzegu, mówię do kolegi, że i tak się wypnie, bo dziś łowię same krąpie. Ledwie to powiedziałem i... wypiął się.
    Deszcz zaczął padać, więc zacząłem już powoli zanosić rzeczy i wtedy woła mnie kolega, trzymając w ręce, mój kij. Podbiegam więc i zaczynam hol, na prawdę ładnej ryby, która przesuwała się powoli w głąb nurtu. W tym czasie, pytam się, jakie to było branie i z początku stwierdzam, że to pewnie kleń, ale walka była zupełnie nie kleniowa. Może gruby jaź? Ryba jest na prawdę silna, ale w końcu udaje się ją podholować bliżej stanowiska. Wtedy robi nagły zwrot i przez ułamek sekundy ją widać. Co to? Mały bolek 50+ cm? Gdy ryba się pokazuje ponownie, widzimy wielkiego jazia, który próbuje ponownie wejść w nurt. Pół żartem, pół serio, mówię znowu do kolegi, że ja dzisiaj łowię same krąpie, więc się pewnie wypnie. Jaź walczy jeszcze chwilę i... koszyk z impetem leci w moją stronę. Wypiął się. Ajć, jaka szkoda. To była życiówka, której nie mogę pobić od kilku lat. Ten jaziozaur, miał kilka ładnych centymetrów powyżej "50". No niestety, pozostaje mi nadal "cieszyć" się, z jaziowej życiówki, która wciąż wynosi 49 cm.
    Niedługo po tym, kolega ma branie. On rybę oczywiście wyjmuje. Jaź jest co prawda zdecydowanie mniejszy od tego, który się wypiął przed chwilą, ale nowa życiówka jest (42 cm).
    Na koniec trafiam małego leszcza ok. 35 cm (mała ryba, podobna do krąpia, więc się nie wypięła), a kolega ok. 30 cm klenia.
    Łowy kończymy o godz. 17.
    Mój wynik, to 22 krąpie w przedziale 15-30 cm i 2 leszcze 30-35 cm. Oczywiście do tego spięty kleń i dwa jazie, w tym prawdziwa, przeszło półmetrowa "krowa".
    Generalnie dzień na +. Mimo, iż te wyjęte klenie i jazie nie były duże, to chociaż coś się działo - było fajnie. No, jedynie szkoda tej jednej ryby.

  • wedkarz2309 2014-06-30 14:12:43

    Przychodzi weekend i od kilku dni, nie podnoszą na Odrze śluzy. Mała, nie skacząca woda - to napawało wielkim optymizmem. W piątkowy ranek, przez wyjazdem, sprawdzam jeszcze poziom wody, na interesującym mnie czytniku i... powtórka z ostatniego wypadu, kiedy to przez tydzień poziom wody się nie zmieniał, a gdy przyszło wędkować, puścili wodę i wyniki były bardzo marne. Niestety tak było i tym razem. Ba, fala była jeszcze wyższa. Ale śluza jest kilkadziesiąt kilometrów w górze rzeki, więc zanim "u mnie" zacznie się podnosić, to monie kilka godzin.
    Tak więc, aby wykorzystać to jak najlepiej, zmykam szybko nad wodę, która jeszcze przez przynajmniej połowę dnia, będzie bardzo niska. Każda minuta jest bardzo cenna, więc szybkie rozrobienie, niedużej porcji zanęty, przygotowanie feederów oraz wszystkich pozostałych "gratów" na swoje miejsca i gdy zanęta po domoczeniu jest już gotowa, nabijam nią koszyki i oba zestawy lądują w wodzie. Jeden bliżej, drugi dalej.
    Jako pierwszy, wita się ze mną mały, niespełna 40 cm leszcz, a następnie wchodzą krąpie. Są to głównie 20-30 cm, pięknie wybarwione samce, z których leje się mlecz. Mimo, iż są to małe ryby, brania są bardzo mocne. Jednak prawdziwe branie (te, na które czekam), odnotowuję po około 2 godzinach łowienia. Jest to jaź, który połakomił się na kanapkę z jednego ziarna kukurydzy i dwóch kasterów. Miarka pokazała równo 40 cm.
    Mimo, iż woda jeszcze nie zaczęła rosnąć, aktywność ryb nie powalała na kolana. Sprawka dużego spadku ciśnienia? Nie bardzo lubię zwalać swoje niepowodzenia na niesprzyjające warunki, ale... Kolejne ryby, to przede wszystkim krąpie, ale trafił się drugi jaź (zdecydowanie mniejszy), kleń (ok. 35 cm), a także certa (30+ cm), która ma do końca czerwca, okres ochronny. Zaliczyłem także przepiękne branie, lepszego klenia, jednak jak szybko podniósł kij, tak szybko go "odstawił".
    W godzinach wieczornych, poziom wody, od zastanego, był już wyższy o przeszło pół metra, a nurtem płynęło bardzo dużo syfu. Ryba siadła całkowicie, nie działo się nic, poza sporadycznymi krąpiami, więc jeden kij był nadal pod białą rybę, a na drugi, powędrowała ukleja, z nadzieją, że może sandacz będzie chciał współpracować.
    Gdy urwałem pierwszy zestaw (ten, na białą rybę) i kończyłem kontować nowy, zauważyłem pewne szarpnięcia szczytówki na wędce, gdzie była żywa ukleja. Były zdecydowanie za mocne, jak na żywą przynętę. Podszedłem więc do kija, zacięcie i... siedzi! Ryba nie była jakimś rekordowym okazem, ale zdjęciowy sandacz, "swoje" walczył. Gdy już czekałem z podbierakiem i chciałem go wprowadzić do niego, nastąpiła wypinka.
    Woda była coraz wyższa, syfu płynęło coraz więcej, więc zgodnie z planem, zwinąłem się i o godz. 22, poszedłem do auta, z zamiarem wyspania się. Nie ustawiałem budzika, ale o godz., 6 rano, obudziło mnie przejeżdżające auto. Był to wędkarz, który przyjechał na sobotnie łowy. Ubrałem się więc w "robocze" ciuchy i udałem się na swoje miejsce. Patrzę, a tam rozkłada się jakiś tyczkarz. Jak się okazało, był to mój znajomy, który zaproponował, że mogę się ustawić obok niego. Tak też zrobiłem.
    Woda przez noc, zdążyła już trochę opaść i była nadzieja, że szybko opadnie do "swojego" stanu i brania się zaczną. Ale póki co, należało walczyć na opadającej wodzie. Oczywiście na początku pojawiły się krąpie. Trafia się też niespełna 40 cm bolek. O godz. 10, mam kolejne branie. Delikatne, ale zdecydowanie wolniejsze. Po zacięciu czuję bardzo miły opór. Ryba pewnie "szarpie" szczytową częścią feedera i próbuje uciec w dół rzeki, wyjeżdżając nieznacznie na hamulcu. Przy powierzchni szybko błyska nam złoty bok leszcza. O ile te ryby z wody stojącej lub leniwie płynącej, wjeżdżają zazwyczaj do podbieraka dosyć szybko, o tyle, hol tych ryb w silnym nurcie Odry, jest zdecydowanie bardziej emocjonujący nawet od podobnej wielkości kleni. Szarpiąca i stawiająca się bokiem łopata w takim nurcie, robi wrażenie. W końcu leszcz daje się podebrać i mam w podbieraku złotego i grubego "szpadla". Wielkościowo nie powala (52 cm), ale jest bardzo masywny i przede wszystkim ma piękną, złotawą barwę.
    Kolejne godziny, to szybko opadająca woda i... tylko sporadyczne krąpie. Kolega pod tyczką nie ma ani jednej ryby. W międzyczasie dochodzi kolega, któremu bardzo zazdroszczę tego, że może chodzić pieszo nad taką wodę, jaką jest rzeka Odra. Paweł ustawia się dziś na klenia, z wątróbką na hakach. Niewiele po przybyciu, łowi małego, 30+ cm klenia.
    W okolicach południa przychodzi zapowiadany deszcz, więc Andrzej pakuje się. W planach ma jeszcze popołudniowy wypad, na inny odcinek rzeki. U mnie co jakiś czas, trafia się krąp, a kolega trafia na wątróbkę drugą rybę. Tym razem jest to... mała brzana. Taka ok. 35 cm.
    Niestety, w pewnym momencie woda zaczyna ponownie rosnąć. Dzieje się bardzo niewiele, poza krąpiami, trafiam kolejnego jazia. Taki z 37-38 cm.
    W porze obiadowej, przyjeżdża kolejny znajomy. Woda jest coraz wyższa, ponownie zaczyna płynąć dużo syfu. Te skoki poziomu wody, to nic dobrego. Popołudniu, Paweł zwija się do domu, ja postanawiam walczyć do wieczora. Doławiam jedynie kolejne krąpie. Mariusz także łowi ryby tego gatunku, a także trafia niespełna 30 cm certę.
    Do domu zwijam się o godz. 18, a kolega zostaje do nocy.
    Jeśli woda nie przestanie tak skakać, to cienko widzę otwarcie sezonu na barweny...


    Nie za wielki, ale bardzo waleczny - 52 cm.

  • wedkarz2309 2014-07-04 16:09:40

    Lipiec otwarty.


    Dziś wyjazd na dwa tygodnie na wczasy, więc plany na początek lipca, były następujące: dwa, dwudniowe wypady, z głównym celem: brzana. Ale, jak to dosyć często bywa, na planowaniu się skończyło. Co prawda udało się zrealizować jeden, dwudniowy wypad, ale nie za brzaną - rosnąca woda, uniemożliwiła ustawienie się na zaplanowanej wcześniej miejscówce. Ale od początku...


    Środa, południe, wyjeżdżam wraz z kolegą z Lubina. Ale czy aby, na pewno? Wszystko spakowane , a silnik nie chce się uruchomić. Nic, nawet nie "piśnie". Angażuję więc brata, który podjeżdża drugim samochodem i połączenie akumulatorów kablami, rozwiązuje sprawę. Jedziemy więc do Marka na zakupy, ale tak na wszelki wypadek, zabieram ze sobą kable. Po krótkiej wizycie w wędkarskim, auto ponownie nie chce odpalić. Wypychamy więc „golfika” na ulicę, "wskakujemy" na awaryjne i już drugie auto, udziela nam pomocy. Już wiemy, że bez takiej pomocy nie wrócimy z ryb, ale mimo to, ryzykujemy i jedziemy na wybraną miejscówkę, na którą mówię "koniec świata". "Koniec świata", ale presja wędkarska spora, więc liczyłem, że i w tygodniu ktoś się pojawi.


    Moja ulubiona ostroga jest wolna, więc rozkładamy się oczywiście na niej. Przez małe problemy z autem, jesteśmy sporo spóźnieni. Gdy jesteśmy na miejscu, jest już godz. 14. Obawialiśmy się, że będzie dużo syfu. I owszem, rosnąca woda, pakowała w baseny bardzo dużo śmieci (głównie różnej wielkości patyki i gałęzie), ale akurat nasza klatka, była czysta.


    Kolega siada na szczycie i posyła oba zestawy w warkocz. Natomiast ja, jeden z zestawów, posyłam bardzo daleko w nurt, aby mi go zniosło tam, gdzie chcę, a drugi lokuję w basenie. Początek jest bardzo obiecujący. Dosłownie kilka minut po zarzuceniu, znajomy ma pewne branie i wyjmuje pierwszą rybę dnia. Był to kleń 40 cm. Moje wędki nie chcą być "z tyłu" i jedna z nich, także pokazuje branie. Jak się okazuje, jest to certa. Nieduża, ale o większe raczej ciężko i niezbyt często się trafiają bardziej "okazałe". Miarka pokazała 33 cm.


    Wypinam ją, odkręcam sztycę od kosza, aby mi nie przeszkadzała i gdy chcę ją sfotografować, mam branie na drugim kiju. Podbierak zajęty, więc muszę podebrać rybę ręką. Jest to kleń, taki między 35, a 40 cm. Zanim daje się podebrać, wypina się. Wykonuję drugi rzut i chcę się zająć w końcu certą, ale zaraz po opadnięciu zestawu na dno, jest kolejne branie. Tym razem biorę kosz z certą i podbieram klenia. Miarka pokazuje 41 cm.


    Uwalniam dwie ryby, doławiam jeszcze jednego, małego klenia i... krąpie wkraczają do akcji. Nie sposób się od nich odpędzić. Próbuję też na zasyfionym napływie, ale i tam nie można złowić nic innego. Czekam więc na noc, odławiając kolejne krąpie. Jeszcze przed zmrokiem, zmieniam nieco swoje stanowisko (główny cel wyprawy, to nocny leszcz) i póki jest jeszcze widno, wykonuję rzuty w wybrane miejsce, aby "potrenować" je przed nocą, gdy nie będę widział, gdzie dokładnie leci zestaw.


    Jeszcze przed zupełną ciemnością, mam piękne branie, ale jest to mały kleń. Gdy robi się noc, zmieniam przynęty, które sprawdzają się najczęściej przy nocnym leszczu, ale na białe robaki, łowię... ukleję. Na jeden hak idzie rosówka, na drugim kombinuję z małą przynętą, ale początek nocy, jest bezowocny.


    Przed północą plącze mi się przypon tak mocno, że muszę zrobić nowy. I to był moment, który zmienił wszystko. Postanowiłem, że ukręcę mały haczyk, na cienkim przyponie. Już w pierwszym rzucie, mam branie i od razu czuję, że jest to fajna ryba. Trochę walki, głównie przy brzegu i pierwszy nocny leszcz, ląduje w podbieraku. Budzę kolegę, aby pokazać mu zdobycz. Po mierzeniu (55 cm), pamiątkowa fotka i do wody.


    Po kilkudziesięciu minutach, jest drugie branie i w podbieraku ląduje brat bliźniak. Także 55 cm. Oczywiście pamiątkowa fotka i szybko do wody.


    Nie wiem, czy mija 5 minut i świetlik na szczytówce, znowu się rusza. Tym razem leszcz ma niespełna 50 cm, a po niedługim czasie, na brzegu ląduje kolejna, przeszło 50 cm sztuka.


    Mija 10, może 15 minut od złowienia ostatniego leszcza, a już holuję kolejnego. Nie są to byki, ale zabawa na delikatnych zestawach, jest przednia. Ten leszcz ma 57 cm.


    Po kilkunastu minutach łowię kolejnego pięćdziesiątaka i po nim następuje dłuższa przerwa w braniach. Po godzinie, gdy dochodzi godz. 4 i na wschodzie zaczyna się nieśmiało rozjaśniać, mam kolejnego leszcza. Miarka po raz trzeci, pokazała 55 cm.


    Gdy zaczyna się robić widno, w miejscówkę wchodzą krąpie. Przeszła więc przez głowę myśl, aby przenieść się na dzienną miejscówkę, i tak sobie pomyślałem na głos: ciekawe, dlaczego za dnia te leszcze nie biorą (owszem, jakieś tam pojedyncze osobniki, czasami się trafią). Więc kolega na to, że to pewnie chodzi o to, że one za dnia gdzieś uciekają i by trza było je znaleźć. Nie wiem, dlaczego, ale to dało mi takiego pozytywnego "kopa" i postanowiłem, że jeśli są w zasięgu rzutu, to zrobię wszystko, co jestem w stanie, i dobiorę się do nich. Owy basen znam dosyć dobrze, więc wiem, gdzie są spadki, blaty, jak szeroka jest rynna, itd. W nocnym miejscu ich już nie ma, wiec na chwilę spróbowałem pomyśleć po "leszczowemu" i stwierdziłem, że nie chciałoby mi się uciekać za dnia gdzieś daleko. Posłałem więc zestaw w rynnę, która jest w bezpośredniej bliskości z nocną miejscówką i... już w pierwszym rzucie, mam małego (ok. 35 cm), ale jednak leszcza. Po chwili i kolega trafia pierwszą sztukę. Jest równie mały, jak ten mój, ale są i dopóki słońce nie przedrze się przez drzewa, mam nadzieję, na kolejne brania.


    Już wiemy, gdzie siedzą, a po niedługim czasie, kolega trafia z rynny kolejnego, takiego 40+ cm. "Marudzę", że moglibyśmy złowić jeszcze na koniec po jakiś lepszym. No i mam bardzo powolne branie, a po zacięciu, czuję, że to będzie piękny i największy leszcz, tej wyprawy. Ryba próbuje uciec, koszyk wchodzi w zaczep i leszcz zrywa przypon. Po tej rybie, nastaje dłuższa przerwa, ale zanim dociera do nas słońce, trafiamy jeszcze po jednym leszczu. Oba mają równo po 54 cm.


    Gdy mu się przyglądam, nie wierzę własnym oczom. Widzę bliźniaczo podobnie zniekształcony fragment ogona. Od razu przypomniał mi się leszcz, którego złowiłem tutaj... dwa lata temu. Znalazłem te zdjęcie w komputerze, zrobiłem porównania. Leszcz to taka ryba, przy której ciężko jest o takie porównania, zwłaszcza po tak długim czasie. Mocno się zmienił, szczególnie ubarwieniem (teraz jest wręcz ciemnobrązowy). Po bardzo dokładnej analizie, jestem na 100% pewny, że to ta sama ryba!


    Po godzinie 6, łowię ostatniego leszcza. Nieduży, około 40 cm. Gdy słońce już "wchodzi" na nasze stanowisko, zaczynają się brania krąpi. Na jeden hak, leci więc połówka rosówki, a na drugi, dwa ziarna kukurydzy. Niedługo po zarzuceniu, mam ciekawe branie, ale ryba jest mało ciekawa. Jest to ok. 30 cm karaś srebrzysty, który miał bliskie spotkanie, z zębami.


    Od tego momentu, nawet cała rosówka, nie była w stanie "odpędzić" się od krąpi. Zakładałem na jeden hak kilka ziaren kukurydzy, a na drugi rosówkę, a i tak, wyjmowałem krąpie. Nawet takie po kilkanaście centymetrów. Szukałem innych ryb, gdzie tylko się dało, ale krąpie były wszędzie.


    Przed godz. 13, mam kolejne branie. Zestaw mam ustawiony na spadku, więc po pierwszym szarpnięciu, zestaw turla się w dół, w moją stronę, robiąc luz na żyłce. Widząc to, myślę, że to kolejny krąp. Podchodzę więc spokojnie do wędki, robię przycinkę i zaczynam hol. Zestaw był świeżo rzucony, więc w koszyku jest jeszcze pewnie zanęta. Jednak czuję, że i ryba jest większa. Ale, aby się nie "napalać" zbyt mocno, mówię do kolegi, śmiejąc się przy tym, że to pewnie większy krąp, taki z 25 cm. Jednak, gdy ryba pokazuje się po raz pierwszy, z moich ust wychodzą następujące słowa: łooo, ale płoć! Tylko mi ledwo śmigła, ale zdążyłem zauważyć jej mały pyszczek i pomarańczowe płetwy. Oczywiście natychmiast sięgnąłem po podbierak i po kilku wybrykach, ładna płoć, była już moja. Najpierw kilka pamiątkowych zdjęć i czas na mierzenie. Miarka pokazała 42 cm. A więc, "płociowy" cel, osiągnięty, aczkolwiek, jakiegoś piorunującego wrażenia, to ona na mnie nie zrobiła. Myślałem, że taka płoć, będzie wyglądać bardziej okazale. Ale nie mam co wybrzydzać. Życiówka poprawiona + pierwszy złoty medal.


    Ot, taki rodzynek między krąpiami, które brały bez przerwy, do wieczora. No, trafiam jeszcze jednego klenia, ale jest mały, niespełna 30 cm.


    Jest tylko jeden wędkarz, ale jak się okazuje, jest też z Lubina i pomógł nam bardzo chętnie. Podjechał do "dziadka" nową terenówką, kable poszły w ruch i o godz. 18, ruszyliśmy w drogę powrotną.



    Reasumując. Mimo, iż za dnia rządził krąp (przeszło 30 sztuk), to udało się złowić kilka innych ryb: 4 klenie (trzy bardzo małe i jeden trochę mniej mały - 41 cm), certę (33 cm), karasia (ok. 30 cm) i płoć (42 cm). Najbardziej nastawiałem się na nocnego leszcza, który dopisał. Przez 3 godziny, udało mi się złowić 9 sztuk, z czego zdecydowana większość miała pow. 50 cm długości. Z rana, udało się dołowić jeszcze 3 osobniki, co łącznie daje dwanaście leszczy. Pewne wnioski się nasuwają, sporo rzeczy się standardowo powtórzyło, ale nie będę wszystkiego pisał - niektóre rzeczy, pozostawię dla siebie. Nie uważam się za jakiegoś tam "wyjadacza" nocnych leszczy, ale pewne spostrzeżenia, chcę zostawić tylko dla siebie. M.in., dlatego, żeby nie było, że się "panoszę".

    Co ciekawe, wszystkie leszcze, pow. 50 cm, były co prawda pięknie wybarwione (na zdjęciach tego nie widać, gdyż lampa błyskowa mocno je "rozjaśnia"), ale były także mocno pokaleczone (zdjęcia robiłem z tej "lepszej" strony), jakby niedawno skończyły tarło. Przyznam, że takich "pokiereszowanych" leszczy w lipcu, to jeszcze nie łowiłem.

    Teraz czeka mnie dwutygodniowa przerwa od wędkowania (dziś wyjeżdżam na wczasy), ale jeśli chodzi o tego leszcza, którego złowiłem teraz i dwa lata temu, to po powrocie, zrobię szczegółowe porównania i wstawię na forum.



    W końcu pękło "40" - płoć 42 cm.

  • mikefish 2014-07-19 08:27:55

    Spontaniczny wypad nad Odrę w Opolu - zrobiłem sobie przedtrenning przed zawodami feederowymi.
    10h łowienia
    Wynik średni - łącznie jakieś 8kg ryb, z czego zdecydowana większość to małe (20-25cm) płotki i krąpiki, tylko 1 leszcz 58cm 2,2kg
    U kolegi ok. 1kg drobnicy

  • wedkarz2309 2014-07-22 14:27:01

    W końcu, powrót z dwutygodniowych wczasów i powrót na Odrę! W domu byłem w sobotni wieczór, więc w drodze powrotnej z wypoczynku, zrobiłem zamówienie telefoniczne w sklepie wędkarskim, które odebrał brat.
    Tak więc, już w niedzielę, wybrałem się na Odrę. Upały wciąż doskwierają, więc plan był następujący: jadę z wieczora, w nocy próbuję złowić leszcze, cały poniedziałek "leniuchuję" i drugiej nocy, także łowię leszcze. Wracając we wtorkowy poranek, tlił się z tyłu głowy plan, aby zatrzymać się na opasce i spróbować złowić klenie/jazie.
    Co z tego wypaliło? Planowo miałem być sam, ale w ostatniej chwili, jeden z kolegów także się "zapisał" na wypad i gdy zajechałem nad wodę w niedzielę po godz. 20, znajomy już był na wybranej ostrodze.
    Jego celem był sum, więc na kotwice powędrowały duże żywce, a ja posłałem w wybrane miejsca, delikatne zestawy na nocne łopaty. Zanim zrobiło się zupełnie ciemno, trafiło się kilka krąpi, ale gdy zapadł zmrok, zaczęło się wyczekiwanie na leszcze.
    Pierwszy zameldował się jeszcze przed północą. Taki 45-46 cm. Drugie branie, nastąpiło po godzinie i w podbieraku wylądował kolejny, przeszło 40 cm osobnik.
    Leszcze, jakby się zgadały, gdyż brania były co godzinę. Przez całą noc, miałem 5 leszczowych brań, ale zaciąłem 4 sztuki. Wszystkie wylądowały w podbieraku. Ostatni, wziął o godz. 3.30 i był największy. Miał 54 cm.
    O 5 rano, gdy było już widno, Jacek się zawinął i pojechał do domu (niestety tym razem, było bez suma).
    Przede mną był upalny dzień i zaczęły brać małe krąpie. Na jeden zestaw poszła więc ukleja, a na drugi, 4 ziarna kukurydzy. Było to bardziej wyczekiwanie na kolejną noc. Trafił się jakiś tam nieduży kleń, a na ukleję zaliczyłem dwa brania. Jedna z ryb, to ok. 25 cm okoń, a druga, to prawdopodobnie boleń, ale gdy było branie, nie było mnie przy wędkach.
    Z wieczora, zaczęło w oddali się błyskać. Miałem nadzieję, że burza przejdzie gdzieś bokiem, więc się nie zwijałem. Niestety, była coraz bliżej i była coraz bardziej intensywna. Zwinąłem się więc po godz. 23 i pojechał do domu. Wielka szkoda, gdyż miałem wielkie ciśnienie na tę drugą noc, z nadzieją, że łopaty będą współpracować.
    Łącznie, na brzegu wylądowało 10 krąpi, 4 leszcze, 2 okonie i 1 kleń.


    Ryba wyjazdu - 54 cm.

  • wedkarz2309 2014-07-24 11:12:10

    Kolejny wypad miał być na week., ale... nie wytrzymałem i wyskoczyłem już wczoraj, tj. w środę.

    Kilku rzeczy mi brakowało, więc musiałem poczekać do godz. 10, kiedy to zostanie otwarty sklep wędkarski. Nad wodą byłem ok godz. 10.30. Spokojne rozłożenie się i dwa zestawy lądują w wodzie. Na jednym kukurydza, na drugim pęczek białych robaków.

    Tego dnia, miało przyjść duże ochłodzenie, nagły spadek temperatury i byłem ciekaw, jak ryby na to zareagują. Czy będą przed ochłodzeniem ochoczo żerować, a może tuż po?

    Jak się okazało, bardzo długo czekałem na pierwsze branie. Nastąpiło ono po godz. 15, kiedy to zaczęły się zbliżać deszczowo-burzowe chmury i już było słychać pierwsze grzmoty. Był to równo 40 cm kleń, który skusił się na 2 ziarna kukurydzy.

    Była to jedyna ryba, póki było jeszcze gorąco. Bardzo ciemne chmury, wraz z ulewnymi deszczami, przechodziły kilkukrotnie to po lewej, to po prawej stronie ode mnie. Tylko jedna mnie złapała. Deszcz był intensywny, ale niezbyt długi i wiatr zaraz wszystko osuszył.

    Gdy się ochłodziło, coś zaczęło się dziać, ale były to tylko krąpie w okolicach 25 cm i brały bardzo sporadycznie.

    Ok. godz. 16.30, poczułem, że mam na kiju niezbyt dużą, ale dziwnie waleczną rybę. Gdy blisko brzegu spróbowała uciec, pokazując, na co ją stać, domyśliłem się, że to mała brzana. Wąsata dama nie miała nawet wymiaru, który wynosi 40 cm.

    Niestety pod wieczór zaczęła podnosić się woda, a wraz z nią, spływało sporo syfu, który zaczął przeszkadzać w łowieniu. Do domu zwinąłem się o godz. 22.30 i gdy było ciemno, ostatnią rybą dnia, był dziesiąty krąp.


    Ciekawostka z tego wypadu taka, że białe robaki w ogóle nie "chodziły". Wszystko siadło na kukurydzę, a mięso nie było nawet ruszane, co jest przedziwną sprawą, gdyż za dnia niemal zawsze, krąpie i ukleje, nie dają podejść do przynęty innym rybom.


    Jedyny kleń, tego dnia - 40 cm.

  • wedkarz2309 2014-07-27 16:02:45

    Piątek, godziny popołudniowe, szykuję się na kolejną nocną zasiadkę, gdzie głównym celem, będą leszcze.
    Tym razem jest nas trzech. Nad wodą czeka już na nas Jacek, a ja wraz z Pawłem (jokeras), dojeżdżamy o godz. 18. Jak się okazuje, na week. jest sporo wędkarzy i musimy siadać tam, gdzie jest wolne, a nie tam, gdzie byśmy chcieli.
    Jacek standardowo rozkłada dwie sumówki, ale przed wywiezieniem zestawów, wsiadam z nim do pontonu i za pomocą echosondy, dokładnie "badamy" dwa baseny, w których mamy zamiar łowić.
    Po tej czynności, zarzucam swoje feedery i czekając na noc, łowię sporadycznie małe krąpie. Gdy zapada zmrok, zaczyna się wyczekiwanie na pierwszą łopatę. Owszem, ryba z gatunku leszcz się pojawiła, ale była bardzo mała. Dwie sztuki poniżej 30 cm, to zdecydowanie za mało, niż bym sobie tego życzył.
    Przez całą noc, zamiast leszczy, brały (co się rzadko zdarza) krąpie do 30 cm. Owszem, trafił się też leszcz, ale wielkościowo nie "odstawał" od krąpi.
    Basen, w którym łowiłem, nie bardzo mi podszedł, jako dobra miejscówka na nocnego leszcza i nie wiedziałem, czy brak leszczy, to wina miejsca, czy może po prostu nie współpracują. Aby się upewnić, spakowałem się przed 2 w nocy i pojechałem w jedną z ulubionych bankówek, która jeszcze nigdy mnie nie zawiodła.
    Niestety i tam poza drobnicą, nie wydarzyło się nic więcej. Rano Jacek pojechał do domu, a ja wróciłem do Pawła. Po nocno-porannej, bardzo gęstej mgle, przyszedł piękny, słoneczny dzień. Nawet krąpie nie brały zbyt ochoczo, co też jest rzadkością i prawie się nie zdarza.
    Jak się okazało, na odcinku, gdzie łowiliśmy, nikt nie złowił nic poza krąpiami. Byli też inni sumiarze, ale także nie złowili nic.
    Dlaczego nagle tak siadło? Nie mam pojęcia. Ba, nic nie wskazywało na taką "mizerię". Zatem pierwsza "leszczowa nocka", bez leszcza (takiego, który miałby przynajmniej ten kilogram, tj. ok 45 cm), stała się faktem.
    Owszem, udało mi się złowić ok. 20 krąpi i leszczy, ale jak wspomniałem wyżej, były to bardzo małe ryby, do max. 30 cm.
    Aaa, w piątek z wieczora, miałem jeszcze branie na ukleję. Był to najprawdopodobniej nieduży okoń, ew. sandacz.
    Następnym razem, będzie lepiej.

  • wedkarz2309 2014-08-01 11:59:12

    Lipiec zamknięty, sierpień otwarty.
    Środa, wstępnie zaplanowany wypad na "po obiedzie". Jednak auto od mechanika odebrałem później, niż bym sobie tego życzył, więc wyjechaliśmy o godz. 18. W ostatniej chwili, tuż przed zamknięciem, zdążam do wędkarskiego i robię u Marka, drobne zakupy. Następnie jadę do Krystiana i przed godz. 19, jesteśmy na miejscu.
    Na początek łowię kilka uklei i po złowieniu pierwszej, ląduje pierwszy zestaw w wodzie - może jakiś wieczorny sandacz. Gdy łowię kolejne, już mam całkiem fajne i pewne branie. Niestety, zacięcie puste. Jak się okazało, ukleja była cała w pysku sandacza, ale jakimś cudem, cały hak, schował się w uklejowym pyszczku. No nic, trudno, może powtórzy. No i powtórzył, ale tym razem także pudło. Jakie były obrażenia, nie wiem, gdyż ukleja spadła z haka tuż przed wyjęciem zestawu z wody.
    Do trzech razy sztuka? Trzeci odjazd był jeszcze mocniejszy, od poprzednich, ale także i w tym przypadku, ryba dosyć szybko porzuciła przynętę. Ukleja, poza głową, była cała w paszczy sandacza. Późnym wieczorem i z początkiem nocy, brań na ukleję już nie było. 3:0 dla sandaczy (ślady ewidentnie wskazywały na sandacza, a i szybkie zostawianie przynęty także były bardzo typowe dla niego). Może rano będzie okazja do rewanżu.
    Główny cel wyprawy na ostrogi, to nocny leszcz, więc w nocy, oba kije "szukały" łopat. Owszem ryby były i nie było ich mało, ale były to... krąpie i ukleje, które były wszędzie. Brały zarówno na płyciznach, jak i na głębszej wodzie. Nie sposób było się od nich "odczepić".
    Gdy robiło się jasno, ukleja znowu powędrowała na jeden hak, a na drugi, 3 ziarna kukurydzy "poleciały" na napływ następnej główki, aby zwabić brzanę, może klenia. O 5 rano, nastąpiło piękne branie i na brzegu wylądował mały, 35+ cm kleń.
    Po niedługim czasie, na 3 ziarna kuku, kusi się ok. 25 cm krąp, który był bardzo wyraźnie "draśnięty", zapewne przez szczupaka.
    Niedługo po tym, zaczął padać deszcz. Zwinąłem więc szybko do auta rzeczy, które "nie lubią" być mokre i dołączyłem do kolegi, który od godziny "kimał" w aucie. Kilka godzin deszczu i zdecydowane ochłodzenie, to dobra okazja, aby nadrobić nieco, nieprzespaną noc. Jednak nie jest to jakieś mega zmęczenie, które powodowałoby, że "odlatuję" na średnio wygodnym fotelu samochodu i bardziej było to "wiercenie się", aniżeli porządne spanie. Jednak, zawsze coś.
    Wędek nie zwijałem i gdy przestało padać, oraz wiatr podsuszył co nieco, poszedłem ponownie rozpalić ognisko, aby zjeść na obiad ciepłe leczo, a przy okazji, przerzucić zestawy. Ukleja znowu miała na całym ciele (poza głową) ślady po sandaczu, a po założeniu nowej, nastąpiło piąte branie. 5:0 dla sandaczy - na zaczepioną inaczej ukleję lub na połówkę, nie było brań. Jeśli będę chciał łowić sandacze w ten sposób, to muszę kupić młynek, który będzie miał zdecydowanie czulszy wolny bieg. Ciekawe, gdyż brania były pewne, ale sandacze szybko wypluwały przynętę. Ale może miałem też pecha, gdyż już nie jednego sandacza złowiłem w ten sposób i nic im nie przeszkadzało. A może po prostu, mimo pewnych brań, sandacze szybko wyczuwały podstęp. Można się tylko domyślać, ale najprawdopodobniej tak właśnie było.
    Jeśli chodzi o białą rybę, to nie działo się nic. Nawet krąpie pokazywały się bardzo rzadko. Plan na drugą noc był taki, aby przenieść się na inną ostrogę, więc późnym popołudniem, spakowaliśmy się i "przeprowadziliśmy" się na inną miejscówkę.
    W głębi basenu, przy samej burcie, był ciekawy, niewielki warkocz. "Śmierdziało" to kleniem. Założyłem więc na spory hak, 3 ziarna kukurydzy i do wody. Owszem, złowiłem szybko dwa klenie, ale były to "pyrdki", które nie miały nawet po 30 cm.
    Tutaj, w przeciwieństwie do poprzedniego miejsca, działo się zdecydowanie więcej - co prawda, były to głównie krąpie i wspomniane klonki, ale coś się działo.
    Gdy zrobiło się ciemno, na szczytówki "poszły" świetliki, przypony zostały zmienione na "nocne" i zaczęło się wyczekiwanie na leszczowe branie. Nastąpiło ono dosyć szybko, bo o godz. 23, kiedy na zachodzie jeszcze można było na upartego dostrzec, jaśniejsze niebo.
    Był to około 40 cm leszcz, którego złowił Krystian. Wziął na kuku. Na białe i czerwone robaki, brał krąp i ukleja, a kuku okazało się skutecznym rozwiązaniem. Tak więc i ja założyłem na jeden haczyk ziarno kukurydzy i już o godz. 23.30, miałem powolne przygięcia. Podszedłem do wędki i zobaczyłem, jak szczytówka jest mocno wygięta (już w bezruchu), a żyłka wchodziła do wody zdecydowanie w innym miejscu, aniżeli powinna. W basenie krążyło sporo syfu (trawy, patyki, itp.), więc pomyślałem, że to "ich" sprawka. Gdy ściągałem zestaw, czułem tępy opór, jednak branie było ewidentne, a do tego, nie słyszałem "idących" powierzchnią krzaków. Czyżby ryba? Pewność miałem dopiero, gdy zobaczyłem ją w świetlne latarki. Leszcz dał się podebrać praktycznie bez walki. Ten był już takim średniakiem. Miał równo 55 cm, a więc najczęściej łowiony w tym roku, rozmiar leszcza.
    Szybka fota i do wody. Drugi leszcz, który nie chciał mięsa, a wybrał kuku. Tak więc, ta przynęta "zawisła" na wszystkich haczykach. Lecz po dłuższej przerwie od brań, znowu zaczęło się kombinowanie, jednak więcej brań już nie było.
    Duża liczba godzin, właściwie bez snu, sprawiła, że pod koniec nocy, zaczęliśmy mimo woli, zasypiać przy ognisku. Zmęczenie było tak duże, że nie myśleliśmy już "trzeźwo" i jedyne, co mieliśmy w głowie, to zaśnięcie. Zawinęliśmy się więc do auta, gdzie momentalnie "odlecieliśmy" na tych średnio wygodnych fotelach - w tamtej chwili, zasnąłby chyba nawet na kamieniach. 3 godziny snu, minęły bardzo szybko (budzik zadzwonił o godz. 6). Pospałoby się jeszcze, ale trzeba się zwijać, gdyż na godz. 9 mam umówioną wizytę u stomatologa.


    Największa ryba, rozpoznawczego wypadu - 55 cm.

  • dawid73132 2014-08-02 00:35:37

    Zawsze tyle się dzieje:) Nigdy mi się to nie znudzi :)

  • wedkarz2309 2014-08-11 14:34:42

    Kolejne (drugie, w tym roku) zawody, w których wystartowałem, przeszły do historii.

    Zawody są trochę inne, niż te, które są "na co dzień". Jest to połączenie przynajmniej dwóch metod: głównie spławik i grunt. W drużynie są trzy osoby. Ale od początku.

    Osobiście, przygotowania do zawodów, rozpocząłem w piątek. Wiązanie przyponów, itp. W sobotę od rana, zakupy, itd. Bla, bla, bla. Tak minęła większa część dnia.

    Zbiórka nad Odrą, o godz. 18, więc jesteśmy na miejscu trochę przed czasem, a tam czekają już prawie wszyscy. 16 drużyn (tj., 48 zawodników), z okolicznych kół (zawody otwarte). O pełnej godzinie, odczytanie regulaminu, losowanie, itd. Na pewno nie chcemy trafić na żadne z 4-5 pierwszych stanowisk. Tak też się stało, gdyż "wywaliło" nas niemal na sam koniec - nr 15.

    Start o godz. 19, więc wsiadamy do aut i udajemy się szybko na wylosowaną ostrogę. Krótkawa, ale jak się okazuje, jest głęboka i to nie tylko w przybrzeżnej rynnie, ale niemal w całym basenie.

    Wszyscy zaczynamy od zapływu. Paweł (gruncik28) za dnia "jedzie" tyczką, ja wraz z Michałem, "ciśniemy" feederami. Punkt dziewiętnasta, feedery lądują w wodzie, a Gruncik kończy się rozkładać z "laską".

    Początek jest taki, jaki miał być. Rzut, kilka sekund, branie, zacięcie, hol, krąp, rzut, kilka sekund, ..., krąp,..., krąp, itd. Właściwie aż do zmroku, co chwilę, w siatce lądowały kolejne "punkty".

    Niestety, pod tyczką nie było w ogóle ryby ( jeden, spięty "klocek" ) i to nas trochę martwiło, ale była nadzieja w nocnych bonusach. Gdy Paweł odłożył tyczkę, poszedł z kijkami na napływ i jak się okazało, było tam zdecydowanie więcej ryb. Miejsca było bardzo mało, ale mimo to, wcisnąłem się jednym feederem. Na zapływie trzy kije (dwa Michała i jeden mój), na napływie także trzy (dwa Pawła i jeden mój). Zapływ "milczał", sporadycznie dając krąpia, czy małego leszcza. Natomiast napływ "żył", jakby to był środek dnia. Mniej więcej do północy, wyjmowaliśmy krąpia, za krąpiem.

    Oczywiście, aby nie "tracić" punktów, wcisnąłem się i drugim feederem. "Łoiliśmy" więc krąpie i małe leszcze, na cztery kijki. Po północy, częstotliwość brań, zmalała, ale za to, ryby były zdecydowanie konkretniejsze. Po jednym z brań u kolegi, ryba wjechała w nurt i korzystając z delikatnego zestawu, spłynęła przelewem, na stronę zapływową i tam potoczyła się dalsza część holu. Leszcz wypiął się w podbieraku. Był piękny i mierzył 59 cm. Niedługo po tym, Paweł wyjmuje drugiego bonusa. Tym razem leszcz ma ok. 55 cm.

    W końcowej "fazie" nocy, gdy brania chwilowo ustały na napływie, zaczęło się szukanie ryby. Jednym kijem na napływie, drugim na zapływie. Zapływ dał jednego bonusa. Michał trafił przeszło 40 cm leszcza. Napływ dał Pawłowi kolejne dwa, ale niestety nie zostały wyjęte.

    Gdy zaczęło świtać, Gruncik ponownie zabrał się za tyczkę, a feedery ponownie powędrowały w zapływową rynnę. Owszem, brania były, ale bardzo sporadyczne, więc uciekłem z jednym kijem na napływ, gdzie niemal co rzut, miałem tego- i zeszło-roczne krąpie. Te na zapływie były sporadyczne, ale kilkuletnie, więc łowiłem i tutaj i tutaj.

    Po godz. 7, gdy słońce wyszło zza drzew, w końcu ruszyło się coś pod tyczką. Gruncik zaczął "napierdzielać" krąpia, za krąpiem, w tempie nieosiągalnym przy łowieniu feederami.

    O ile na zapływie, łowione krąpie były jednej wielkości (od 15 do 20 cm), to napływ, z minuty na minutę, stawał się coraz ciekawszy. Zaczęło się od klenia, który miał 24,6 cm. Wrócił więc do wody. Następnie trafiła się brzana. Niestety także była niewymiarowa. Drugi kleń, był już wymiarowy. Do "ręki" tak z 28, do 30 cm. Trafiła się także płoć, oraz kilka ładnych krąpi do 30+ cm. Był też nieduży leszcz. Działo się. Paweł "łupał" krąpie i poza nim, na zapływie nastała cisza. Postanowiłem więc, nieco się do niego przybliżyć zestawem, ale tak, aby nie było też za blisko. To pozwoliło mi, dołowić jeszcze kilka, może kilkanaście krąpi.

    Zawody skończyły się o godz. 9 rano. Do ważenia byliśmy przedostatni, więc zdążyliśmy się spakować.

    Paweł ma dwa bonusy, Michał jeden, a ja żadnego (największa ryba, to krąp 33 cm). Ale w moim przypadku, na razie żadne zawody nie odbiegają od "normy", tj., w lubińskich zawodach, za każdym razem, przynajmniej jeden bonus, natomiast w ścinawskich, wynik zbudowany na samej drobnicy, jeszcze nigdy nie trafiłem bonusu.

    Pierwsza do wagi, poszła moja siatka. 6.520, bez bonusu, samej drobnicy. Cel nie został osiągnięty (10.000), ale nie jest najgorzej. Cieszy fakt, iż jest to 6,5 kg, bez większej ryby. Następnym razem, dołowić dwa leszcze i "dyszka" pęknie.
    Druga do wagi, poszła siatka Michała. Z jednym bonusem, 6.300.
    Na końcu do wagi, poszła siatka Pawła. Z dwoma bonusami, 9.400.

    Razem daje to nam przeszło 22 kg. Cel minimum, to było 25 kg, więc trochę zabrakło. Można gdybać, że gdyby nie te stracone bonusy, itd., ale nie ma co "lamentować", nie wyjęte ryby nie mają prawa "głosu", liczy się tylko to, co jest w sieci.

    Na miejscu zbiórki, smażymy kiełbasy i czekamy na ogłoszenie wyników. Jednak z pewnego źródła wiemy, że niestety nie udało się wygrać i przegraliśmy mniej więcej o kilogram.

    Oto wyniki pierwszej trójki:
    1. 23+ kg.
    2. 22+ kg.
    3. 17+ kg.

    I jeszcze wyniki ind., naszej drużyny.
    1. Paweł (gruncik28) - 9.400 kg.
    2. Mariusz (wedkarz2309) - 6.520 kg.
    3. Michał - 6.300 kg.

    Osobiście, do wagi miałem: 102 krąpie (do 33 cm), 3 leszcze (po ok. cm), 3 płocie (po 20+ cm), 1 klenia (pod. 30 cm), 1 jazgarza i kilka kiełbi. Do wagi nie nadawał się niewymiarowy kleń i brzana, oraz kilka uklei.

    Innych wyników niestety nie znam.

    Następny wypad już zaplanowany, ale tym razem, to prywatne łowienie "bonusów".





    6.520 kg, samej drobnicy.

  • maro123 2014-08-11 16:43:07

    Śledzę Twoje tematy od ich początków, świetne szczegółowe relacje znad wody, na każdą czeka się z niecierpliwością. Gratuluję sukcesów i życzę wielu owocnych wypadów dzięki którym tych relacji będzie jeszcze więcej do poczytania.

  • wedkarz2309 2014-08-11 18:08:56

    Bardzo mi miło, czytać takie komentarze. Dziękuję i wzajemnie.

  • wedkarz2309 2014-08-15 17:09:54

    Krótka relacja, z krótkiego wypadu.


    Czwartek, godz. 15, wyjazd spod domu i kierunek ODRA. Na miejscu jesteśmy po godz. 16. Długi weekend, więc nad wodą bardzo dużo ludzi i jedno z moich ulubionych miejsc, jest zajęte. Ale to też ma swój plus - jedziemy w inne miejsce, gdzie byłem tylko raz i to kilka lat temu.
    Główny cel, to nocny leszcz, więc za dnia, idą grube przynęty, tj. kilka ziaren kukurydzy i ukleje. Może wieczorny sandacz/boleń, może na kuku brzana/kleń.
    Gdy robi się ciemno, jeden kij zostaje przezbrojony "pod leszcza", a na drugim, jeszcze na początku nocy, siedzi ukleja, na którą kusi się mały, niewymiarowy sum. Niestety, przez całą noc, krąpie brały równie intensywnie, jak za dnia. Na robaki brały krąpie, kiełbie i ukleje, a na kuku, trochę większe krąpie, do 30 cm. Poza nimi, kolega trafił na ukleję klenia ok 30 cm.
    Gdy zrobiło się widno, zgodnie z planem, poszliśmy do auta się przekimać. O godz. 10 rano, gdy trochę pospałem, wróciłem do łowienia, a po niedługim czasie, dołączył i znajomy do "łowów". Na jeden hak ukleja, a na drugi kilka ziaren kukurydzy, z nadzieją na brzanę/klenia.
    Długo nie działo się nic i kolega chciał jechać do domu, ale przeciągałem wyjazd i... opłaciło się, gdyż po godz. 13, Michał notuje piękne branie i po kilku (może 2-3) minutach, podbieram rybę. Jest to jego pierwsza w życiu brzana. Miarka pokazuje 56-57 cm, robimy kilka fotek i do wody.
    Od północy, zbliżały się ciemne chmury oraz burza, którą było słychać coraz wyraźniej, więc się powoli spakowaliśmy i po godz. 15, ruszyliśmy w drogę powrotną.
    Reasumując: jedna ryba, uratowała wypad.

  • wedkarz2309 2014-08-19 14:38:42

    Ostatnie 2-3 wypady, na nocnego leszcza, kończyły się bardzo marnymi wynikami. Krąpie zaczęły dokuczać także po zmroku i nie sposób się od nich odpędzić. Wczoraj, postanowiłem spróbować raz jeszcze. Wybrałem się z kolegą i pojechaliśmy w dobre i znane miejsce.
    Nad wodą byliśmy jakoś przed godz. 19. Na początek poszliśmy nazbierać drewna na opał. Było "kruchawo", więc ta czynność, zajęła nam dobrze ponad godzinę. Następnie zabraliśmy się za rozkładanie. Głównym celem był nocny leszcz, a noc była bliska, więc od razu porobiłem zestawy pod "łopaty".
    Zanim zrobiło się zupełnie ciemno, wyjęliśmy po kilka krąpi, a niedługo po zapadnięciu zmroku, kolega ma piękne branie, ale niestety zacięcie było nieskuteczne. Następne branie nastąpiło bardzo szybko i na brzegu wylądował pierwszy leszcz. Niestety jego wielkość była średnio interesująca - miał 47 cm. Po chwili w podbieraku wylądował kolejny leszcz, ale jego wielkość była bardzo podobna - 49 cm. Dosłownie kilka minut i ja mam branie. Trzeci leszcz jest jeszcze mniejszy, więc nawet go nie mierzymy - taki czterdziestak.
    Była dopiero godz. 21.30, więc leszcze pojawiły się bardzo szybko i mieliśmy wielką nadzieję, że niebawem pojawią się te większe. Kolejne branie, było bardzo mocne, widziałem tylko jak dolnik feedera zostaje podniesiony przez rybę - jeśli nie kleń, to musi być to ładny leszcz. Tak, akurat. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po takim braniu, na brzegu pojawił się krąp trzydziestak. Kolejne tak mocne brania, były przyjmowane na spokojnie i na brzegu lądowały średniej wielkości krąpie.
    Tuż przed północą, mam zdecydowanie inne branie, ale po zacięciu czuję, że ryba jest równie mała. Gdy w świetle księżyca, ryba "przewaliła" się bokiem, okazało się, że jest to, rozpiór. No, chociaż tyle. Ryba mała, ale gatunek trochę ją "ratuje". Do życiówki zabrakło kilku centymetrów - miarka pokazała 32 cm.
    Leszcze gdzieś się chyba przetransportowały, a na kijach, co jakiś czas, meldował się krąp. No, sporadycznie leszcz, ale wielkości "krąpiowej", czyli taki do 35 cm.
    Po godz. 1 w nocy, mam kolejne delikatniejsze branie (w porównaniu do tych krąpiowych, które podnosiły dolniki feederów) i po raz drugi, widzę przy brzegu, że jest to rozpiór. Jest większy i w pierwszej chwili myślę, że będzie to życiówka, ale niestety, gdy zaglądam do podbieraka, okazuje się, że jest tylko niewiele dłuższy od poprzedniego - miarka tym razem pokazała 33 cm. Ryba mała, ale trafiłem ich w życiu dopiero kilka sztuk i na chwilę obecną, cieszę się z każdego, złowionego osobnika - aczkolwiek, chciałoby się złowić takiego, pow. 40 cm "klocka".
    W tym samym czasie, gdy "zajmowałem" się rozpiórem, kolega zacina piękną (tak się wydawało, dopóki nie zobaczył ryby) sztukę, która po doholowaniu do brzegu, zrobiła kilka odjazdów na delikatnym zestawie. Była ogromna nadzieja na na prawdę konkretnego lecha. Jednak, jakieś było rozczarowanie, gdy okazało się, że jest to mały, zaledwie około wymiarowy (52 cm), sandacz. Niby są to ryby mało waleczne, ale gdy trafiają się jako przyłów (najczęściej na białe lub czerwone robaki), wówczas chodzą, niczym na prawdę piękny białoryb. "Jazgarz" skusił się na czerwone robaki.
    Do końca nocy, nie działo się zbyt wiele. Poza krąpiami, trafił się jeszcze jeden leszcz pow. 40 cm. Nad ranem, trafiły się jeszcze dwa, ale poniżej 40 cm.
    Gdy nastał dzień, wszystko ucichło. Nawet wszędobylskie krąpie, nie interesowały się kukurydzą. Ale skoro  nie przeszkadzały, to na jeden hak poszedł duży pęk, białych robaków, a zestaw powędrował w nurt, za brzaną, a na drugi, powędrowały czerwone robaki, a zestaw poleciał na spokojną wodę, za leszczem. Owszem, trafił się, ale znowu była to 30+ cm, żyletka. Do południa nie działo się już kompletnie nic, wszelka ryba siadła całkowicie.
    Reasumując: w porównaniu do poprzednich 2-3 wypadów, była poprawa, ale nic poza tym, gdyż żadna ryba, nie była satysfakcjonujących rozmiarów. Może następny wypad, będzie już "zadowalający".




    Jeden, z dwóch rozpiórów.

  • mikefish 2014-08-23 16:01:23

    Witam,
    III tura zawodów feederowych na Odrze w Opolu za nami.
    Startowało 14 (lub15) drużyn dwuoosobowych. Zajęliśmy 5 pozycję ( jednak jakby nie pechowa sytuacja o czym poniżej - byłoby pewnie 3 miejsce). Ale po kolei...
    Zbiórka o godz 19, losowanie pozycji, dojazd na stanowiska. O 20:00 początek łowienia.
    Od razu jako chyba jedyny mam brania, ale niestety są to w większości ryby małe lub bardzo małe. Szybko zapada zmrok, to i drobnica się wycisza. Do północy mam w siatce 4 średnie (ok. 35cm) leszcze i płotkę 20cm. Nastaje cisza....mimo usilnych moich przeróżnych kombinacji stagnacja trwa aż do 03:00 - w 20 min łowię 4 leszcze ok. 40cm, po czym mam piękne odprostowanie szczytówki...zacinam... i czuje to co miśki lubią najbardziej - odjazd w bok, trekot hamulca...powoli holuję łopatę do podbieraka, budząc jednocześnie mojego kompana do podebrania ryby ( zawody dwuosobowe)...ryba wchodzi w podbierak, po czym jakimś dziwnym trafem wyskakuje z niego z powrotem do Odry zrywając się z haczyka....( i tu  pojawił się grad niecenzuralnych słów). Na oko leszcz miał jakieś 3kg...więc sporo pkt mogłoby być do przodu.
    Montowanie zestawu, zarzucenie...i aż do 05:30 regularnie co 15-20 min jest średni leszcz w siatce. Od świtu brania słabną, są co 45-50min - i dalej tylko średniaki. Od około 7 brania intensyfikują się,niestety - są to brania uklei i kiełbi...na 7m głębokości (sic!). Doławiam jeszcze 1 płoć 34cm i 2 leszczyki średniaki.
    Godzina 09:00 - koniec zawodów, ważenie ryb.
    Mimo różnorakich kombinacji, mój kompan łowi tylko 1 średniego leszczyka w trakcie całych zawodów (a próbowaliśmy wszystkiego, zestawy miał identyczne jak moje, rzucał 1-2m od moich koszyczków, na haczyku identyczna przynęta). Co ciekawe u mnie "łowiła" też tylko 1 wędka...czasami na rybach dzieją się rzeczy niewytłumaczalne.
    Były to moje/nasze drugie zawody w karierze...więc myślę, że i tak jest bardzo dobrze. Jest jeszcze kilka detali do udoskonalenia i myślę że na kolejnych zawodach będzie jeszcz lepiej.
    Z drugiej strony jestem pełen uznania na zdobywców I miejsca ( zresztą Panowie już wielokrotnie poakzali swoją klasę). Do 03:00 mieli 1 jazgarza w siatce, jednak w ciągu kolejnych 6 godzin złowili ponad 30kg ryb!,w tym 3 piękne leszcze 65cm-70cm. Łowili bardzo finezyjnie - pickery zamiast feederów, koszyczki 5gr( tak tak 5 gram - sam bym nie uwierzył gdbymy na własne oczy tego nie zobaczył - można na Odrze w nurcie łowić na koszyczki 5gramowe!), żyłka główna była cieńsza od mojej przyponowej :-), haczyki nr 22.
    Czyli i tym razem diabeł tkwił w maksymalnym odchudzeniu zestawu.
    Zapomniałem dodac najważniejszego - kilka godzin spędzonych w gronie 30 pasjonatów feedrowanie to czas prawdziwego relaksu i odpoczynku. Słowna uznania dl p. Jurka za cykliczną  organizację całej imprezy.
    Podsumowanie:
    I miejsce >30kg ryb
    II miejsce - 15kg ryb
    III miesjce 11kg ryb
    IV miejsce 8,9kg
    V miejsce 8,24kg
    VI miejsce 7 kg
    .
    .
    ostatnie 0,70kg ryb
    Wodom cześć!

  • Monster crab 2014-08-23 16:28:23

    No właśnie, odchudzanie zestawu robi czasem swoje. Czytałem relacje z tegorocznych mistrzostw świata w połowie na feeder Irlandia 2014, Mistrzowie świata Anglicy stosowali zamiast żyłki głównej, plecionkę Sufiks Matrix 0,10mm, cienki materiał i zerowa rozciągliwość = bardzo dobry przekaz brań.

  • mikefish 2014-08-23 18:49:19

    No właśnie, odchudzanie zestawu robi czasem swoje. Czytałem relacje z tegorocznych mistrzostw świata w połowie na feeder Irlandia 2014, Mistrzowie świata Anglicy stosowali zamiast żyłki głównej, plecionkę Sufiks Matrix 0,10mm, cienki materiał i zerowa rozciągliwość = bardzo dobry przekaz brań.

    Hej,
    podaj proszę linka do tej relacji..jakoś nie umiem znaleźć w necie

  • Arcymisiek 2014-08-23 21:01:11



  • Monster crab 2014-08-23 21:03:37

    http://www.fishingmania.it/steve-ringer-the-2014-feeder-world-champion/

  • wedkarz2309 2014-08-24 20:59:23

    Gdyby nie ten leszcz, który uciekł z podbieraka... Ale kolejne godziny nad wodą spędzone, kolejne doświadczenie zebrane - trzeba szukać plusów. Następnym razem, będziecie mądrzejsi o ten jeden start i dzięki temu, może być lepsza waga na koniec zawodów.

    Gratuluję i życzę dalszych sukcesów!



Reklama
Reklama