Byłem na nocce na Odrze w m. Przytoczki k. Zielonej Góry 14/15 sierpnia. Efekt: 2 okonie do 18 cm, 2 leszczyki do 24 cm, kilkanaście uklejek, jazgarz i jedna kijanka 33 cm. Brania słabe, do 21.30, potem dopiero rano od ok. 4.00.
W sobotnie, wczesne popołudnie, wybieram się wraz z kolegą , do Marka (właściciel sklepu wędkarskiego, w którym najczęściej robię zakupy), aby, zanim zamknie sklep, zrobić zakupy na zbliżające się wielkimi krokami, Gruntowe Drużynowe Zawody Nocne. Glinę miałem już wcześniej od Pawła Grunta (gruncik28), którego z resztą poprosiliśmy o zrobienie listy zakupów, a także udostępnienie swoich wiader, sit, dużej siaty (aby ryby mogły w jak najlepszej kondycji wrócić do wody), itd. Innymi słowy - były to moje pierwsze w życiu zawody (w GDZN, wystartowałem także dwa lata temu, jednak było to podejście, jak do łowienia na co dzień, tj. cel: duża ryba), do których postanowiłem przygotować się jak najlepiej i sprawdzić, w jakim w stopniu, i czy w ogóle, jestem w stanie rywalizować z tymi najlepszymi z naszego koła, którzy startują w zawodach od lat i specjalizują się w budowaniu wyniku drobnicą. Odławianie małych rybek, mogłoby się wydawać banalne, jednak nigdy w życiu, nie ustawiałem się za drobnicą (zdecydowanie wolę poczekać na większego i silniejszego przeciwnika) i stąd moja ciekawość, jak sobie poradzę, była dodatkowo ogromna. Zakupy zrobione, jedziemy więc do (i po) Pawła, który pomaga nam w ostatnich przygotowaniach do zrobienia odpowiedniej zanęty. Jak się okazuje, kupiliśmy zanętę o 2-3 klasy niższą, niż powinniśmy - tak to jest, jak się robi zakupy w pośpiechu i na ostatnią chwilę. No trudno, „Gruncik”, wyciąga ze swojej niezliczonej ilości dodatków, jakieś tajne płyny, aby możliwie, „dopalić” zanętę. Bierzemy, co potrzebne i jedziemy do kolejnego uczestnika zawodów, a jednocześnie naszego kolegi - Pawła Krzywańskiego (jokeras). Nie mamy w aucie miejsca, aby się z nami zabrał, ale bierzemy część jego rzeczy, aby mógł przyjść na miejsce zbiórki, z możliwie lekkim bagażem. Nad wodą jesteśmy ok. godz. 16. Są już dwa auta. Jest sędzia, a także Pan Włodek, który będzie w parze z kolegą, który za chwilę ma dojść. Jedziemy nieco niżej, aby na spokojnie zrobić zanęty, porobić nowe zestawy, itd. Trwa to trochę czasu, ale zdążamy i dosłownie minuty przed godz. 17, idziemy na miejsce zbiórki. Gdy dochodzimy, dzwoni do mnie Marek Z., z zapytaniem, czy dojechaliśmy, gdyż organizatorzy dzwonią do niego, że nas nie ma. Ale wszystko się wyjaśnia i już jesteśmy na zbiórce. Dostajemy prowiant, szybkie odczytanie regulaminu, losowanie i… Michał wylosował miejsce, gdzie stoi nasze auto - super. Z losowania cieszymy się tym bardziej, że dzień wcześniej, byłem z Pawłem i Przemkiem, na stanowisku poniżej i łowiłem na napływie, więc ten basen, miałem na świeżo „zbadany” i od razu wiedziałem, gdzie będę łowił. Wykonałem X rzutów koszykiem, aby możliwie dokładnie zlokalizować „kolanko” i mieliśmy nadzieję, że jak w dniu poprzednim, tak i teraz, podejdą karasie, które są ciężkie, a co za tym idzie, mogą dać dobry wynik. Druga strona ostrogi, jak na napływ, wyglądała bardzo ciekawie, więc Michał także wysondował sobie miejscówkę i już oboje wiedzieliśmy, z jakim ukształtowaniem dna, mamy do czynienia po obu stronach główki. Wszystko gotowe, do startu jeszcze sporo czasu, więc ostatnie rozmowy z trenerem (myślę, że śmiało mogę Pawła tak nazwać, gdyż właśnie takową funkcję pełnił), który do znudzenia powtarzał, co robić, gdy ryba odejdzie od kul, gdzie, w zależności od pory dnia/nocy, łowić, itd. Wiem, że jest dobry w tym, co robi i potrafi budować piękne wyniki drobną rybą - nie tylko tyczką, mogłem przekonać się o tym, podczas wspólnych wyjazdów z feederami na Odrę, więc ufam mu i bez cienia wątpliwości „wsiąkam” to, co do nas mówi. Do startu (godz. 19), zostało jeszcze przeszło pół godz., a drużyna, będąca powyżej nas, już wrzuca kule zanętowe do wody. O co chodzi, co jest grane? Nie było żadnego sygnału. Rzucać kule, nie rzucać? Lepiej nie narażać się na dyskwalifikację i czekamy na sygnał. O godz. 18.30, sędzia i jednocześnie uczestnik zawodów, ogłasza trąbką start zawodów. To dezorientuje niektórych i słychać protesty, że do startu jeszcze pół godz. No ok., niech będzie wcześniej start, tylko dlaczego nikt nam o tym nie powiedział? No dobra, sygnał był, więc, przygotowane już wcześniej kule, dogniatamy i rzucamy je do wody. Pierwszy raz to robię i jestem szczerze zaskoczony nad celnością swoich rzutów. Rozłożone mam trzy kije. Dwa feedery i jednego pickera. Na pierwszy ogień idzie feeder i picker. Brania mam od pierwszego rzutu. Biorą małe, tegoroczne krąpie. Po kilku wyjętych żyletkach, jest na pickerze nieco mocniejsze branie. Po stylu walki, podejrzewam, że jest to gatunek, na który liczę, czyli karaś. Przy brzegu się to potwierdza. Niestety, wypina się. A szkoda, bo miał spokojnie 300 pkt. Michałowi weszły od razu ukleje i wyciągał jedną za drugą. Po kolejnym braniu (tym razem, nie zaciętym), zestaw na pickerze się plącze. Jestem przygotowany na taką ewentualność, więc odkładam go i biorę do ręki drugiego feedera, na którego wyciągam, pierwszego w życiu rozpióra, a po chwili 20kilko centymetrowego karasia. U Michała ciągle brały uklejki, więc szybko przesiadł się obok mnie, ale jak się okazało, niedługo po tym, ryby odeszły całkowicie od zanęty, więc Michał wrócił na swoje miejsce, a ja, „korzystając” z przerwy w braniach, rozplątałem zestaw na pickerze. Niestety, nie udało mi się ponownie sprowadzić ryb w łowisko, a Michałowi weszły krąpie i ok. 30 cm leszcze. Paweł opuścił nas na dłuższy czas (sprawy prywatne), a ja przeniosłem się do kompana, ale było już trochę za późno, gdyż było już ciemno i krąpie przestały tak często brać. Udało mi się wyjąć jedną sztukę. Przez jakiś czas, była zupełna cisza, więc wykorzystaliśmy to, na „własne podnęcenie”. Gdy Paweł wrócił, zapytał o wyniki, życzył nam powodzenia i… poszedł spać do auta (w niedziele, zaraz po zawodach, czekał nas wyjazd do Wrocławia). Jeszcze przed północą Michał ma dwa piękne brania, ale w jednym przypadku ryba się nie zacina, a w drugim, strzela przypon – szkoda, bo z pewnością nie były to małe ryby. Drogą sms-ową, jesteśmy na bieżąco, co dzieje się u Pawła Krzywańskiego i Władysława Kubisia. Mają karasia pow. 30 cm. Przed startem widziałem puchar za rybę zawodów - jest piękny i bardzo chciałbym go zdobyć, ale wiem, że jak nie złowię nic większego, to powędruje on do kogoś innego. Nie mam brań u Michała, więc postanawiam poszukać ryb od strony zapływowej. W pierwszym rzucie mam zaczep, ale na szczęście tracę jedynie haczyk. Rzucam więc pickera i biorę się za wiązanie nowego przyponu. Gdy jest gotowy, zamieniam na nowo wędki. Ryby znajduję bardzo szybko i już pierwsze branie, kończy się podebraniem leszcza, który ma ponad 45 cm. Jest dobrze, to będzie dobrych 1000 pkt., a do tego, być może ryba zawodów, która może mi dać ten piękny puchar. Idę do auta, obudzić Pawła, aby pochwalić się i podziękować za rady, których udzielał nam przed zawodami, bo wiem, że bez nich, bym tej ryby nie złowił. Patrzę na godz., jest 20 minut po północy. Po tym leszczu, doławiam jeszcze 3 sztuki, w granicach 35 cm i tym razem decyzja jest natychmiastowa - w międzyczasie Michał przenosi się na zapływ. To są zawody drużynowe, więc na wynik pracują dwie osoby i oboje staramy się zdjąć jak najwięcej tych podleszczaków, bez względu na to, czy są one „u mnie”, czy „u niego”, a GGP zupełnie nas nie interesuje, gdyż są to jedyne zawody, w jakich planujemy wystartować i kto złowi więcej ryb, jest sprawą absolutnie drugorzędną. Niestety, brania są jedynie na jedną wędkę, gdyż ryby stoją tylko w jednym miejscu, ale dzięki księżycowi, który pięknie oświetlał noc, trafiam w te miejsce, a to kończy się za każdym razem wyjętą rybą. Niestety ta sielanka nie trwa zbyt długo i brania ustają. Dowiaduję się od kolegi, który siedzi dwie główki powyżej, że Pan Włodek, złowił leszcza 50+ cm. Jak na zawody, to ładna ryba, gratulacje, ale… ajć, chciałbym złowić największą rybę. To mnie motywuje jeszcze bardziej. Dodatkowo, gdy zachodzi księżyc, drużyna poniżej, trzykrotnie używa podbieraka. Nie są to duże ryby, ale są. A u nas cisza. Postanawiam więc przejść ponownie na napływ i… już w pierwszym rzucie, mam piękne leszczowe branie, które kończy się wyjęciem największej w tym roku „łopatki”. Szybkie mierzenie i wychodzi ok. 57 cm - mam nadzieję, że ta ryba, będzie największą złowioną, podczas zawodów i piękny puchar, będzie nasz. Przed wpuszczeniem go do siatki, robimy pamiątkowe zdjęcie. Patrzę na godz., jest 2.20. Tym razem nie budzę Pawła, powiemy mu o tej zdobyczy rano. Jest świetnie, te trzy podleszczaki, drużyny poniżej, „chowają” się przy tym jednym. Jest szansa na nie najgorsze miejsce, ale staram się o tym nie myśleć i skupić na łowieniu. Drugi rzut, i kolejna żyletka 30+ cm, ląduje na brzegu. Cieszę się, że wynik robię głównie nocą. Później nie dzieje się zbyt wiele i gdy zaczyna robić się jasno (niespełna 2 godz., do końca zawodów), wrzucamy kule na stronę zapływową, z nadzieją, że wejdą krąpie i dołowimy przez te 2 godz., realnie patrząc, 2-3 kg. Nic bardziej mylnego, raptem kilka krąpików. W między czasie, idziemy obudzić Pawła, aby potowarzyszył nam przez ostatnią godzinę łowienia i zobaczył, jak sobie radzimy/nie radzimy. Michał czeka na krąpie, a ja w tym czasie idę w warkocz, bronić się kiełbiami, które są bardzo małe i biorą zdecydowanie za rzadko, niż bym sobie tego życzył. Niespełna godzinę przed końcem, decyduję się na to, czego bardzo nie chciałem robić. Idę z dwoma feederami na napływ i łupię ukleję za ukleją. Od razu po rzucie są na hakach, ale jakoś staram się to ogarnąć i nie latam po każdej złowionej sztuce do siatki, tylko napełniam wolne wiadro wodą i tam je wpuszczam. Co kilka sztuk, wkładam je do siatki. Pod koniec Michał dołącza do mnie i oboje łowimy uklejki. Tuż przed godziną 7, słychać sędziego, że pozostało jeszcze 5 minut i mam kolejne branie uklejki, ale po ułamku sekundy, szczytówka zaczyna drgać zdecydowanie mocniej. Jak się okazuje, mały sandacz (ok. 40 cm), zaatakował ukleję i się zapiął w samych „nożyczkach”. Widziałem relację z zawodów, które także były organizowane na zasadzie C&R i tam liczyły się wszystkie złowione ryby, nawet niewymiarowe. Aby się upewnić, daję go do wody (nie do siatki). Czekam na koniec zawodów, aby móc opuścić stanowisko (dyskwalifikacja, za opuszczenie miejscówki, w czasie zawodów) i doławiam jeszcze kilka uklejek oraz małego bolenia. Kolega łowi m.in., płotkę, która jest fajnym bonusem wśród tych „szprotek”. Koniec zawodów. Idę do sędziego, aby się upewnić, co z niewymiarowymi rybami. Muszą być wypuszczone, zgodnie z RAPR, więc sandacz nie idzie do siatki, tylko wraca bezpośrednio do domu. Czas na warzenie. Najpierw Michał - 1.800 kg. Następnie ja. Ryby skaczą, raz jest pod 5 kg, raz powyżej. W końcu się uspokajają i dajemy 5.000 kg. Ważymy leszcza - 1.700 kg - jestem zaskoczony, że tak mało, ale pytam się i jak na razie, jest to największa ryba, ale do wagi pozostało jeszcze 5 drużyn. Jak się okazało, mieliśmy drugi wynik, przegraliśmy zaledwie o 0.140 kg, a leszcz, którego udało nam się złowić, był największą rybą zawodów. Jednak nie zdobyliśmy niczego, zostaliśmy zdyskwalifikowani. Co pokazały mi te zawody, z punktu czysto wędkarskiego? Osobisty wynik, na tle pozostałych startujących (łącznie 20 osób), bardzo mile mnie zaskoczył. Może zabrzmi to nieskromnie (wybaczcie), ale nikt nie zbudował wyższego wyniku ode mnie (Chojnacki Rafał, miał identyczną wagę). Cieszy mnie to tym bardziej, że są to zawodnicy, którzy startują od lat w zawodach i doświadczeniem nie mam prawa się z nimi równać. Nieskromnie także, powiem, że wiem, dlaczego zrobiłem taki wynik. Dla mnie osobiście, niezbyt imponujący, ale jak się okazało, wystarczający.
Jeśli ktoś byłby zainteresowany dalszą częścią tekstu (gdzie jest podany powód DSF), to jest ona na forum koła, do którego należę: http://www.klubnatura.elubin.pl/forum/viewtopic.php?p=667#667 Ps. Jeśli ten link nie jest tutaj mile widziany (inne forum), to proszę o jego usunięcie.
Tak, można i jak się okazało, zostaliśmy zdyskwalifikowani niesłusznie, ale chyba trochę za późno się o tym dowiedziałem...
W niedzielę, były Gruntowe MK i znowu były problemy z tym człowiekiem...
W poniedziałek, o godz. 15, pojawiłem się z kolegą (gruncik28), nad Odrą. Gliny i zanęty, przetarliśmy i wstępnie nawilżyliśmy już w domu, więc przygotowanie się do łowienia, zajęło nam niewiele czasu i wędki mogliśmy zarzucić bardzo szybko. Po kilka kul do wody i... u mnie na początek kilka szybkich krąpi, a później weszła ukleja, która do nocy, już nie wyszła, więc łowienie miałem z głowy. Natomiast Paweł, od wrzucenia kul, nie miał najmniejszego brania i to przez dłuższy czas. W końcu, po ponad 2 godzinach, ma piękne branie na pinki. Zacięcie i niemal jednocześnie, mówimy: ładny leszcz. Ryba nieustannie szarpała szczytową częścią kija, ale szybko nam to zaczęło nie pasować. Leszcz robi to, jakby trochę inaczej. Przy brzegu mamy pierwszy wyskok i już wszystko jasne, to mały sum, taki 50+ cm. Szybkie odhaczenie i do wody. Jak się okazało, siedział przy kulach lub w samych kulach i małe ryby bały się podejść, gdyż po jego złowieniu, Pawła szczytówki się odblokowały i zaczęły raz po raz, pokazywać brania. Były to krąpie i ukleje.
Gdy zrobiło się ciemno, zaczęliśmy rzucać w nieco inne miejsca, gdzie spodziewaliśmy się nocnych leszczy. Do godz. 1, kolega złowił kilka krąpi do ok 30 cm, natomiast ja złowiłem dwa leszcze (większy ok. 50 cm). Później wyszedł księżyc, który mocno oświetlał noc, co zachęciło do brań, małe krąpie (nawet jedna ukleja się trafiła). Poszliśmy więc przespać się do auta. Przed godz. 6 rano, byliśmy na główce ponownie. Kolejne kule do wody i... krąpie, ukleje, kiełbie oraz płotka. Za dnia, znowu sama drobnica... Zwijamy się o godz. 11, dłużej niestety nie możemy zostać.
Odra w Januszkowicach - dziki odcinek.
Ekipa 5 osobowa - 8 wędek.
Czas łowienia: od 15:30 do 06:00
Wynik beznadziejny:
- 3 leszczyki 30cm
- 1 krąp 35cm
- 1 jazgarz
- 1 sum 20cm
W ciągu dnia nie dało się łowić - straż pożarna ćwiczyła na motorówkach.
2x śrubą silnika przecięli żyłki, 2x porwali wędki do wody (na
kołowrotkach plecionki sumowe). O mały włos sterujący łodzią podciąłby
sobie gardło plecionkami.
O dziwo na zakończenie podpłynęli do nas i przeprosili za szkody wręczając 0,7l wody ognistej
To prawda - Odra w tm roku nie jest zbyt przyjazna dla wędkarzy. Ostatnio w Krapkowicach w ciągu całej nocki jeden leszczyk 60+cm i jeden mały. Niestety trzeba stwierdzić że na każdym odcinku gdzie się pojawiam są duże ilości małego suma (do40cm) i bierze na wszystko i z każdego poziomu wody. Próbowałem spławika i nawet na gruncie 1m brał sum... masakra. Skoro jest tyle małego to duże też gdzieś muszą być :). Leszce duże też widać jednak ciężko skusić te ryby do brania.
Według relacji lokalnych wędkarzy w Krapkowicach jest tołpyga i to całkiem spora - ciężko ją wyjąć z wody i chyba dlatego ciągle jest :)
Pamiętam jak w ubiegłym roku podczas jednej nocki miałem ponad 30kg ryby na jedną wędkę ... a dziś człowiek cieszy się z jednego leszcza... no cóż taki właśnie ma urok to nasze hobby. Pamiętajmy jednak że bardziej liczy się czas miło spędzony w bliskości natury niż złowione ryby :)
Chętnie pożyczyłbym bym Wam połamania kija - ale wiem że nie jset to zbyt przyjemne gdyż ostatio 2 razy połamałem swojego nowego feedera i nie jest to nic przyjemnego :(
Ten klen ma długosc 4 twoich kciuków od początku palca do środka stawu, żeby ten kleń miał długośc 35cm twoj kciuk musiałby miec 8.75cm. 27cm to max dla tego klenia.
Czy to ważne, czy kleń miał 27, czy 35 cm? Rozumiem, gdyby była niezgodność, czy złowiony kleń ma 60, czy 70 cm, ale przy takim maluchu (oczywiście dla kogoś, może być to życiowy okaz), to szkoda prądu :)
Wczoraj wybrałem się z kolegą, posiedzieć z feederami na Odrze. Michał, zaraz po skończeniu szkoły, spakował się i ruszyliśmy w drogę. Nad wodą byliśmy o godz. 14. Zdecydowaliśmy się, łowić na opasce. Postanowiliśmy usiąść w miejscu, które wydawało się być w miarę czyste od zaczepów (po dużej letniej wodzie, stara miejscówka zrobiła się niesamowicie "czepliwa"). I tak też było, gdyż go końca łowienia (północ), nie urwaliśmy ani jednego zestawu, co mnie bardzo cieszy.
Miejsce wygląda bardzo obiecująco, jednak przez 10 godzin, nie złowiliśmy niczego godnego uwagi. Złowiliśmy po jednym krąpiu (kolega życiówkę - 33 cm, ja malucha ok. 25 cm). Ale miejsce jest bajeczne i jeśli stan wody pozwoli, będę chciał wybrać się tam jeszcze nie raz.
Dziś Odra w ok. Opola
Od 06:00 do 10:00
Feedery
.
Postanowiłem skupić się nie na zanęcie, ale na zestawach, formie podania przynęty, miejscu podania przynęty.
I to było dobre posunięcie:
1 leszcz 66cm = 3,45kg
- jak wyżej
kilka leszczy i płoci ok. 30cm
Niestety ok 08:00 zmienił się wiatr oraz uciąg wody - wyjściowo zanęcone miejsce było poza zasięgiem rzutu
W piątek, o godz. 11, pojawiam się u Marka w sklepie, aby zrobić zakupy na małą feederową zasiadkę. Zanęty, robactwo, dodatki, itd., chwila rozmowy, przed południem wychodzę i po godz. 12, jestem nad wodą. Zastanawiam się, gdzie się ustawić, więc obchodzę kilka miejscówek i zapada odpowiednia decyzja. Na jednym kijku kuku, na drugim robaki. Pierwsze rzuty i miła niespodzianka. W końcu, nie biorą tegoroczne krąpie, tylko nieco większe żyletki (po ok. 35 cm), a na kukurydzy pojawiają się dwie nieduże płotki i... mały, ok. 25 cm boleń.
Siedzący obok starszy wędkarz (może ok. 70 lat), nie miał brań, ale w końcu i jemu, udało się złowić niewymiarowego bolka. Byłem ciekaw, co zrobi. Odpiął go, popatrzył na niego..., włożył do podbieraka i tak trzymał go w wodzie. Czekałem, aż włoży go do siatki i wówczas chciałem zainterweniować. Stojący za nami wędkarz, także to widział, ale w przeciwieństwie do mnie, nie czekał, tylko od razu zwrócił starszemu "wędkarzowi" uwagę, który stwierdził, że to jest... kleń. Ostatecznie dał się przekonać i może po 30 min., wypuścił go.
Na robaki wciąż były brania. Bardzo mocne: 35 cm żyletka, potrafiła podnieść dolnik feedera. Jeden leszcz, drugi, jeden boleń, drugi i... jest coś ładnego. Ryba niestety spina się bardzo szybko (branie było mocne, więc myślałem, że to kolejny mały boluś i przyciąłem profilaktycznie), ale zdążyłem poczuć jej, bardzo miły ciężar. Był to ładny leszcz, który zostawił na przyponie, wielką grudkę śluzu. Po tej spince, brania zanikły całkowicie.
Przez jakieś 2 godziny, siedziałem, nie notując kontaktu z rybami i po tym czasie (godz. 17), dołączył do mnie Michał, który z powodu szkoły, nie mógł wcześniej przyjechać. Rozłożył się i zaczęliśmy wspólnie oczekiwać na branie. Pod wieczór, w ruch poszły także uklejki, a na feederach, wieszały się tylko małe bolki, które najlepiej brały na… kukurydzę. W okolicach, kolegi zestawu, z żywą rybką, pływającą przy dnie (metoda gruntowa), było widać dwa ataki bolenia. W końcu, trafił na niewłaściwą (z rybiego punktu widzenia) i po zdecydowanym holu, Michał mógł się cieszyć z nowej życiówki w tym gatunku i z pierwszego bolenia na ukleję. Miał 61 cm, ale był bardzo ładny. Gruby i wysoki - typowy, jesienny boleń. Szybka fota i do wody. Kolejny rzut ukleją, w to samo miejsce i po chwili znowu branie. Tym razem, 40+ cm
Gdy było jeszcze widno, poszliśmy nazbierać drewna i trza było się nieco ubrać, gdyż nadchodząca, zimna noc, zaczynała o sobie dawać znać.
O godz. 21, w końcu jedna ze szczytówek, pokazała branie (nie „boleniowe”). Spokojne pompowanie (raczej w celu nieprzeciążania kołowrotka, niż z powodu wielkości ryby) i gdy w świetle latarki, chlapnęła się ryba, oznajmiłem, że mam... rozpióra! Podbieraka nie wziął nikt z nas (mój poszedł na śmietnik, a kolega nie wziął swojego), więc w grę wchodziło jedynie ręczne podebranie (nie preferuję lądowania ryb bezpośrednio na kamienie, jak to ma wielu "wędkarzy" w zwyczaju). Widziałem, że jest zapięty bardzo delikatnie, więc starałem się jego "chlapanki", amortyzować możliwie, jak potrafiłem. Gdy był już gotowy do podebrania, stało się to, czego się obawiałem - wypiął się. Na szczęście, zanim z tego skorzystał, zdążyłem go szybko złapać. Wielki nie był (34 cm), ale jest to moja nowa życiówka w tym gatunku ryby.
Pamiątkowa fotka, która niestety trwała zdecydowanie za długo, niż bym sobie tego życzył (wierzgał, niczym leszcz), spowodowała, że dochodził do siebie bardzo długo.
Jeszcze przed północą, powracają leszcze (a bynajmniej zaczynają brać) wielkości ok. 35 cm. Między nimi, trafia się nieco większa sztuka - równo 50 cm. Samiec, który miał na czole lekką wysypkę tarłową. Ja złowiłem kilka leszczy, a Michał, kolejną dziś życiówkę - rozpiór 30 cm. Później nastała cisza.
Ok. godz. 1, kolega poszedł spać do auta, a ja zostałem przy kijach. Długo nie działo się nic, ale gdy wybiła godz, 3, na jednym z feederów, mam piękne branie. Ryba przestawia kij na podpórce i po braniu. Zwijam zestaw i robaki są całe. Napełniam koszyk zanętą, rzucam w to samo miejsce i i niemal od razu kolejne branie, które kończy się pustym zacięciem. Kolejny rzut, tylko zdążam odłożyć wędkę na podpórkę i piękne branie. Zacinam i czuję miły opór, który odjeżdża 2-3 metry na hamulcu. Ryba jest waleczna, podczas walki, pokazuje swoją siłę, ale podczas pompowania czuję po ciężarze, że to nie może być więcej, jak 50+ cm. Przy brzegu się to potwierdza. Leszcz jest tak gruby, że nie jestem go w stanie złapać za "karczycho" i podnieść. Jestem w nie małym szoku, mając w pamięci bolenia 70 cm, którego podbierałem właśnie w ten sposób. Otwieram więc bieg wolnej szpuli, odkładam feedera na podpórkę, przyciągam rybę do siebie i łapiąc ją w dwie ręce, wyciągam z wody. Szybka miara (51 cm) i bardzo szybka sesja (był spokojny, nie skakał). Patrzę jeszcze chwilę na niego, widzę z nim jesiennego, obżartego lecha i wypuszczam.
Do rana, nie działo się już nic. Gdy zaczęło delikatnie świtać na wschodzie, podjechał samochód, wysiadło dwóch wędkarzy, podeszli i... przedstawili się nickami, pewnego forum wędkarskiego. Przyznam szczerze, że byłem w tak wielkim szoku (rozpoznać kogoś, kogo się widzi pierwszy raz, odwróconego plecami i w dodatku po ciemku - podziwiam), że nie wiedziałem, co na to odpowiedzieć, więc tylko rzekłem - miło mi. Mariusz (manieku80) i Mateusz (Zelo), okazali się, bardzo sympatycznymi wędkarzami, z którymi bardzo fajnie mi się gawędziło. Porozmawialiśmy dobrą godzinę (w tym czasie, złowiłem dwa podleszczaki) i gdy zrobiło się jasno, pojechali dalej, szukać miejsca. Po godz. 6, wstał Michał. Mieliśmy nadzieję, że tego ranka, będzie ryba brała, ale jak to miało miejsce podczas kilku ostatnich nocek, ranek okazał się być całkowicie bezrybny.
Przepiękny wschód słońca, w niesamowicie gęstej mgle, zrekompensował nam to całkowicie - takie widoki można zobaczyć tylko nad Odrą, tylko o godz., kiedy budzą się ptaki.
Na "szczęście" ryby nie brały, więc przyszła kolej na mnie i spokojnie mogłem się ułożyć w aucie. Pospałem może godzinę, kiedy to dołączył do mnie Michał. Niestety, to skutecznie wybiło mnie ze snu i już nie zasnąłem. No trudno, pomęczę się do wieczora, będę miał na sen, całą następną noc.
Gdy promienie słoneczne, wysuszyły wszystko dookoła, wziąłem się za rozpalenie ogniska i zrobiliśmy sobie gorące śniadanie, które nad wodą, smakuje wyjątkowo.
Ryby nie brały w ogóle, więc postanowiliśmy poszukać ich w innym miejscu. Pojechaliśmy do kolegi taty, który również był na rybach, tylko w innym miejscu. Tam posiedzieliśmy do godz. 18, złowiliśmy jedynie 3 ryby, w okolicach 25 cm: dwa krąpie i klenia. Spakowaliśmy się, ruszyliśmy w drogę powrotną i przed zachodem słońca, byliśmy w domu.
Jak na 30 godzin łowienia, to ryb było niewiele, ale porównując wyniki, z całych wakacji, to nie mam prawa narzekać.
W niedzielę, wybrałem się z kuzynki mężem na odrzański rekonesans (z wędkami oczywiście). Na Odrze łowił pierwszy raz w życiu i od razu był zachwycony tym, co zobaczył. Złowił niedużego okonia, leszcza i płoć. Już planujemy wybrać się na dłuższą zasiadkę, ale to wszystko zależy oczywiście od wolnego czasu.
Dziś Odra w ok. Opola
Od 06:00 do 10:00
Feedery
.
Postanowiłem skupić się nie na zanęcie, ale na zestawach, formie podania przynęty, miejscu podania przynęty.
I to było dobre posunięcie:
1 leszcz 66cm = 3,45kg
- jak wyżej
kilka leszczy i płoci ok. 30cm
Niestety ok 08:00 zmienił się wiatr oraz uciąg wody - wyjściowo zanęcone miejsce było poza zasięgiem rzutu
Powiem tak ... w nocy jedno branie u kolegi i chyba bo pewności nie mieliśmy był to amur, zerwał przypon przy samym podbieraku. No a nad ranem konkretne brania Leszczy dużych największy 3,2kg w sumie 7 dużych grubych bo największy ten 3,2 miał jakieś 60 cm. reszta to 2 krąpie takie koło 50-60 dkg. wzystko na pinkę czerwoną i o dziwo koledzy po nas łapali tylko na białe. Zanęta marlina ciemna i żółta plus kuku trochę z procy i to wszystko. Najlepiej przyjechać po kolegach karpiarzach bo jak zobaczyłem ile sypią kuku to ja tyle przez sezon nie wrzucam ?) wybieramy się teraz w wtorek bardzo wczesnym rankiem a raczej nocą:)
Dość silny wiatr, i bardzo duży uciąg,100 ściągało spod betonowych kolumn z lewa zupełnie na prawo .Turawa spuszczała wodę i dużo różnego rodzaju patyków gałęzi .Ogólnie 3 krąpiki i dwa jazgarki,lecz wiem że na Czarno... mieli lepsze wyniki 3-5 ładnych leszczy .Tam nie było takiego uciągu bo to wyżej od dopływu z turawki tych syfów.Krąpiki takie 32- 36cm.
W dniu wczorajszym, kolega miał klasowy wypad do kina, więc niewiele się zastanawiając, zaplanowaliśmy na ten dzień, wyjazd na Odrę. Postanowiliśmy wybrać się ostatni raz (chyba) w tym roku, z feederami, za białą rybą. Nad wodą byliśmy o godz. 8 rano. Początek był bardzo obiecujący, w czterech rzutach, miałem cztery ryby. Były to leszcze, z których największy miał 40+ cm. Na jednym kiju miałem delikatny zestaw, natomiast na drugim, który latał pod sam nurt, miałem mocniejszy zestaw i większą przynętę. Spod nurtu, złowiłem tylko jedną rybę, był to karaś 33 cm, który zasmakował w dwóch ziarnach kukurydzy. Kolega na feederce miał zestaw pod białą rybę, natomiast na karpiówce, typowy zestaw żywcowy pod szczupaka (bojka). Na kotwicę zakładał ok. 15 cm krąpie, które udawało się raz na jakiś czas komuś z nas złowić. Towarzyszył nam silny i zimny wiatr, jednak to nie przeszkadzało rybom, które może duże nie były, ale brały dosyć regularnie. Przed południem, kolega trafił na białe + kuku, okonia 32 cm, który, jak na odrzańskie warunki, do malców już nie należy. Później, na zestawach pojawiały się głównie małe bolenie (20+ cm), które atakowały wszystko, a najchętniej kukurydzę. Miałem tego dziś nie robić, ale w takim razie, zdecydowałem się, na założenie uklei na jednego feedera. Popołudniem, gdy zwijałem ukleję, w celu sprawdzenia, jej stanu, nagle poczułem opór, delikatne szarpnięcia i zdecydowane cięcie żyłki w prawą stronę. Jakiś drapieżca uderzył w nią, podczas zwijania. Mówię do Michała: oby to tylko nie był szczupak. I taką też miałem nadzieję, gdyż nie było, typowych dla niego, szarpnięć. Ryba miała siłę, to trzeba przyznać. Gdy śmignął mi pod powierzchnią wody, kaczodzioby pysk, miałem nadzieję, że zapiął się delikatnie, tym bardziej, że po pięknym odjeździe, nadal był na kiju. Gdy go doholowałem znowu blisko brzegu i ukazał się w całej okazałości, było jasne, dlaczego walka nie była „szczupakowa”. Żyłka przewinęła mu się przez karczycho. Ale zauważyłem, jak przed kolejnym odjazdem, przypon się „odplątał”, co pozwoliło na przesunięcie się żyłki w jego paszczy. To skończyło się obcinką przy kolejnej melodii hamulca. No szkoda, ale mówi się trudno. Ja oceniłem go na 70+, kolega na grubą osiemdziesiątkę. Możemy zgadywać, ale nie dowiemy się tego. Niedługo po tym, na ukleję połakomił się sandacz, niestety był mały, nie miał nawet wymiaru. Długo nie mogliśmy złowić odpowiedniej wielkości krąpia-leszcza, dla kolegi, ale w końcu się udało, późnym popołudniem, wyjąłem ok. 15 cm krąpia i gdy zapytałem Michała, czy chce, tylko spojrzał na mnie, a z miny mogłem wyczytać: i co głupio pytasz? :P Nie minęło wiele czasu, gdy kolega oznajmił, że będzie szczupak. Faktycznie, bojki nie było. Spokojne skontrolowanie, gdzie jest zębaty, zacięcie i krótki, ale zdecydowany hol, na mocnym zestawie, nie pozwolił szczupaczej mamuśce na zbyt wiele. Rybę udało się podebrać przy pierwszej próbie. Szybkie mierzenie i miarka pokazuje 84 cm - piękna ryba! Tak patrząc na nią w wodzie i porównując ze swoim, którego nie udało się wyjąć, mógł mieć ok. 80 cm. Trochę szkoda, bo mogłyby być dwa ładne zębate. Jest radość, gratulacje i szybkie pamiątkowe fotki, a następnie najpiękniejszy moment, tj. zwrócenie rybie wolności. Niestety, szczypce zostały jakimś cudem w domu i ostre zęby, pokaleczyły nam trochę palce, ale nie szkodzi, takie ryby mogą. Gdy robi się ciemno, doławiam jeszcze dwa małe leszcze i po godz. 20, zwijamy się do domu.
Nie jest to życiowy okaz, ale już takie mogłyby pojawiać się od czasu do czasu na kiju:)
I jeszcze zaległy, nieco dłuższy wypad z feederami.
Kolega (jokeras) zaczął właśnie studia (dwa kierunki, więc ostatni week września, już odpadał), więc umówiliśmy się, że w ostatnim tygodniu września, pojedziemy na jakąś nieco dłuższą zasiadkę feederową. Ten wyjazd, miał miejsce w przyszłym tygodniu, w środę, kiedy to po obiedzie, wsiadłem w samochód i pojechałem po Pawła. Nad wodą byliśmy po godz. 16. Rozłożenie namiotu, napompowanie wygodnego materaca, zrobienie zestawów i już jesteśmy gotowi do łowienia. Planowaliśmy posiedzieć do piątku. Moim głównym celem, był nocny leszcz, więc nocne spanie nie wchodziło w grę. Tę przyjemność, zostawiłem sobie na dzień. Paweł ustawił się na napływie, natomiast ja na zapływie. Rozrobienie zanęty i czas na zbadanie dna. Kilkanaście rzutów koszykiem i już wiem, gdzie będę dokładnie łowił w nocy, a także, gdzie za dnia. Póki było jeszcze widno, poszliśmy nazbierać drewna na ognisko. Wszystko gotowe, można łowić. Już w pierwszym rzucie, wyjmuję małego leszcza, a następnie dwa krąpie. Kolejne branie, bardzo delikatne, to ładna ryba, która nie szarpiąc się w ogóle, pewnie płynęła w lewą stronę. Była to ładna ryba, która niestety pod brzegiem się wypięła - szkoda. Przez zmrokiem, zaczyna padać deszcz, więc chowamy się do namiotu i tylko od czasu do czasu, wychodzimy, aby przerzucić zestawy. W taki sposób, złowiłem ok. 45 cm leszcza. Brania nie było widać, haka również. Przed północą, deszcz zaczął padać naprawdę mocno, więc już nie wychodziliśmy, tylko postanowiliśmy podjąć próbę przespania nocy. Wszystko jednak działo się na „czuju”, gdyż padający deszcz, utrudniał zaśnięcie (przyzwyczajenie, do spania ze stoperami, robi swoje). Gdy nastał ranek (godz. 6), obudził nas budzik. Deszcz padał nadal, więc mowy o rozpaleniu ogniska nie było. Na szczęście Paweł zabrał ze sobą sprytne urządzenie, które pozwoliło nam, zjeść ciepły posiłek. W namiocie siedzieliśmy do czasu, aż przestał padać deszcz, a nastąpiło to dopiero po godz. 12 (w międzyczasie, udało mi się złowić dwa leszcze do 40+ cm). Cały dzień, minął bardzo szybko, nawet nie wiem, kiedy. Rybą dnia, okazał się był kleń 30 cm, który przywalił koledze w… ukleję. Deszcz nie padał, ale nic nie chciało schnąć za bardzo, ale dzięki pewnemu trikowi, udało nam się rozpalić ognisko, które ogrzewało nas w nocy. Dzień zleciał tak szybko, że nawet nie pomyślałem o tym, aby się przespać. Oczywiście w nocy nie było o tym mowy. Deszczu nie było, niebo było czyste, więc można było siedzieć przy kijach. Gdy zrobiło się ciemno, posłałem zestawy w wybrane miejsce, gdzie spodziewałem się leszczy. Poprzedniej nocy (deszczowej), udało mi się wyjąć dwie sztuki, pow. 40 cm. Nie duże, ale są. Długo czekałem na pierwsze branie. Nie działo się zupełnie nic, więc jednym kijkiem szukałem leszcza na napływie (kolega poszedł spać), a drugim, czekałem na nie, na zapływie, w miejscu, które było bardzo obiecujące. Ciężko było mi zarzucić zestaw w odpowiednie miejsce (za dnia, było to łatwe), gdyż musiał być to bardzo precyzyjny rzut: miejsce znajdywało się daleko, a rzut za bardzo w lewo, w prawo lub za daleko, zazwyczaj kończył się zaczepami, a zbyt bliski, opadaniem koszyka w rynnę. O godz. 1 w nocy, gdy naszła gęsta mgła, doczekałem się brania na napływie. Był to taki najczęstszy standard - 45 cm. O godz. 2 w nocy, gdy rzut na zapływie wydał mi się wręcz idealny, nastąpiło delikatne, ale powolne branie, które zwiastowało sporego leszcza. Po zacięciu, wiedziałem, że mam leszcza, jednak, jak przy poprzednich holowanych, nie było walki, ryby jakby dawały się bez oporu holować. Przy brzegu, w świetle latarki, ujrzałem ładnego (jak dla mnie) leszcza, który pod nogami się trochę poszamotał i dał się podebrać. Gdy wyjąłem podbierak z wody i położyłem na trawę, pomyślałem: życiówka! Ryba odpięła się praktycznie sama, gdyż malutki haczyk (owner’owski druciak nr 14), był wygięty, a ryba była zapięta bardzo delikatnie. Paweł spał, więc rybę położyłem w podbieraku w wodzie i ustawiłem aparat na samowyzwalaczu. Pamiątkowa fotka i czas na mierzenie - 59 cm. A więc życiówka poprawiona o 2 cm, a do sześćdziesiątki został już tylko centymetr. O godz. 3, dołączył do mnie kolega, ale do rana już nic nie złowiliśmy. Gdy zrobiło się jasno, a na feederach była nadal cisza, postanowiłem założyć na jeden hak, ukleję. To zaowocowało sandaczem. Niestety małym. O godz. 10, położyłem się w namiocie, aby się trochę przespać. Przed godz. 14, zakończyłem odpoczynek i po informacji od kolegi, że ryba nie bierze, założyłem 3 ziarna kukurydzy i posłałem zestaw daleko w nurt. Długo czekać na branie nie musiałem. Na dość dużą przynętę, połakomiła się… certa 33 cm. Później nie działo się zbyt wiele, a czas powrotu do domu się zbliżał bardzo szybko. Spakowaliśmy się więc po części i poszliśmy na wał przeciwpowodziowy, nazbierać kań. Całe wiadro, zapełniło się bardzo szybko. Gdy wróciliśmy na łowisko, dopakowaliśmy się i po godz. 17, ruszyliśmy w drogę powrotną. Jak na 49 godzin nad wodą, to nie działo się za wiele, ale jestem zadowolony, gdyż udało mi się złowić kilka nocnych leszczy (może nie jakichś wielkich) i poprawić życiówkę. Opadowe sandacze, tuż tuż…:)
Najwcześniej w przyszłym tyg., chyba, że Michał sam skoczy na week, gdyż ja nie dam rady. Ale chyba będziemy już ze spinem za sandaczem ganiać do końca roku, ew., 2-3 wypady za miętusem w listopadzie. Ale czas pokaże.
Jak byliśmy ostatnio na Odrze, to pewnie dobrze się przyjrzałeś moim palcom i ciekaw jestem, co Ci tam wyszło :D
Bardzo późno, ale jednak się udało, otworzyć sezon miętusowy. Od godz. 17 go godz. 24, czekałem z kolegą na pierwszego miętusa, ale się nie doczekaliśmy. Pogoda była,wydawać by się mogło, odpowiednia. Nagły spadek ciśnienia, wiatr, deszcz. Brakowało jedynie minusowej temperatury. Uklejek nic nie tknęło, zaliczyliśmy po jednym braniu na rosówkę, ale bez wyjętej ryby. Dziś, jedziemy sezon na miętusa, zakończyć. Miętusowo już ma nie być, ale to nie jest ważne. Ważne, że podtrzymamy tradycję.
Jak co roku, od trzech lat, ostatni dzień listopada, to standardowa zasiadka na miętusa, kończąca sezon na tę rybę. Jednocześnie jest to także ostatnie w roku, łowienie stacjonarne. Tym razem, wybraliśmy się w trójkę i podobnie, jak dzień wcześniej, wybraliśmy się na zupełnie nowe miejsce, na którym nigdy wcześniej nie łowiliśmy. Nad wodą byliśmy przed godz. 16, jednak nieznajomość terenu i dojazdów do samej, wytypowanej wcześniej, miejscówki, zabrała nam około pół godziny, może trochę więcej. Zestawy poszły więc do wody dopiero, gdy robił się już wieczór. Szybkie rozłożenie jednego z feederów i badanie dna, nieznanego miejsca. Kilkanaście rzutów, pozwoliło mniej więcej wyobrazić sobie w głowie, jak wygląda dno, gdzie jest głębiej-płycej, gdzie miękko-twardo, itd. Na jeden hak poszła rosówka, natomiast na drugi, ogon z uklejki. Gdy zrobiło się ciemno, Michał zanotował na ukleję branie sandacza. Niestety, tylko branie. Ogon uklejki, który miałem na haku, jakoś mi nie bardzo "leżał", był bardzo mały. Zwinąłem więc zestaw i założyłem większą porcję rybiego mięsa. Na hak poszedł cały "korpus".
Kilka, może kilkanaście minut po rzucie, widzę bardzo delikatne branie. Z początku pomyślałem, że może znowu sandacz się dobiera do naszych przynęt? Po kilku kolejnych drgnięciach, stwierdzam, że sandacz pewnie by już poczuł opór i dałby sobie spokój. To robi mi wielką nadzieję na miętusa. Jeszcze kilka-kilkanaście drgnięć i zacinam. Ryba jest, ale od razu po zacięciu stwierdzam, że na pewno nie jest to miętus (tylko skąd mogłem to wiedzieć, skoro nigdy go nie złowiłem). Nie mam pojęcia co to jest. Pada podejrzenie, że może jednak sandacz. Ale to nie była walka sandacza, więc zagadka nadal była nierozwiązana. Do momentu, kiedy ryba błysnęła w świetle latarki. No tak, przecież tak walczą klenie. Paweł (jokeras) zsunął się z dwumetrowej skarpy, aby go podebrać - dzięki! Gdy go zobaczyłem w wodzie, nie wydawał się duży. Taki standardowy 40parątak. Gdy zobaczyliśmy go z bliska, koledzy ocenili go na ok. 50 cm, a ja nadal byłem za tym, że będzie miał mniej. Robimy kilka pamiątkowych zdjęć i czas na mierzenie. Miarka pokazuje... to już piąty kleń, z tym samym wymiarem - 51 cm. A zatem, życiówka wyrównana po raz kolejny. Kolejne rzuty, nie przyniosły już brania. Tzn., na moich kijach, bo Michał zanotował kolejne branie sandacza, który pociął swoimi kłami, cały kawałek uklei. Łowy skończyliśmy dokładnie o północy. Nieznacznie, ale jednak padający deszcz oraz śnieg, spowodowały, że w drodze powrotnej, trzech chłopów, musiało wyjść z auta i wypchać "dziadziusia". Nie mieli z tym większych problemów. Tzn., tak to wyglądało z perspektywy kierowcy:)
Pozostał nam już tylko grudzień, czyli cały miesiąc ganiania za sandaczami.
Powinniście przyjrzeć się koledzy lepiej poznanej nowej "główce" tym bardziej że zaliczyliście podpisy rzecznych "piesków" a zimna grudniowa woda powinna Was hojnie obdarzyć...jak to się mawia "wiara czyni cuda"...:)
Brak zimy oraz wysokie, jak na luty, temperatury powietrza, z ciepłym, południowym wiatrem, spowodowały, iż już w połowie lutego, pokusiliśmy się wraz z kolegą, o otwarcie sezonu o nazwie "odrzański feeder". Akurat w dniu, w którym się wybraliśmy (wczoraj), pogoda nagle się "przyłamała". Wiatr, który wieje od dłuższego czasu z południa, na czas wędkowania, zmienił się na zachodni, by po skończonych łowach, powrócić na południowy. Ta zmiana przyniosła także dużą siłę wspomnianego wiatru, a także przelotne deszcze z gradem. W umówionym miejscu, spotkaliśmy się tuż po godz. 5 rano. W związku z tym, iż niemal od 5 miesięcy, ganialiśmy ze spinami, wielce prawdopodobnym było, iż ktoś z nas, czegoś zapomni. No i tak też było - pierogi są, ale patelnia została w domu. Na szczęście daleko nie zajechaliśmy, więc się szybko wróciliśmy. Nad wodą byliśmy tuż przed godz. 7 rano. Spokojne rozpakowanie się, rozrobienie zanęty, zrobienie zestawów i po jakimś czasie, wykonaliśmy pierwsze rzuty. Celem naszej wyprawy nie było nałowienie się. Na to przyjdzie czas już niebawem. Pojechaliśmy sprawdzić, czy dzięki takiej pogodzie, coś się już rusza. Wiatr bujał szczytówkami, ale udało się koledze dostrzec jedno lekkie branie, które zakończyło się, wyjęciem małego jelca. Przez kolejne godziny, doczekaliśmy się jeszcze trzech skubnięć, ale bez ryby na brzegu. W pewnym momencie zaczęło zacinać deszczem tak nieprzyjemnie, że byliśmy zmuszeni przeczekać ten okres, w samochodzie. Na szczęście, w godzinach popołudniowych, bardzo ładnie się rozpogodziło, wyszło słońce, wiatr ucichł, zrobiło się ciepło i było bardzo przyjemnie. Nawet brak brań, nie "przeszkadzał". W tej ciszy, zaliczyliśmy jeszcze po jednym, bardzo niemrawym skubnięciu. Łowy skończyliśmy o godz. 18, gdy było już ciemno. No, może nie tak zupełnie, gdyż pełnia księżyca, pięknie oświetlała dzisiejszą noc. Rekonesans zaliczony, upewniliśmy się, że jest jeszcze za wcześnie. Woda nie ma nawet 4 st. C. Był to mój pierwszy wypad w tym roku, bez ryby. Ale nic nie szkodzi, było na prawdę super. Co prawda, przez większą część dnia, pogoda nie dopisała, ale przepiękny wieczór oraz wspaniałe towarzystwo kolegi Michała i udane otwarcie sezonu "ogniskowego", wynagrodziły to, z nawiązką. Jeszcze trochę i się zacznie, ale póki co, pozostaniemy jeszcze przez jakiś czas, na górskich rzekach.
W dniu wczorajszym, wybrałem się po raz drugi w tym roku, na
Odrę, sprawdzić, jak ma się wczesnowiosenna miejscówka i czy szczytówki
feederów, będą wprowadzane przez ryby, w piękne drgania, szarpnięcia, itp.
Na miejscu byłem o godz. 8 rano. Pierwsze, co rzucało się w
oczy, to bardzo niski stan wody, a jak na tę miejscówkę, wręcz krytycznie
niski. Na środku basenu, była wielka łacha piachu, która znajdywała się już
poza wodą, a tam, gdzie była woda, w większości była taka płycizna, że było
widać dno. Gdzieniegdzie, nie było go widać i tam posyłałem swoje zestawy.
Jednak bez większych nadziei, że cokolwiek złowię. W tym, że jest to za mała
woda na łowienie ryb w tym miejscu, utwierdzał mnie... brak łusek na brzegach.
O godz. 11, spakowałem się i pojechałem szukać dojazdu do
innej miejscówki. Niestety nie było przejazdu - no, jakaś podwyższona terenówka
pewnie by temu sprostała. Hmmm, co tu robić, jest ledwie południe, więc szkoda
wracać do domu. Tak jadąc przed siebie, pomyślałem o jeszcze jednym miejscu. Czy
są tam ryby o tej porze roku, nie wiem. Wiem tyle, że "ogólnie" jest
to fajna miejscówka. Jak się okazało, pojechałem nie tam, gdzie trzeba i
znalazłem się nad Odrą w innym miejscu, niż chciałem. Oczywiście nie
zawróciłem, lecz podszedłem do samej wody, zobaczyć, jak to wygląda z bliska -
a nóż, przyda się ta wiedza w przyszłości. Miejsce wydało się być dosyć
ciekawe, jeśli chodzi o głębokość. Nie przepuściłem - poszedłem do auta,
wyciągnąłem jeden kij, założyłem koszyk i wykonałem kilka kontrolnych rzutów.
Jak się okazało, koszyk opadał ok. 3 s, więc głębokość na wczesnowiosenne łowy,
świetna.
Decyzja mogła być tylko jedna - poszedłem po drugą wędkę
oraz wiadro z zanętą i przynętami. Godzina i jak nie będzie nic, pojadę szukać
dojazdu do miejsca, gdzie chciałem trafić - pomyślałem. Bardzo szybko notuję
ładne branie, ale z pustym zacięciem. Jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale...
następna decyzja, zapadła - idę po fotel i resztę "gratów", zostaję
dłużej.
Długo na powtórkę czekać nie musiałem. Piękne branie, typowe
dla dużej odrzańskiej płoci. Walka także typowa dla tego gatunku ryby, tylko
jak na tak silne branie, ryba jest mała. Pierwsza w tym roku ryba z Odry, to
płoć 30 cm. Nosi na sobie blizny po bliskim spotkaniu z drapieżcą - na tym
odcinku rzeki, dla tej wielkości ryb, to także bardzo typowe.
Następne minuty, to kolejne płocie. Co branie, to
mocniejsze, a co ryba, to mniejsza. Byłem w niemałym szoku, jak mocno potrafi
"targać" feederem przy braniu, 20+ cm płotka i to jeszcze na
przedwiośniu.
Po nieco dłuższej przerwie w braniach, daje się skusić
kolejna, trzydziestocentymetrowa płoć.
Kolejne branie, to "karpiowe" przygięcie kija,
które kończy się wyjęciem ok. 30 cm jazia. Po następnym energicznym braniu,
które tylko przyciąłem, notuję dwa tak kapitalne "pociągnięcia"
feedera, że jego szczytówka wchodzi niemal do wody. Jak się okazało, był to
niewiele ponad 40 cm leszcz, który narobił początkiem holu, wielki apetyt na
konkretną sztukę.
Miałem zwijać się o 18, ale postanowiłem, że posiedzę
jeszcze z godzinę po zmroku - może jakieś stado leszcza podejdzie. Z tą myślą,
założyłem na jeden haczyk, czerwonego robaka. Pierwsze branie nastąpiło tuż po
godz. 18. Była to najsilniejsza dzisiejszego dnia płoć. Byłaby także
największa, ale z powodu braku zdecydowanej większości ogona, miała tyle samo,
co jej dwie poprzedniczki, tj. 30 cm.
Branie dnia, nastąpiło tuż przed godz. 19, kiedy to mało nie
zabrało mi kija - gdyby nie mała "przeróbka" podpórek, to z pewnością
feeder wylądowałby na kamieniach. Potężne łupnięcie, które porządnie
wstrząsnęło kijem i na brzegu ląduje... ok. 35 cm leszcz. No, może nie
dosłownie na brzegu, gdyż był pięknie zapięty i była możliwość uwolnienia go w
wodzie.
Łowy skończyłem po godz. 19. Łącznie udało mi się złowić 11
płoci, 2 leszcze i 1 jazia.
Zabawa się chyba dopiero zaczyna, gdyż na brzegach nie ma
jeszcze żadnych śladów rzezi, a łowione ryby nie były duże - jak to zazwyczaj
bywa, gdy ryba się po zimie dopiero zaczyna "ruszać".
Strasznie ciekawią mnie te atomowe brania małych ryb. Być
może był to efekt nadchodzącego potężnego wyżu - ciśnienie zaczęło rosnąć zaraz
po tym, jak pojechałem do domu. Zobaczę, jak to jutro będzie wyglądać z tymi
braniami.
Gdy do południa byłem bez ryby, myślami byłem już przy środzie, gdzie
na górskiej rzece ganiałem za pstrągami, ale jak się okazało, już się zaczyna i
powinno się przez najbliższy ponad miesiąc, mocno dziać. Więc jednak przenoszę
się na Odrę.
Piękne rybki,jak na tą porę roku.Gratulacje! Gdzie wędkowałeś,jeśli można spytać? Mam zamiar wybrać síę z kolegą w weekend,może nawet nad Odrę w okolice Rakowa,Urazu...nie wiesz,może,co tam słychać?
Co do miejsca, to łowię zazwyczaj na odcinku Brzeg Dolny - Głogów, w przeróżnych miejscach. No pewnie Mati, mam nadzieję, że i w tym roku się spotkamy nad wodą.
W dniu wczorajszym, ponownie wybrałem się na Odrę, na feeder"ową zasiadkę. Na miejscu byłem o wschodzie słońca, tj. ok. godz. 6.30. Sceneria była bajeczna - gęsta mgła, która ograniczała widoczność dosłownie do kilkunastu metrów ("brak" drugiego brzegu) i przebijające się przez nią słońce. Oczywiście pierwszą czynnością było wstępne namoczenie zanęty, a następnie zabranie się za całą resztę. Brania zaczęły się od razu, jednak były one zgoła odmienne od tych z poniedziałku. Były to pojedyncze szarpnięcia. Ich charakterystyka zdradzała, że w łowisku są płocie. Pewniejsze brania, wraz z owymi szarpnięciami, zaczęły się przeplatać od godz. 8 i na brzegu lądowały niespełna 30 cm płotki. Po kilku rybach, nastąpiła cisza, więc postanowiłem zmienić pinki na kukurydzę (z małymi oporami, myśląc, że może jeszcze za wcześnie być na takie przynęty, że lepsze powinny być małe ilości pinki). Jednak się przełamałem i na jeden haczyk poszła kukurydza, a na drugi, białe robaki. Efekt natychmiastowy, brania powróciły. Na robaki skusił się pierwszy w tym roku krąp (30 cm), a w kukurydzy zasmakowała fajna płoć, która miała równo 35 cm. I tak do godz. 14, dominującą przynętą była kukurydza. Brały głównie płocie do 30 cm, ale trafił się kolejny jaź (ok. 30 cm) i pierwszy w tym roku kleń (ok. 35 cm). Do godz.16, nastąpiła niemal standardowa przerwa w braniach, którą "zakończyła" pięknym braniem, gruba i bardzo silna płoć, kusząc się na czerwonego robaka. Miara wskazała po raz kolejny 35 cm. Zaskoczeniem dnia, było kapitalne branie, w serii "opaskowy jaź", którego sprawcą okazał się być... UWAGA... niespełna 20 cm jelec! Pod wieczór, podeszły krąpie, a największy z nich, miał 33 cm. Gdy zaczynało się ściemniać, poszedłem do auta po latarkę, gdyż planowałem zostać jeszcze z godzinę po zmroku. I znowu doczekałem się pięknego nocnego brania. Na kukurydzę skusiła się płoć 31 cm. Była to ostatnia ryba tej zasiadki. Łowy skończyłem przed godz. 20, a na piątek planuję wybrać się wraz z kolegą, na pierwszą w tym roku, nockę. Aaa, finalnie udało mi się złowić 12 płoci, 6 krąpi, 2 leszcze i po jednym jelcu, jaziu i kleniu. Co mi dał kolejny dzień nad wodą? Przede wszystkim to, że po raz kolejny przekonałem się, iż należy mieć ze sobą co najmniej kilka różnych przynęt, które możemy zaoferować rybom. W poniedziałek, rewelacją okazała się być czerwona pinka. Wczoraj, tj., w środę, było zupełnie inaczej. Nie było "najlepszej" przynęty. Ryby szybko stawały się wybredne i trzeba było za nimi "gonić", kombinując z przynętami. Ale jak się już trafiło, co chcą w danej godzinie, to była zabawa - fajna lekcja.
Ladna plotka Mariusz gdzie takie lowisz . Dzisiaj bylem nad oderka totalne bez rybie przez 4godz. nic a przez nastepne 2godz. kilka uklei .Juz myslalem ze feederki mi sie popsly ze szczytoweczki nie chcialy drgac.
Mariusz, w sobotę po prostu ryba nie brała - chyba wszystkim, łowiącym na Odrze.
Nadszedł weekend, a więc możliwość wyskoczenia z kolegą, na pierwszą w tym roku nocną wyprawę. Kompan "zerwał" się z drugiej części piątkowych zajęć szkolnych i już po godz. 14, ruszyliśmy w kierunku Odry, z potężnym ciśnieniem - dawno nie cieszyłem się tak bardzo na wędkarski wyjazd. Po drodze dokupiliśmy przynęty i przed godz. 16, byliśmy na miejscu. Stanowiska przygotowane, zanęta rozrobiona, zestawy do wody i pozostało już tylko nazbierać drewna na ognisko. Z początku brały bardzo małe płotki, takie w przedziale 15-25 cm. Gdy zrobiło się ciemno, ruszyły się te nieco większe - powiedzmy, że średniaki. Zaczął Michał od 34 cm, a kolejna płotka, którą tym razem udało mi się złowić, miała 33 cm. Szału w braniach nie było, ale co jakiś czas, ktoś z nas notował piękne nocne branie. Kolega dołowił dwie płotki po 31 cm, a na moich feederach, pokazały się dwa krąpie: 32 i 31 cm. Tuż po godz. 21, gdy nic nie zapowiadało żadnej niespodzianki i zapaliłem latarkę, aby przygotować się do podebrania kolejnej ryby, "błysnął" mi... rozpiór!! Jego "kanciasta" budowa wskazywała, że musiał to być on, jednak chwila zwątpienia była, gdyż wydał mi się zbyt "niski", nawet jak na rozpióra. Ale gdy "śmignął" w świetle czołowej latarki raz jeszcze, wątpliwości już nie było. Był to trzeci w życiu rozpiór, a miara pokazała, że jest to poprawiony o centymetr, rekord życiowy - 35 cm. Później brania ustały. Zrobiło się bardzo zimno, temperatura powietrza spadła poniżej zera, czego dowodem były m.in., marznące przelotki oraz całe blanki wędek. Przenieśliśmy się więc pod same ognisko. O godz. 1 w nocy, po długiej przerwie, trafił się ok. 45 cm leszcz, który był zapięty bardzo delikatnie i udało się go uwolnić bez dotykania. Przed godz. 2, spakowaliśmy się i poszliśmy do auta, w celu zdrzemnięcia się. Po godz. 5, gdy zaczynało się rozjaśniać, powróciliśmy do łowienia. Oczywiście z rana było najzimniej, więc rozpaliliśmy ponownie ognisko, ale poranne brania nie bardzo pozwalały na porządne zagrzanie się przy ogniu. Jedno z brań, było na prawdę piękne i po zacięciu poczułem nieco przyjemniejszy ciężar. Tak na prawdę, była to pierwsza ryba, która już w miarę pochodziła na delikatnym zestawie. Był to leszcz, który miał 48 cm - a więc nie za duży, ale to znak, że lada dzień, powinno się zacząć to, na co czekamy. Gdy poranna mgła ustąpiła, a słońce sprawiało, że wszystko zaczęło "puszczać", brania zanikły. Miałem nadzieję, że nadchodzące chmury, zmienią tę sytuację. Niestety, potężny wyż, który w ciągu dnia, według meteo, osiągnął aż 1036 hPa, spowodował, że brań wciąż nie było - tak mi się wydaje, gdyż nie widzę innego "powodu", dlaczego miałyby ryby nie brać. W samo południe, gdy przerzuciłem jeden zestaw i wziąłem się za drugi... na świeżo zarzuconym nastąpiło potężne, typowo kleniowe branie. Kij w ułamku sekundy został "podniesiony" na podpórce i z kołowrotka zaczęła wychodzić żyłka. Szybko odłożyłem drugiego feedera, który chciałem zarzucić i rozpocząłem hol. Narobił tyle hałasu, że aż kolega się obudził. Na delikatnym zestawie, bardzo przyjemnie holowało się taką rybę. Po podebraniu kompan zrobił nam pamiątkowe zdjęcie, a miara pokazała 42 cm. Nie za dużo, ale na początek feeder"owego sezonu, może być. Do wieczora niewiele się działo. Raz na jakiś czas, trafiła się mała 20+ cm płotka. Na innym odcinku rzeki tego dnia też nic się nie działo - znajomy przez cały dzień trafił jednego kiełbia, ale w niedzielę już połowił, a więc chyba ten "szczyt" wyżu, który przypadł na sobotę, zrobił swoje. Z wieczora, gdy się ściemniało, trafiliśmy jeszcze klenia, płoć i leszcza, ale były to ryby małe, nieprzekraczające nawet 30 cm. Przed godz. 20, ruszyliśmy w drogę powrotną. Pierwsza w tym roku, nieco dłuższa zasiadka, zaliczona - 28 h. Mam nadzieję, że w następny week., będzie kolejna. Jeśli chodzi o ryby, to udało mi się tym razem złowić 12 płoci, 2 leszcze, 2 krąpie, jelca, klenia i rozpióra.
Byłem na nocce na Odrze w m. Przytoczki k. Zielonej Góry 14/15 sierpnia. Efekt: 2 okonie do 18 cm, 2 leszczyki do 24 cm, kilkanaście uklejek, jazgarz i jedna kijanka 33 cm.
Brania słabe, do 21.30, potem dopiero rano od ok. 4.00.
W sobotnie, wczesne popołudnie, wybieram się wraz z kolegą , do Marka (właściciel sklepu wędkarskiego, w którym najczęściej robię zakupy), aby, zanim zamknie sklep, zrobić zakupy na zbliżające się wielkimi krokami, Gruntowe Drużynowe Zawody Nocne. Glinę miałem już wcześniej od Pawła Grunta (gruncik28), którego z resztą poprosiliśmy o zrobienie listy zakupów, a także udostępnienie swoich wiader, sit, dużej siaty (aby ryby mogły w jak najlepszej kondycji wrócić do wody), itd. Innymi słowy - były to moje pierwsze w życiu zawody (w GDZN, wystartowałem także dwa lata temu, jednak było to podejście, jak do łowienia na co dzień, tj. cel: duża ryba), do których postanowiłem przygotować się jak najlepiej i sprawdzić, w jakim w stopniu, i czy w ogóle, jestem w stanie rywalizować z tymi najlepszymi z naszego koła, którzy startują w zawodach od lat i specjalizują się w budowaniu wyniku drobnicą. Odławianie małych rybek, mogłoby się wydawać banalne, jednak nigdy w życiu, nie ustawiałem się za drobnicą (zdecydowanie wolę poczekać na większego i silniejszego przeciwnika) i stąd moja ciekawość, jak sobie poradzę, była dodatkowo ogromna.
Zakupy zrobione, jedziemy więc do (i po) Pawła, który pomaga nam w ostatnich przygotowaniach do zrobienia odpowiedniej zanęty. Jak się okazuje, kupiliśmy zanętę o 2-3 klasy niższą, niż powinniśmy - tak to jest, jak się robi zakupy w pośpiechu i na ostatnią chwilę. No trudno, „Gruncik”, wyciąga ze swojej niezliczonej ilości dodatków, jakieś tajne płyny, aby możliwie, „dopalić” zanętę.
Bierzemy, co potrzebne i jedziemy do kolejnego uczestnika zawodów, a jednocześnie naszego kolegi - Pawła Krzywańskiego (jokeras). Nie mamy w aucie miejsca, aby się z nami zabrał, ale bierzemy część jego rzeczy, aby mógł przyjść na miejsce zbiórki, z możliwie lekkim bagażem.
Nad wodą jesteśmy ok. godz. 16. Są już dwa auta. Jest sędzia, a także Pan Włodek, który będzie w parze z kolegą, który za chwilę ma dojść. Jedziemy nieco niżej, aby na spokojnie zrobić zanęty, porobić nowe zestawy, itd. Trwa to trochę czasu, ale zdążamy i dosłownie minuty przed godz. 17, idziemy na miejsce zbiórki. Gdy dochodzimy, dzwoni do mnie Marek Z., z zapytaniem, czy dojechaliśmy, gdyż organizatorzy dzwonią do niego, że nas nie ma. Ale wszystko się wyjaśnia i już jesteśmy na zbiórce. Dostajemy prowiant, szybkie odczytanie regulaminu, losowanie i… Michał wylosował miejsce, gdzie stoi nasze auto - super. Z losowania cieszymy się tym bardziej, że dzień wcześniej, byłem z Pawłem i Przemkiem, na stanowisku poniżej i łowiłem na napływie, więc ten basen, miałem na świeżo „zbadany” i od razu wiedziałem, gdzie będę łowił. Wykonałem X rzutów koszykiem, aby możliwie dokładnie zlokalizować „kolanko” i mieliśmy nadzieję, że jak w dniu poprzednim, tak i teraz, podejdą karasie, które są ciężkie, a co za tym idzie, mogą dać dobry wynik. Druga strona ostrogi, jak na napływ, wyglądała bardzo ciekawie, więc Michał także wysondował sobie miejscówkę i już oboje wiedzieliśmy, z jakim ukształtowaniem dna, mamy do czynienia po obu stronach główki. Wszystko gotowe, do startu jeszcze sporo czasu, więc ostatnie rozmowy z trenerem (myślę, że śmiało mogę Pawła tak nazwać, gdyż właśnie takową funkcję pełnił), który do znudzenia powtarzał, co robić, gdy ryba odejdzie od kul, gdzie, w zależności od pory dnia/nocy, łowić, itd. Wiem, że jest dobry w tym, co robi i potrafi budować piękne wyniki drobną rybą - nie tylko tyczką, mogłem przekonać się o tym, podczas wspólnych wyjazdów z feederami na Odrę, więc ufam mu i bez cienia wątpliwości „wsiąkam” to, co do nas mówi.
Do startu (godz. 19), zostało jeszcze przeszło pół godz., a drużyna, będąca powyżej nas, już wrzuca kule zanętowe do wody. O co chodzi, co jest grane? Nie było żadnego sygnału. Rzucać kule, nie rzucać? Lepiej nie narażać się na dyskwalifikację i czekamy na sygnał. O godz. 18.30, sędzia i jednocześnie uczestnik zawodów, ogłasza trąbką start zawodów. To dezorientuje niektórych i słychać protesty, że do startu jeszcze pół godz. No ok., niech będzie wcześniej start, tylko dlaczego nikt nam o tym nie powiedział? No dobra, sygnał był, więc, przygotowane już wcześniej kule, dogniatamy i rzucamy je do wody. Pierwszy raz to robię i jestem szczerze zaskoczony nad celnością swoich rzutów. Rozłożone mam trzy kije. Dwa feedery i jednego pickera. Na pierwszy ogień idzie feeder i picker. Brania mam od pierwszego rzutu. Biorą małe, tegoroczne krąpie. Po kilku wyjętych żyletkach, jest na pickerze nieco mocniejsze branie. Po stylu walki, podejrzewam, że jest to gatunek, na który liczę, czyli karaś. Przy brzegu się to potwierdza. Niestety, wypina się. A szkoda, bo miał spokojnie 300 pkt. Michałowi weszły od razu ukleje i wyciągał jedną za drugą. Po kolejnym braniu (tym razem, nie zaciętym), zestaw na pickerze się plącze. Jestem przygotowany na taką ewentualność, więc odkładam go i biorę do ręki drugiego feedera, na którego wyciągam, pierwszego w życiu rozpióra, a po chwili 20kilko centymetrowego karasia. U Michała ciągle brały uklejki, więc szybko przesiadł się obok mnie, ale jak się okazało, niedługo po tym, ryby odeszły całkowicie od zanęty, więc Michał wrócił na swoje miejsce, a ja, „korzystając” z przerwy w braniach, rozplątałem zestaw na pickerze. Niestety, nie udało mi się ponownie sprowadzić ryb w łowisko, a Michałowi weszły krąpie i ok. 30 cm leszcze. Paweł opuścił nas na dłuższy czas (sprawy prywatne), a ja przeniosłem się do kompana, ale było już trochę za późno, gdyż było już ciemno i krąpie przestały tak często brać. Udało mi się wyjąć jedną sztukę. Przez jakiś czas, była zupełna cisza, więc wykorzystaliśmy to, na „własne podnęcenie”. Gdy Paweł wrócił, zapytał o wyniki, życzył nam powodzenia i… poszedł spać do auta (w niedziele, zaraz po zawodach, czekał nas wyjazd do Wrocławia). Jeszcze przed północą Michał ma dwa piękne brania, ale w jednym przypadku ryba się nie zacina, a w drugim, strzela przypon – szkoda, bo z pewnością nie były to małe ryby. Drogą sms-ową, jesteśmy na bieżąco, co dzieje się u Pawła Krzywańskiego i Władysława Kubisia. Mają karasia pow. 30 cm. Przed startem widziałem puchar za rybę zawodów - jest piękny i bardzo chciałbym go zdobyć, ale wiem, że jak nie złowię nic większego, to powędruje on do kogoś innego. Nie mam brań u Michała, więc postanawiam poszukać ryb od strony zapływowej. W pierwszym rzucie mam zaczep, ale na szczęście tracę jedynie haczyk. Rzucam więc pickera i biorę się za wiązanie nowego przyponu. Gdy jest gotowy, zamieniam na nowo wędki. Ryby znajduję bardzo szybko i już pierwsze branie, kończy się podebraniem leszcza, który ma ponad 45 cm. Jest dobrze, to będzie dobrych 1000 pkt., a do tego, być może ryba zawodów, która może mi dać ten piękny puchar. Idę do auta, obudzić Pawła, aby pochwalić się i podziękować za rady, których udzielał nam przed zawodami, bo wiem, że bez nich, bym tej ryby nie złowił. Patrzę na godz., jest 20 minut po północy. Po tym leszczu, doławiam jeszcze 3 sztuki, w granicach 35 cm i tym razem decyzja jest natychmiastowa - w międzyczasie Michał przenosi się na zapływ. To są zawody drużynowe, więc na wynik pracują dwie osoby i oboje staramy się zdjąć jak najwięcej tych podleszczaków, bez względu na to, czy są one „u mnie”, czy „u niego”, a GGP zupełnie nas nie interesuje, gdyż są to jedyne zawody, w jakich planujemy wystartować i kto złowi więcej ryb, jest sprawą absolutnie drugorzędną. Niestety, brania są jedynie na jedną wędkę, gdyż ryby stoją tylko w jednym miejscu, ale dzięki księżycowi, który pięknie oświetlał noc, trafiam w te miejsce, a to kończy się za każdym razem wyjętą rybą. Niestety ta sielanka nie trwa zbyt długo i brania ustają. Dowiaduję się od kolegi, który siedzi dwie główki powyżej, że Pan Włodek, złowił leszcza 50+ cm. Jak na zawody, to ładna ryba, gratulacje, ale… ajć, chciałbym złowić największą rybę. To mnie motywuje jeszcze bardziej. Dodatkowo, gdy zachodzi księżyc, drużyna poniżej, trzykrotnie używa podbieraka. Nie są to duże ryby, ale są. A u nas cisza. Postanawiam więc przejść ponownie na napływ i… już w pierwszym rzucie, mam piękne leszczowe branie, które kończy się wyjęciem największej w tym roku „łopatki”. Szybkie mierzenie i wychodzi ok. 57 cm - mam nadzieję, że ta ryba, będzie największą złowioną, podczas zawodów i piękny puchar, będzie nasz.
Przed wpuszczeniem go do siatki, robimy pamiątkowe zdjęcie. Patrzę na godz., jest 2.20. Tym razem nie budzę Pawła, powiemy mu o tej zdobyczy rano. Jest świetnie, te trzy podleszczaki, drużyny poniżej, „chowają” się przy tym jednym. Jest szansa na nie najgorsze miejsce, ale staram się o tym nie myśleć i skupić na łowieniu. Drugi rzut, i kolejna żyletka 30+ cm, ląduje na brzegu. Cieszę się, że wynik robię głównie nocą. Później nie dzieje się zbyt wiele i gdy zaczyna robić się jasno (niespełna 2 godz., do końca zawodów), wrzucamy kule na stronę zapływową, z nadzieją, że wejdą krąpie i dołowimy przez te 2 godz., realnie patrząc, 2-3 kg. Nic bardziej mylnego, raptem kilka krąpików. W między czasie, idziemy obudzić Pawła, aby potowarzyszył nam przez ostatnią godzinę łowienia i zobaczył, jak sobie radzimy/nie radzimy. Michał czeka na krąpie, a ja w tym czasie idę w warkocz, bronić się kiełbiami, które są bardzo małe i biorą zdecydowanie za rzadko, niż bym sobie tego życzył. Niespełna godzinę przed końcem, decyduję się na to, czego bardzo nie chciałem robić. Idę z dwoma feederami na napływ i łupię ukleję za ukleją. Od razu po rzucie są na hakach, ale jakoś staram się to ogarnąć i nie latam po każdej złowionej sztuce do siatki, tylko napełniam wolne wiadro wodą i tam je wpuszczam. Co kilka sztuk, wkładam je do siatki. Pod koniec Michał dołącza do mnie i oboje łowimy uklejki. Tuż przed godziną 7, słychać sędziego, że pozostało jeszcze 5 minut i mam kolejne branie uklejki, ale po ułamku sekundy, szczytówka zaczyna drgać zdecydowanie mocniej. Jak się okazuje, mały sandacz (ok. 40 cm), zaatakował ukleję i się zapiął w samych „nożyczkach”. Widziałem relację z zawodów, które także były organizowane na zasadzie C&R i tam liczyły się wszystkie złowione ryby, nawet niewymiarowe. Aby się upewnić, daję go do wody (nie do siatki). Czekam na koniec zawodów, aby móc opuścić stanowisko (dyskwalifikacja, za opuszczenie miejscówki, w czasie zawodów) i doławiam jeszcze kilka uklejek oraz małego bolenia. Kolega łowi m.in., płotkę, która jest fajnym bonusem wśród tych „szprotek”. Koniec zawodów. Idę do sędziego, aby się upewnić, co z niewymiarowymi rybami. Muszą być wypuszczone, zgodnie z RAPR, więc sandacz nie idzie do siatki, tylko wraca bezpośrednio do domu. Czas na warzenie. Najpierw Michał - 1.800 kg. Następnie ja. Ryby skaczą, raz jest pod 5 kg, raz powyżej. W końcu się uspokajają i dajemy 5.000 kg. Ważymy leszcza - 1.700 kg - jestem zaskoczony, że tak mało, ale pytam się i jak na razie, jest to największa ryba, ale do wagi pozostało jeszcze 5 drużyn. Jak się okazało, mieliśmy drugi wynik, przegraliśmy zaledwie o 0.140 kg, a leszcz, którego udało nam się złowić, był największą rybą zawodów. Jednak nie zdobyliśmy niczego, zostaliśmy zdyskwalifikowani.
Co pokazały mi te zawody, z punktu czysto wędkarskiego? Osobisty wynik, na tle pozostałych startujących (łącznie 20 osób), bardzo mile mnie zaskoczył. Może zabrzmi to nieskromnie (wybaczcie), ale nikt nie zbudował wyższego wyniku ode mnie (Chojnacki Rafał, miał identyczną wagę). Cieszy mnie to tym bardziej, że są to zawodnicy, którzy startują od lat w zawodach i doświadczeniem nie mam prawa się z nimi równać. Nieskromnie także, powiem, że wiem, dlaczego zrobiłem taki wynik. Dla mnie osobiście, niezbyt imponujący, ale jak się okazało, wystarczający.
Jeśli ktoś byłby zainteresowany dalszą częścią tekstu (gdzie jest podany powód DSF), to jest ona na forum koła, do którego należę: http://www.klubnatura.elubin.pl/forum/viewtopic.php?p=667#667
Ps. Jeśli ten link nie jest tutaj mile widziany (inne forum), to proszę o jego usunięcie.
I na koniec:
wyniki: http://klubnatura.elubin.pl/wyniki/2013/wyniki_nocne_druzynowe_gruntowe_2013.htm
galeria: http://klubnatura.elubin.pl/galerie/2013/Zawody/nocne_druzynowe_gruntowe_2013/album/index.html
Ryba zawodów - leszcz 1.700 kg.
Gratuluję wyniku , a 2 miejsce powinno być wasze jak i ryba zawodów.
O ile wiem można chyba złożyć jakiś protest na piśmie ? Czy się mylę.
Tak, można i jak się okazało, zostaliśmy zdyskwalifikowani niesłusznie, ale chyba trochę za późno się o tym dowiedziałem...
W niedzielę, były Gruntowe MK i znowu były problemy z tym człowiekiem...
W poniedziałek, o godz. 15, pojawiłem się z kolegą (gruncik28), nad Odrą. Gliny i zanęty, przetarliśmy i wstępnie nawilżyliśmy już w domu, więc przygotowanie się do łowienia, zajęło nam niewiele czasu i wędki mogliśmy zarzucić bardzo szybko. Po kilka kul do wody i... u mnie na początek kilka szybkich krąpi, a później weszła ukleja, która do nocy, już nie wyszła, więc łowienie miałem z głowy. Natomiast Paweł, od wrzucenia kul, nie miał najmniejszego brania i to przez dłuższy czas. W końcu, po ponad 2 godzinach, ma piękne branie na pinki. Zacięcie i niemal jednocześnie, mówimy: ładny leszcz. Ryba nieustannie szarpała szczytową częścią kija, ale szybko nam to zaczęło nie pasować. Leszcz robi to, jakby trochę inaczej. Przy brzegu mamy pierwszy wyskok i już wszystko jasne, to mały sum, taki 50+ cm. Szybkie odhaczenie i do wody.
Jak się okazało, siedział przy kulach lub w samych kulach i małe ryby bały się podejść, gdyż po jego złowieniu, Pawła szczytówki się odblokowały i zaczęły raz po raz, pokazywać brania. Były to krąpie i ukleje.
Gdy zrobiło się ciemno, zaczęliśmy rzucać w nieco inne miejsca, gdzie spodziewaliśmy się nocnych leszczy. Do godz. 1, kolega złowił kilka krąpi do ok 30 cm, natomiast ja złowiłem dwa leszcze (większy ok. 50 cm). Później wyszedł księżyc, który mocno oświetlał noc, co zachęciło do brań, małe krąpie (nawet jedna ukleja się trafiła). Poszliśmy więc przespać się do auta. Przed godz. 6 rano, byliśmy na główce ponownie. Kolejne kule do wody i... krąpie, ukleje, kiełbie oraz płotka. Za dnia, znowu sama drobnica...
Zwijamy się o godz. 11, dłużej niestety nie możemy zostać.
Płyń i do zobaczenia, za metr.
Odra w Januszkowicach - dziki odcinek.
Ekipa 5 osobowa - 8 wędek.
Czas łowienia: od 15:30 do 06:00
Wynik beznadziejny:
- 3 leszczyki 30cm
- 1 krąp 35cm
- 1 jazgarz
- 1 sum 20cm
W ciągu dnia nie dało się łowić - straż pożarna ćwiczyła na motorówkach. 2x śrubą silnika przecięli żyłki, 2x porwali wędki do wody (na kołowrotkach plecionki sumowe). O mały włos sterujący łodzią podciąłby sobie gardło plecionkami.
O dziwo na zakończenie podpłynęli do nas i przeprosili za szkody wręczając 0,7l wody ognistej
Odra w Kędzierzynie wczoraj od 4 30 do 17 wynik 1 leszcz ok 50cm,1 krąp 35cm 8 sandaczy małych na uklejkę największy 45cmogólnie bezrybie.
31 :8 sobota odcinek Scinawa czas lowienia od 14 do 18 jeden klenik 35 cm 1 okon i kilka uklei szalu nie bylo.
Ten kleń na zdjęciu to chyba z hakiem ma 35cm bo jak na moje oko to max 27cm.
test
Witam Kolegów,
To prawda - Odra w tm roku nie jest zbyt przyjazna dla wędkarzy. Ostatnio w Krapkowicach w ciągu całej nocki jeden leszczyk 60+cm i jeden mały. Niestety trzeba stwierdzić że na każdym odcinku gdzie się pojawiam są duże ilości małego suma (do40cm) i bierze na wszystko i z każdego poziomu wody. Próbowałem spławika i nawet na gruncie 1m brał sum... masakra. Skoro jest tyle małego to duże też gdzieś muszą być :). Leszce duże też widać jednak ciężko skusić te ryby do brania.
Według relacji lokalnych wędkarzy w Krapkowicach jest tołpyga i to całkiem spora - ciężko ją wyjąć z wody i chyba dlatego ciągle jest :)
Pamiętam jak w ubiegłym roku podczas jednej nocki miałem ponad 30kg ryby na jedną wędkę ... a dziś człowiek cieszy się z jednego leszcza... no cóż taki właśnie ma urok to nasze hobby. Pamiętajmy jednak że bardziej liczy się czas miło spędzony w bliskości natury niż złowione ryby :)
Chętnie pożyczyłbym bym Wam połamania kija - ale wiem że nie jset to zbyt przyjemne gdyż ostatio 2 razy połamałem swojego nowego feedera i nie jest to nic przyjemnego :(
Do zobaczenia nad wodą.
A już za niedługo.... będzie tak :)
Ten kleń na zdjęciu to chyba z hakiem ma 35cm bo jak na moje oko to max 27cm.
I tu kolego sie mylisz bo na100% mial 35 cm bo kolega go mierzyl tez myslalem ze ma mniej
Ten klen ma długosc 4 twoich kciuków od początku palca do środka stawu, żeby ten kleń miał długośc 35cm twoj kciuk musiałby miec 8.75cm. 27cm to max dla tego klenia.
to ta ploc ile ma twoim zdaniem .Pozdrawiam. :)
Płoć ma około 35 ale ten kleń raczej nie ma więcej niż 30cm .
Czy to ważne, czy kleń miał 27, czy 35 cm?
Rozumiem, gdyby była niezgodność, czy złowiony kleń ma 60, czy 70 cm, ale przy takim maluchu (oczywiście dla kogoś, może być to życiowy okaz), to szkoda prądu :)
Wczoraj wybrałem się z kolegą, posiedzieć z feederami na Odrze. Michał, zaraz po skończeniu szkoły, spakował się i ruszyliśmy w drogę. Nad wodą byliśmy o godz. 14. Zdecydowaliśmy się, łowić na opasce. Postanowiliśmy usiąść w miejscu, które wydawało się być w miarę czyste od zaczepów (po dużej letniej wodzie, stara miejscówka zrobiła się niesamowicie "czepliwa"). I tak też było, gdyż go końca łowienia (północ), nie urwaliśmy ani jednego zestawu, co mnie bardzo cieszy.
Miejsce wygląda bardzo obiecująco, jednak przez 10 godzin, nie złowiliśmy niczego godnego uwagi. Złowiliśmy po jednym krąpiu (kolega życiówkę - 33 cm, ja malucha ok. 25 cm).
Ale miejsce jest bajeczne i jeśli stan wody pozwoli, będę chciał wybrać się tam jeszcze nie raz.
Dziś Odra w ok. Opola
Od 06:00 do 10:00
Feedery
.
Postanowiłem skupić się nie na zanęcie, ale na zestawach, formie podania przynęty, miejscu podania przynęty.
I to było dobre posunięcie:
1 leszcz 66cm = 3,45kg - jak wyżej
kilka leszczy i płoci ok. 30cm
Niestety ok 08:00 zmienił się wiatr oraz uciąg wody - wyjściowo zanęcone miejsce było poza zasięgiem rzutu
Link o holu:
http://youtu.be/Hkdruixb53k 100%
Piekna ryba brawo . :) Dzisiaj bylismy tez na Odrze myslelismy ze wszyska ryba poplynela do Szczecina a tu jednak do Opola
Piękny lechu, gratuluję.
W piątek, o godz. 11, pojawiam się u Marka w sklepie, aby zrobić zakupy na małą feederową zasiadkę. Zanęty, robactwo, dodatki, itd., chwila rozmowy, przed południem wychodzę i po godz. 12, jestem nad wodą. Zastanawiam się, gdzie się ustawić, więc obchodzę kilka miejscówek i zapada odpowiednia decyzja. Na jednym kijku kuku, na drugim robaki. Pierwsze rzuty i miła niespodzianka. W końcu, nie biorą tegoroczne krąpie, tylko nieco większe żyletki (po ok. 35 cm), a na kukurydzy pojawiają się dwie nieduże płotki i... mały, ok. 25 cm boleń.
Siedzący obok starszy wędkarz (może ok. 70 lat), nie miał brań, ale w końcu i jemu, udało się złowić niewymiarowego bolka. Byłem ciekaw, co zrobi. Odpiął go, popatrzył na niego..., włożył do podbieraka i tak trzymał go w wodzie. Czekałem, aż włoży go do siatki i wówczas chciałem zainterweniować. Stojący za nami wędkarz, także to widział, ale w przeciwieństwie do mnie, nie czekał, tylko od razu zwrócił starszemu "wędkarzowi" uwagę, który stwierdził, że to jest... kleń. Ostatecznie dał się przekonać i może po 30 min., wypuścił go.
Na robaki wciąż były brania. Bardzo mocne: 35 cm żyletka, potrafiła podnieść dolnik feedera. Jeden leszcz, drugi, jeden boleń, drugi i... jest coś ładnego. Ryba niestety spina się bardzo szybko (branie było mocne, więc myślałem, że to kolejny mały boluś i przyciąłem profilaktycznie), ale zdążyłem poczuć jej, bardzo miły ciężar. Był to ładny leszcz, który zostawił na przyponie, wielką grudkę śluzu. Po tej spince, brania zanikły całkowicie.
Przez jakieś 2 godziny, siedziałem, nie notując kontaktu z rybami i po tym czasie (godz. 17), dołączył do mnie Michał, który z powodu szkoły, nie mógł wcześniej przyjechać. Rozłożył się i zaczęliśmy wspólnie oczekiwać na branie. Pod wieczór, w ruch poszły także uklejki, a na feederach, wieszały się tylko małe bolki, które najlepiej brały na… kukurydzę. W okolicach, kolegi zestawu, z żywą rybką, pływającą przy dnie (metoda gruntowa), było widać dwa ataki bolenia. W końcu, trafił na niewłaściwą (z rybiego punktu widzenia) i po zdecydowanym holu, Michał mógł się cieszyć z nowej życiówki w tym gatunku i z pierwszego bolenia na ukleję. Miał 61 cm, ale był bardzo ładny. Gruby i wysoki - typowy, jesienny boleń. Szybka fota i do wody. Kolejny rzut ukleją, w to samo miejsce i po chwili znowu branie. Tym razem, 40+ cm
Gdy było jeszcze widno, poszliśmy nazbierać drewna i trza było się nieco ubrać, gdyż nadchodząca, zimna noc, zaczynała o sobie dawać znać.
O godz. 21, w końcu jedna ze szczytówek, pokazała branie (nie „boleniowe”). Spokojne pompowanie (raczej w celu nieprzeciążania kołowrotka, niż z powodu wielkości ryby) i gdy w świetle latarki, chlapnęła się ryba, oznajmiłem, że mam... rozpióra! Podbieraka nie wziął nikt z nas (mój poszedł na śmietnik, a kolega nie wziął swojego), więc w grę wchodziło jedynie ręczne podebranie (nie preferuję lądowania ryb bezpośrednio na kamienie, jak to ma wielu "wędkarzy" w zwyczaju). Widziałem, że jest zapięty bardzo delikatnie, więc starałem się jego "chlapanki", amortyzować możliwie, jak potrafiłem. Gdy był już gotowy do podebrania, stało się to, czego się obawiałem - wypiął się. Na szczęście, zanim z tego skorzystał, zdążyłem go szybko złapać. Wielki nie był (34 cm), ale jest to moja nowa życiówka w tym gatunku ryby.
Pamiątkowa fotka, która niestety trwała zdecydowanie za długo, niż bym sobie tego życzył (wierzgał, niczym leszcz), spowodowała, że dochodził do siebie bardzo długo.
Jeszcze przed północą, powracają leszcze (a bynajmniej zaczynają brać) wielkości ok. 35 cm. Między nimi, trafia się nieco większa sztuka - równo 50 cm. Samiec, który miał na czole lekką wysypkę tarłową. Ja złowiłem kilka leszczy, a Michał, kolejną dziś życiówkę - rozpiór 30 cm. Później nastała cisza.
Ok. godz. 1, kolega poszedł spać do auta, a ja zostałem przy kijach. Długo nie działo się nic, ale gdy wybiła godz, 3, na jednym z feederów, mam piękne branie. Ryba przestawia kij na podpórce i po braniu. Zwijam zestaw i robaki są całe. Napełniam koszyk zanętą, rzucam w to samo miejsce i i niemal od razu kolejne branie, które kończy się pustym zacięciem. Kolejny rzut, tylko zdążam odłożyć wędkę na podpórkę i piękne branie. Zacinam i czuję miły opór, który odjeżdża 2-3 metry na hamulcu. Ryba jest waleczna, podczas walki, pokazuje swoją siłę, ale podczas pompowania czuję po ciężarze, że to nie może być więcej, jak 50+ cm. Przy brzegu się to potwierdza. Leszcz jest tak gruby, że nie jestem go w stanie złapać za "karczycho" i podnieść. Jestem w nie małym szoku, mając w pamięci bolenia 70 cm, którego podbierałem właśnie w ten sposób. Otwieram więc bieg wolnej szpuli, odkładam feedera na podpórkę, przyciągam rybę do siebie i łapiąc ją w dwie ręce, wyciągam z wody. Szybka miara (51 cm) i bardzo szybka sesja (był spokojny, nie skakał). Patrzę jeszcze chwilę na niego, widzę z nim jesiennego, obżartego lecha i wypuszczam.
Do rana, nie działo się już nic. Gdy zaczęło delikatnie świtać na wschodzie, podjechał samochód, wysiadło dwóch wędkarzy, podeszli i... przedstawili się nickami, pewnego forum wędkarskiego. Przyznam szczerze, że byłem w tak wielkim szoku (rozpoznać kogoś, kogo się widzi pierwszy raz, odwróconego plecami i w dodatku po ciemku - podziwiam), że nie wiedziałem, co na to odpowiedzieć, więc tylko rzekłem - miło mi. Mariusz (manieku80) i Mateusz (Zelo), okazali się, bardzo sympatycznymi wędkarzami, z którymi bardzo fajnie mi się gawędziło. Porozmawialiśmy dobrą godzinę (w tym czasie, złowiłem dwa podleszczaki) i gdy zrobiło się jasno, pojechali dalej, szukać miejsca. Po godz. 6, wstał Michał. Mieliśmy nadzieję, że tego ranka, będzie ryba brała, ale jak to miało miejsce podczas kilku ostatnich nocek, ranek okazał się być całkowicie bezrybny.
Przepiękny wschód słońca, w niesamowicie gęstej mgle, zrekompensował nam to całkowicie - takie widoki można zobaczyć tylko nad Odrą, tylko o godz., kiedy budzą się ptaki.
Na "szczęście" ryby nie brały, więc przyszła kolej na mnie i spokojnie mogłem się ułożyć w aucie. Pospałem może godzinę, kiedy to dołączył do mnie Michał. Niestety, to skutecznie wybiło mnie ze snu i już nie zasnąłem. No trudno, pomęczę się do wieczora, będę miał na sen, całą następną noc.
Gdy promienie słoneczne, wysuszyły wszystko dookoła, wziąłem się za rozpalenie ogniska i zrobiliśmy sobie gorące śniadanie, które nad wodą, smakuje wyjątkowo.
Ryby nie brały w ogóle, więc postanowiliśmy poszukać ich w innym miejscu. Pojechaliśmy do kolegi taty, który również był na rybach, tylko w innym miejscu. Tam posiedzieliśmy do godz. 18, złowiliśmy jedynie 3 ryby, w okolicach 25 cm: dwa krąpie i klenia. Spakowaliśmy się, ruszyliśmy w drogę powrotną i przed zachodem słońca, byliśmy w domu.
Jak na 30 godzin łowienia, to ryb było niewiele, ale porównując wyniki, z całych wakacji, to nie mam prawa narzekać.
Odrzański leszcz, pięćdziesiątak.
W niedzielę, wybrałem się z kuzynki mężem na odrzański rekonesans (z wędkami oczywiście). Na Odrze łowił pierwszy raz w życiu i od razu był zachwycony tym, co zobaczył. Złowił niedużego okonia, leszcza i płoć.
Już planujemy wybrać się na dłuższą zasiadkę, ale to wszystko zależy oczywiście od wolnego czasu.
Dziś Odra w ok. Opola
Od 06:00 do 10:00
Feedery
.
Postanowiłem skupić się nie na zanęcie, ale na zestawach, formie podania przynęty, miejscu podania przynęty.
I to było dobre posunięcie:
1 leszcz 66cm = 3,45kg - jak wyżej
kilka leszczy i płoci ok. 30cm
Niestety ok 08:00 zmienił się wiatr oraz uciąg wody - wyjściowo zanęcone miejsce było poza zasięgiem rzutu
Link o holu:
http://youtu.be/Hkdruixb53k 100%
Witam kolegę:)
Czy to czasem nie jest miejscówka na dobrzeniu ?????????? Byłem tam 2 tygodnie temu na nocce z poniedziałku na wtorek
Tak, to DW.
Jak Twoje wyniki?
Powiem tak ... w nocy jedno branie u kolegi i chyba bo pewności nie mieliśmy był to amur, zerwał przypon przy samym podbieraku. No a nad ranem konkretne brania Leszczy dużych największy 3,2kg w sumie 7 dużych grubych bo największy ten 3,2 miał jakieś 60 cm. reszta to 2 krąpie takie koło 50-60 dkg. wzystko na pinkę czerwoną i o dziwo koledzy po nas łapali tylko na białe. Zanęta marlina ciemna i żółta plus kuku trochę z procy i to wszystko. Najlepiej przyjechać po kolegach karpiarzach bo jak zobaczyłem ile sypią kuku to ja tyle przez sezon nie wrzucam ?) wybieramy się teraz w wtorek bardzo wczesnym rankiem a raczej nocą:)
14.09 Scinawa kilka leszczykow najwiekszy to 50 cm i 2 mocne brania pozrywalo zestawy
wybieramy się teraz w wtorek bardzo wczesnym rankiem a raczej nocą:)
Byłeś? Jakie wyniki?
Pozdrawiam
Dość silny wiatr, i bardzo duży uciąg,100 ściągało spod betonowych kolumn z lewa zupełnie na prawo .Turawa spuszczała wodę i dużo różnego rodzaju patyków gałęzi .Ogólnie 3 krąpiki i dwa jazgarki,lecz wiem że na Czarno... mieli lepsze wyniki 3-5 ładnych leszczy .Tam nie było takiego uciągu bo to wyżej od dopływu z turawki tych syfów.Krąpiki takie 32- 36cm.
Ah jeszcze jedno nie byłem w wtorek tylko w środę od 4:20 do 11 sprawy w domu mnie zatrzymały i nie wiem jak by było w wtorek
W dniu wczorajszym, kolega miał klasowy wypad do kina, więc niewiele się zastanawiając, zaplanowaliśmy na ten dzień, wyjazd na Odrę. Postanowiliśmy wybrać się ostatni raz (chyba) w tym roku, z feederami, za białą rybą. Nad wodą byliśmy o godz. 8 rano. Początek był bardzo obiecujący, w czterech rzutach, miałem cztery ryby. Były to leszcze, z których największy miał 40+ cm. Na jednym kiju miałem delikatny zestaw, natomiast na drugim, który latał pod sam nurt, miałem mocniejszy zestaw i większą przynętę. Spod nurtu, złowiłem tylko jedną rybę, był to karaś 33 cm, który zasmakował w dwóch ziarnach kukurydzy.
Kolega na feederce miał zestaw pod białą rybę, natomiast na karpiówce, typowy zestaw żywcowy pod szczupaka (bojka). Na kotwicę zakładał ok. 15 cm krąpie, które udawało się raz na jakiś czas komuś z nas złowić.
Towarzyszył nam silny i zimny wiatr, jednak to nie przeszkadzało rybom, które może duże nie były, ale brały dosyć regularnie. Przed południem, kolega trafił na białe + kuku, okonia 32 cm, który, jak na odrzańskie warunki, do malców już nie należy.
Później, na zestawach pojawiały się głównie małe bolenie (20+ cm), które atakowały wszystko, a najchętniej kukurydzę. Miałem tego dziś nie robić, ale w takim razie, zdecydowałem się, na założenie uklei na jednego feedera. Popołudniem, gdy zwijałem ukleję, w celu sprawdzenia, jej stanu, nagle poczułem opór, delikatne szarpnięcia i zdecydowane cięcie żyłki w prawą stronę. Jakiś drapieżca uderzył w nią, podczas zwijania. Mówię do Michała: oby to tylko nie był szczupak. I taką też miałem nadzieję, gdyż nie było, typowych dla niego, szarpnięć. Ryba miała siłę, to trzeba przyznać. Gdy śmignął mi pod powierzchnią wody, kaczodzioby pysk, miałem nadzieję, że zapiął się delikatnie, tym bardziej, że po pięknym odjeździe, nadal był na kiju. Gdy go doholowałem znowu blisko brzegu i ukazał się w całej okazałości, było jasne, dlaczego walka nie była „szczupakowa”. Żyłka przewinęła mu się przez karczycho. Ale zauważyłem, jak przed kolejnym odjazdem, przypon się „odplątał”, co pozwoliło na przesunięcie się żyłki w jego paszczy. To skończyło się obcinką przy kolejnej melodii hamulca. No szkoda, ale mówi się trudno. Ja oceniłem go na 70+, kolega na grubą osiemdziesiątkę. Możemy zgadywać, ale nie dowiemy się tego. Niedługo po tym, na ukleję połakomił się sandacz, niestety był mały, nie miał nawet wymiaru. Długo nie mogliśmy złowić odpowiedniej wielkości krąpia-leszcza, dla kolegi, ale w końcu się udało, późnym popołudniem, wyjąłem ok. 15 cm krąpia i gdy zapytałem Michała, czy chce, tylko spojrzał na mnie, a z miny mogłem wyczytać: i co głupio pytasz? :P Nie minęło wiele czasu, gdy kolega oznajmił, że będzie szczupak. Faktycznie, bojki nie było. Spokojne skontrolowanie, gdzie jest zębaty, zacięcie i krótki, ale zdecydowany hol, na mocnym zestawie, nie pozwolił szczupaczej mamuśce na zbyt wiele. Rybę udało się podebrać przy pierwszej próbie. Szybkie mierzenie i miarka pokazuje 84 cm - piękna ryba! Tak patrząc na nią w wodzie i porównując ze swoim, którego nie udało się wyjąć, mógł mieć ok. 80 cm. Trochę szkoda, bo mogłyby być dwa ładne zębate. Jest radość, gratulacje i szybkie pamiątkowe fotki, a następnie najpiękniejszy moment, tj. zwrócenie rybie wolności. Niestety, szczypce zostały jakimś cudem w domu i ostre zęby, pokaleczyły nam trochę palce, ale nie szkodzi, takie ryby mogą.
Gdy robi się ciemno, doławiam jeszcze dwa małe leszcze i po godz. 20, zwijamy się do domu.
Nie jest to życiowy okaz, ale już takie mogłyby pojawiać się od czasu do czasu na kiju:)
I jeszcze zaległy, nieco dłuższy wypad z feederami.
Kolega (jokeras) zaczął właśnie studia (dwa kierunki, więc ostatni week września, już odpadał), więc umówiliśmy się, że w ostatnim tygodniu września, pojedziemy na jakąś nieco dłuższą zasiadkę feederową. Ten wyjazd, miał miejsce w przyszłym tygodniu, w środę, kiedy to po obiedzie, wsiadłem w samochód i pojechałem po Pawła. Nad wodą byliśmy po godz. 16. Rozłożenie namiotu, napompowanie wygodnego materaca, zrobienie zestawów i już jesteśmy gotowi do łowienia. Planowaliśmy posiedzieć do piątku. Moim głównym celem, był nocny leszcz, więc nocne spanie nie wchodziło w grę. Tę przyjemność, zostawiłem sobie na dzień. Paweł ustawił się na napływie, natomiast ja na zapływie. Rozrobienie zanęty i czas na zbadanie dna. Kilkanaście rzutów koszykiem i już wiem, gdzie będę dokładnie łowił w nocy, a także, gdzie za dnia. Póki było jeszcze widno, poszliśmy nazbierać drewna na ognisko. Wszystko gotowe, można łowić. Już w pierwszym rzucie, wyjmuję małego leszcza, a następnie dwa krąpie. Kolejne branie, bardzo delikatne, to ładna ryba, która nie szarpiąc się w ogóle, pewnie płynęła w lewą stronę. Była to ładna ryba, która niestety pod brzegiem się wypięła - szkoda. Przez zmrokiem, zaczyna padać deszcz, więc chowamy się do namiotu i tylko od czasu do czasu, wychodzimy, aby przerzucić zestawy. W taki sposób, złowiłem ok. 45 cm leszcza. Brania nie było widać, haka również. Przed północą, deszcz zaczął padać naprawdę mocno, więc już nie wychodziliśmy, tylko postanowiliśmy podjąć próbę przespania nocy. Wszystko jednak działo się na „czuju”, gdyż padający deszcz, utrudniał zaśnięcie (przyzwyczajenie, do spania ze stoperami, robi swoje). Gdy nastał ranek (godz. 6), obudził nas budzik. Deszcz padał nadal, więc mowy o rozpaleniu ogniska nie było. Na szczęście Paweł zabrał ze sobą sprytne urządzenie, które pozwoliło nam, zjeść ciepły posiłek. W namiocie siedzieliśmy do czasu, aż przestał padać deszcz, a nastąpiło to dopiero po godz. 12 (w międzyczasie, udało mi się złowić dwa leszcze do 40+ cm).
Cały dzień, minął bardzo szybko, nawet nie wiem, kiedy. Rybą dnia, okazał się był kleń 30 cm, który przywalił koledze w… ukleję. Deszcz nie padał, ale nic nie chciało schnąć za bardzo, ale dzięki pewnemu trikowi, udało nam się rozpalić ognisko, które ogrzewało nas w nocy. Dzień zleciał tak szybko, że nawet nie pomyślałem o tym, aby się przespać. Oczywiście w nocy nie było o tym mowy. Deszczu nie było, niebo było czyste, więc można było siedzieć przy kijach. Gdy zrobiło się ciemno, posłałem zestawy w wybrane miejsce, gdzie spodziewałem się leszczy. Poprzedniej nocy (deszczowej), udało mi się wyjąć dwie sztuki, pow. 40 cm. Nie duże, ale są.
Długo czekałem na pierwsze branie. Nie działo się zupełnie nic, więc jednym kijkiem szukałem leszcza na napływie (kolega poszedł spać), a drugim, czekałem na nie, na zapływie, w miejscu, które było bardzo obiecujące. Ciężko było mi zarzucić zestaw w odpowiednie miejsce (za dnia, było to łatwe), gdyż musiał być to bardzo precyzyjny rzut: miejsce znajdywało się daleko, a rzut za bardzo w lewo, w prawo lub za daleko, zazwyczaj kończył się zaczepami, a zbyt bliski, opadaniem koszyka w rynnę.
O godz. 1 w nocy, gdy naszła gęsta mgła, doczekałem się brania na napływie. Był to taki najczęstszy standard - 45 cm. O godz. 2 w nocy, gdy rzut na zapływie wydał mi się wręcz idealny, nastąpiło delikatne, ale powolne branie, które zwiastowało sporego leszcza. Po zacięciu, wiedziałem, że mam leszcza, jednak, jak przy poprzednich holowanych, nie było walki, ryby jakby dawały się bez oporu holować. Przy brzegu, w świetle latarki, ujrzałem ładnego (jak dla mnie) leszcza, który pod nogami się trochę poszamotał i dał się podebrać. Gdy wyjąłem podbierak z wody i położyłem na trawę, pomyślałem: życiówka! Ryba odpięła się praktycznie sama, gdyż malutki haczyk (owner’owski druciak nr 14), był wygięty, a ryba była zapięta bardzo delikatnie. Paweł spał, więc rybę położyłem w podbieraku w wodzie i ustawiłem aparat na samowyzwalaczu. Pamiątkowa fotka i czas na mierzenie - 59 cm. A więc życiówka poprawiona o 2 cm, a do sześćdziesiątki został już tylko centymetr.
O godz. 3, dołączył do mnie kolega, ale do rana już nic nie złowiliśmy. Gdy zrobiło się jasno, a na feederach była nadal cisza, postanowiłem założyć na jeden hak, ukleję. To zaowocowało sandaczem. Niestety małym.
O godz. 10, położyłem się w namiocie, aby się trochę przespać. Przed godz. 14, zakończyłem odpoczynek i po informacji od kolegi, że ryba nie bierze, założyłem 3 ziarna kukurydzy i posłałem zestaw daleko w nurt. Długo czekać na branie nie musiałem. Na dość dużą przynętę, połakomiła się… certa 33 cm.
Później nie działo się zbyt wiele, a czas powrotu do domu się zbliżał bardzo szybko. Spakowaliśmy się więc po części i poszliśmy na wał przeciwpowodziowy, nazbierać kań. Całe wiadro, zapełniło się bardzo szybko. Gdy wróciliśmy na łowisko, dopakowaliśmy się i po godz. 17, ruszyliśmy w drogę powrotną.
Jak na 49 godzin nad wodą, to nie działo się za wiele, ale jestem zadowolony, gdyż udało mi się złowić kilka nocnych leszczy (może nie jakichś wielkich) i poprawić życiówkę.
Opadowe sandacze, tuż tuż…:)
Nowa, leszczowa życiówka - 59 cm.
Mariusz fajny leszczyk ale paczac na twoje palce to ;;;;;;;
Michał tez ładnego szczupłego łyknoł
kiedy teraz uderzacie na odre
Najwcześniej w przyszłym tyg., chyba, że Michał sam skoczy na week, gdyż ja nie dam rady.
Ale chyba będziemy już ze spinem za sandaczem ganiać do końca roku, ew., 2-3 wypady za miętusem w listopadzie. Ale czas pokaże.
Jak byliśmy ostatnio na Odrze, to pewnie dobrze się przyjrzałeś moim palcom i ciekaw jestem, co Ci tam wyszło :D
Złowiliście coś konkretnego w ostatnich dniach na Odrze?
Mnie niestety nie było na Odrze od prawie 3 tyg., więc osobiście nie mogę nic powiedzieć :)
koledzy cz leszcze przestaly juz brac bood 2tyg. zadnego leszczyka nie zlowilem tylko 2 karasie okonek i w ten wek. 1klenik gdzie te jesienne plocie.
Nocka 26/27 paź, Odra koło Opola, wynik:10 leszczyków od 28 do 42 cm
Bardzo późno, ale jednak się udało, otworzyć sezon miętusowy.
Od godz. 17 go godz. 24, czekałem z kolegą na pierwszego miętusa, ale się nie doczekaliśmy. Pogoda była,wydawać by się mogło, odpowiednia. Nagły spadek ciśnienia, wiatr, deszcz. Brakowało jedynie minusowej temperatury.
Uklejek nic nie tknęło, zaliczyliśmy po jednym braniu na rosówkę, ale bez wyjętej ryby. Dziś, jedziemy sezon na miętusa, zakończyć.
Miętusowo już ma nie być, ale to nie jest ważne. Ważne, że podtrzymamy tradycję.
Jak co roku, od trzech lat, ostatni dzień listopada, to standardowa zasiadka na miętusa, kończąca sezon na tę rybę. Jednocześnie jest to także ostatnie w roku, łowienie stacjonarne.
Tym razem, wybraliśmy się w trójkę i podobnie, jak dzień wcześniej, wybraliśmy się na zupełnie nowe miejsce, na którym nigdy wcześniej nie łowiliśmy.
Nad wodą byliśmy przed godz. 16, jednak nieznajomość terenu i dojazdów do samej, wytypowanej wcześniej, miejscówki, zabrała nam około pół godziny, może trochę więcej. Zestawy poszły więc do wody dopiero, gdy robił się już wieczór. Szybkie rozłożenie jednego z feederów i badanie dna, nieznanego miejsca. Kilkanaście rzutów, pozwoliło mniej więcej wyobrazić sobie w głowie, jak wygląda dno, gdzie jest głębiej-płycej, gdzie miękko-twardo, itd.
Na jeden hak poszła rosówka, natomiast na drugi, ogon z uklejki. Gdy zrobiło się ciemno, Michał zanotował na ukleję branie sandacza. Niestety, tylko branie. Ogon uklejki, który miałem na haku, jakoś mi nie bardzo "leżał", był bardzo mały. Zwinąłem więc zestaw i założyłem większą porcję rybiego mięsa. Na hak poszedł cały "korpus".
Kilka, może kilkanaście minut po rzucie, widzę bardzo delikatne branie. Z początku pomyślałem, że może znowu sandacz się dobiera do naszych przynęt? Po kilku kolejnych drgnięciach, stwierdzam, że sandacz pewnie by już poczuł opór i dałby sobie spokój. To robi mi wielką nadzieję na miętusa. Jeszcze kilka-kilkanaście drgnięć i zacinam. Ryba jest, ale od razu po zacięciu stwierdzam, że na pewno nie jest to miętus (tylko skąd mogłem to wiedzieć, skoro nigdy go nie złowiłem). Nie mam pojęcia co to jest. Pada podejrzenie, że może jednak sandacz. Ale to nie była walka sandacza, więc zagadka nadal była nierozwiązana. Do momentu, kiedy ryba błysnęła w świetle latarki. No tak, przecież tak walczą klenie. Paweł (jokeras) zsunął się z dwumetrowej skarpy, aby go podebrać - dzięki! Gdy go zobaczyłem w wodzie, nie wydawał się duży. Taki standardowy 40parątak. Gdy zobaczyliśmy go z bliska, koledzy ocenili go na ok. 50 cm, a ja nadal byłem za tym, że będzie miał mniej. Robimy kilka pamiątkowych zdjęć i czas na mierzenie. Miarka pokazuje... to już piąty kleń, z tym samym wymiarem - 51 cm. A zatem, życiówka wyrównana po raz kolejny.
Kolejne rzuty, nie przyniosły już brania. Tzn., na moich kijach, bo Michał zanotował kolejne branie sandacza, który pociął swoimi kłami, cały kawałek uklei.
Łowy skończyliśmy dokładnie o północy. Nieznacznie, ale jednak padający deszcz oraz śnieg, spowodowały, że w drodze powrotnej, trzech chłopów, musiało wyjść z auta i wypchać "dziadziusia". Nie mieli z tym większych problemów. Tzn., tak to wyglądało z perspektywy kierowcy:)
Pozostał nam już tylko grudzień, czyli cały miesiąc ganiania za sandaczami.
Kleń (51 cm), zamiast miętusa.
Powinniście przyjrzeć się koledzy lepiej poznanej nowej "główce" tym bardziej że zaliczyliście podpisy rzecznych "piesków" a zimna grudniowa woda powinna Was hojnie obdarzyć...jak to się mawia "wiara czyni cuda"...:)
P:)
Mariusz piękne klenisko w końcu coś porządnego :) gratulacje
Piękne klenisko. Gratuluję wytrwałości, ja już wędkowanie zakończyłem w tym sezonie.
Brak zimy oraz wysokie, jak na luty, temperatury powietrza, z ciepłym, południowym wiatrem, spowodowały, iż już w połowie lutego, pokusiliśmy się wraz z kolegą, o otwarcie sezonu o nazwie "odrzański feeder". Akurat w dniu, w którym się wybraliśmy (wczoraj), pogoda nagle się "przyłamała". Wiatr, który wieje od dłuższego czasu z południa, na czas wędkowania, zmienił się na zachodni, by po skończonych łowach, powrócić na południowy. Ta zmiana przyniosła także dużą siłę wspomnianego wiatru, a także przelotne deszcze z gradem.
W umówionym miejscu, spotkaliśmy się tuż po godz. 5 rano. W związku z tym, iż niemal od 5 miesięcy, ganialiśmy ze spinami, wielce prawdopodobnym było, iż ktoś z nas, czegoś zapomni. No i tak też było - pierogi są, ale patelnia została w domu. Na szczęście daleko nie zajechaliśmy, więc się szybko wróciliśmy. Nad wodą byliśmy tuż przed godz. 7 rano. Spokojne rozpakowanie się, rozrobienie zanęty, zrobienie zestawów i po jakimś czasie, wykonaliśmy pierwsze rzuty.
Celem naszej wyprawy nie było nałowienie się. Na to przyjdzie czas już niebawem. Pojechaliśmy sprawdzić, czy dzięki takiej pogodzie, coś się już rusza. Wiatr bujał szczytówkami, ale udało się koledze dostrzec jedno lekkie branie, które zakończyło się, wyjęciem małego jelca. Przez kolejne godziny, doczekaliśmy się jeszcze trzech skubnięć, ale bez ryby na brzegu. W pewnym momencie zaczęło zacinać deszczem tak nieprzyjemnie, że byliśmy zmuszeni przeczekać ten okres, w samochodzie.
Na szczęście, w godzinach popołudniowych, bardzo ładnie się rozpogodziło, wyszło słońce, wiatr ucichł, zrobiło się ciepło i było bardzo przyjemnie. Nawet brak brań, nie "przeszkadzał". W tej ciszy, zaliczyliśmy jeszcze po jednym, bardzo niemrawym skubnięciu.
Łowy skończyliśmy o godz. 18, gdy było już ciemno. No, może nie tak zupełnie, gdyż pełnia księżyca, pięknie oświetlała dzisiejszą noc.
Rekonesans zaliczony, upewniliśmy się, że jest jeszcze za wcześnie. Woda nie ma nawet 4 st. C. Był to mój pierwszy wypad w tym roku, bez ryby. Ale nic nie szkodzi, było na prawdę super. Co prawda, przez większą część dnia, pogoda nie dopisała, ale przepiękny wieczór oraz wspaniałe towarzystwo kolegi Michała i udane otwarcie sezonu "ogniskowego", wynagrodziły to, z nawiązką. Jeszcze trochę i się zacznie, ale póki co, pozostaniemy jeszcze przez jakiś czas, na górskich rzekach.
W dniu wczorajszym, wybrałem się po raz drugi w tym roku, na Odrę, sprawdzić, jak ma się wczesnowiosenna miejscówka i czy szczytówki feederów, będą wprowadzane przez ryby, w piękne drgania, szarpnięcia, itp.
Na miejscu byłem o godz. 8 rano. Pierwsze, co rzucało się w oczy, to bardzo niski stan wody, a jak na tę miejscówkę, wręcz krytycznie niski. Na środku basenu, była wielka łacha piachu, która znajdywała się już poza wodą, a tam, gdzie była woda, w większości była taka płycizna, że było widać dno. Gdzieniegdzie, nie było go widać i tam posyłałem swoje zestawy. Jednak bez większych nadziei, że cokolwiek złowię. W tym, że jest to za mała woda na łowienie ryb w tym miejscu, utwierdzał mnie... brak łusek na brzegach.
O godz. 11, spakowałem się i pojechałem szukać dojazdu do innej miejscówki. Niestety nie było przejazdu - no, jakaś podwyższona terenówka pewnie by temu sprostała. Hmmm, co tu robić, jest ledwie południe, więc szkoda wracać do domu. Tak jadąc przed siebie, pomyślałem o jeszcze jednym miejscu. Czy są tam ryby o tej porze roku, nie wiem. Wiem tyle, że "ogólnie" jest to fajna miejscówka. Jak się okazało, pojechałem nie tam, gdzie trzeba i znalazłem się nad Odrą w innym miejscu, niż chciałem. Oczywiście nie zawróciłem, lecz podszedłem do samej wody, zobaczyć, jak to wygląda z bliska - a nóż, przyda się ta wiedza w przyszłości. Miejsce wydało się być dosyć ciekawe, jeśli chodzi o głębokość. Nie przepuściłem - poszedłem do auta, wyciągnąłem jeden kij, założyłem koszyk i wykonałem kilka kontrolnych rzutów. Jak się okazało, koszyk opadał ok. 3 s, więc głębokość na wczesnowiosenne łowy, świetna.
Decyzja mogła być tylko jedna - poszedłem po drugą wędkę oraz wiadro z zanętą i przynętami. Godzina i jak nie będzie nic, pojadę szukać dojazdu do miejsca, gdzie chciałem trafić - pomyślałem. Bardzo szybko notuję ładne branie, ale z pustym zacięciem. Jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale... następna decyzja, zapadła - idę po fotel i resztę "gratów", zostaję dłużej.
Długo na powtórkę czekać nie musiałem. Piękne branie, typowe dla dużej odrzańskiej płoci. Walka także typowa dla tego gatunku ryby, tylko jak na tak silne branie, ryba jest mała. Pierwsza w tym roku ryba z Odry, to płoć 30 cm. Nosi na sobie blizny po bliskim spotkaniu z drapieżcą - na tym odcinku rzeki, dla tej wielkości ryb, to także bardzo typowe.
Następne minuty, to kolejne płocie. Co branie, to mocniejsze, a co ryba, to mniejsza. Byłem w niemałym szoku, jak mocno potrafi "targać" feederem przy braniu, 20+ cm płotka i to jeszcze na przedwiośniu.
Po nieco dłuższej przerwie w braniach, daje się skusić kolejna, trzydziestocentymetrowa płoć.
Kolejne branie, to "karpiowe" przygięcie kija, które kończy się wyjęciem ok. 30 cm jazia. Po następnym energicznym braniu, które tylko przyciąłem, notuję dwa tak kapitalne "pociągnięcia" feedera, że jego szczytówka wchodzi niemal do wody. Jak się okazało, był to niewiele ponad 40 cm leszcz, który narobił początkiem holu, wielki apetyt na konkretną sztukę.
Miałem zwijać się o 18, ale postanowiłem, że posiedzę jeszcze z godzinę po zmroku - może jakieś stado leszcza podejdzie. Z tą myślą, założyłem na jeden haczyk, czerwonego robaka. Pierwsze branie nastąpiło tuż po godz. 18. Była to najsilniejsza dzisiejszego dnia płoć. Byłaby także największa, ale z powodu braku zdecydowanej większości ogona, miała tyle samo, co jej dwie poprzedniczki, tj. 30 cm.
Branie dnia, nastąpiło tuż przed godz. 19, kiedy to mało nie zabrało mi kija - gdyby nie mała "przeróbka" podpórek, to z pewnością feeder wylądowałby na kamieniach. Potężne łupnięcie, które porządnie wstrząsnęło kijem i na brzegu ląduje... ok. 35 cm leszcz. No, może nie dosłownie na brzegu, gdyż był pięknie zapięty i była możliwość uwolnienia go w wodzie.
Łowy skończyłem po godz. 19. Łącznie udało mi się złowić 11 płoci, 2 leszcze i 1 jazia.
Zabawa się chyba dopiero zaczyna, gdyż na brzegach nie ma jeszcze żadnych śladów rzezi, a łowione ryby nie były duże - jak to zazwyczaj bywa, gdy ryba się po zimie dopiero zaczyna "ruszać".
Strasznie ciekawią mnie te atomowe brania małych ryb. Być może był to efekt nadchodzącego potężnego wyżu - ciśnienie zaczęło rosnąć zaraz po tym, jak pojechałem do domu. Zobaczę, jak to jutro będzie wyglądać z tymi braniami.
Gdy do południa byłem bez ryby, myślami byłem już przy środzie, gdzie na górskiej rzece ganiałem za pstrągami, ale jak się okazało, już się zaczyna i powinno się przez najbliższy ponad miesiąc, mocno dziać. Więc jednak przenoszę się na Odrę.
Jedna z trzech trzydziestek.
Piękne rybki,jak na tą porę roku.Gratulacje! Gdzie wędkowałeś,jeśli można spytać? Mam zamiar wybrać síę z kolegą w weekend,może nawet nad Odrę w okolice Rakowa,Urazu...nie wiesz,może,co tam słychać?
Witam.
Byłem w sobote ok. godz. 15 na Urazie pustki a w Rakowie jedno auto i chyba dwóch kolegów spało w aucie to nie wiem co sie działo w Odrze.
Woda ogólnie wysoka i spokojna. Ja tez planuje wybrac sie pod koniec tyg. to zobaczymy co sie dzieje. ;-)
No Mariusz widzę że coś się zaczyna ruszać na oderce:)może niebawem się spotkamy nad wodą
Co do miejsca, to łowię zazwyczaj na odcinku Brzeg Dolny - Głogów, w przeróżnych miejscach.
No pewnie Mati, mam nadzieję, że i w tym roku się spotkamy nad wodą.
W dniu wczorajszym, ponownie wybrałem się na Odrę, na feeder"ową zasiadkę. Na miejscu byłem o wschodzie słońca, tj. ok. godz. 6.30. Sceneria była bajeczna - gęsta mgła, która ograniczała widoczność dosłownie do kilkunastu metrów ("brak" drugiego brzegu) i przebijające się przez nią słońce. Oczywiście pierwszą czynnością było wstępne namoczenie zanęty, a następnie zabranie się za całą resztę. Brania zaczęły się od razu, jednak były one zgoła odmienne od tych z poniedziałku. Były to pojedyncze szarpnięcia. Ich charakterystyka zdradzała, że w łowisku są płocie. Pewniejsze brania, wraz z owymi szarpnięciami, zaczęły się przeplatać od godz. 8 i na brzegu lądowały niespełna 30 cm płotki.
Po kilku rybach, nastąpiła cisza, więc postanowiłem zmienić pinki na kukurydzę (z małymi oporami, myśląc, że może jeszcze za wcześnie być na takie przynęty, że lepsze powinny być małe ilości pinki). Jednak się przełamałem i na jeden haczyk poszła kukurydza, a na drugi, białe robaki. Efekt natychmiastowy, brania powróciły. Na robaki skusił się pierwszy w tym roku krąp (30 cm), a w kukurydzy zasmakowała fajna płoć, która miała równo 35 cm.
I tak do godz. 14, dominującą przynętą była kukurydza. Brały głównie płocie do 30 cm, ale trafił się kolejny jaź (ok. 30 cm) i pierwszy w tym roku kleń (ok. 35 cm). Do godz.16, nastąpiła niemal standardowa przerwa w braniach, którą "zakończyła" pięknym braniem, gruba i bardzo silna płoć, kusząc się na czerwonego robaka. Miara wskazała po raz kolejny 35 cm.
Zaskoczeniem dnia, było kapitalne branie, w serii "opaskowy jaź", którego sprawcą okazał się być... UWAGA... niespełna 20 cm jelec! Pod wieczór, podeszły krąpie, a największy z nich, miał 33 cm.
Gdy zaczynało się ściemniać, poszedłem do auta po latarkę, gdyż planowałem zostać jeszcze z godzinę po zmroku. I znowu doczekałem się pięknego nocnego brania. Na kukurydzę skusiła się płoć 31 cm. Była to ostatnia ryba tej zasiadki.
Łowy skończyłem przed godz. 20, a na piątek planuję wybrać się wraz z kolegą, na pierwszą w tym roku, nockę. Aaa, finalnie udało mi się złowić 12 płoci, 6 krąpi, 2 leszcze i po jednym jelcu, jaziu i kleniu.
Co mi dał kolejny dzień nad wodą? Przede wszystkim to, że po raz kolejny przekonałem się, iż należy mieć ze sobą co najmniej kilka różnych przynęt, które możemy zaoferować rybom. W poniedziałek, rewelacją okazała się być czerwona pinka. Wczoraj, tj., w środę, było zupełnie inaczej. Nie było "najlepszej" przynęty. Ryby szybko stawały się wybredne i trzeba było za nimi "gonić", kombinując z przynętami. Ale jak się już trafiło, co chcą w danej godzinie, to była zabawa - fajna lekcja.
Jedna, z dwóch medalowych płoci - 35 cm.
Ladna plotka Mariusz gdzie takie lowisz . Dzisiaj bylem nad oderka totalne bez rybie przez 4godz. nic a przez nastepne 2godz. kilka uklei .Juz myslalem ze feederki mi sie popsly ze szczytoweczki nie chcialy drgac.
Mariusz, w sobotę po prostu ryba nie brała - chyba wszystkim, łowiącym na Odrze.
Nadszedł weekend, a więc możliwość wyskoczenia z kolegą, na pierwszą w tym roku nocną wyprawę. Kompan "zerwał" się z drugiej części piątkowych zajęć szkolnych i już po godz. 14, ruszyliśmy w kierunku Odry, z potężnym ciśnieniem - dawno nie cieszyłem się tak bardzo na wędkarski wyjazd.
Po drodze dokupiliśmy przynęty i przed godz. 16, byliśmy na miejscu. Stanowiska przygotowane, zanęta rozrobiona, zestawy do wody i pozostało już tylko nazbierać drewna na ognisko.
Z początku brały bardzo małe płotki, takie w przedziale 15-25 cm. Gdy zrobiło się ciemno, ruszyły się te nieco większe - powiedzmy, że średniaki. Zaczął Michał od 34 cm, a kolejna płotka, którą tym razem udało mi się złowić, miała 33 cm.
Szału w braniach nie było, ale co jakiś czas, ktoś z nas notował piękne nocne branie. Kolega dołowił dwie płotki po 31 cm, a na moich feederach, pokazały się dwa krąpie: 32 i 31 cm.
Tuż po godz. 21, gdy nic nie zapowiadało żadnej niespodzianki i zapaliłem latarkę, aby przygotować się do podebrania kolejnej ryby, "błysnął" mi... rozpiór!! Jego "kanciasta" budowa wskazywała, że musiał to być on, jednak chwila zwątpienia była, gdyż wydał mi się zbyt "niski", nawet jak na rozpióra. Ale gdy "śmignął" w świetle czołowej latarki raz jeszcze, wątpliwości już nie było. Był to trzeci w życiu rozpiór, a miara pokazała, że jest to poprawiony o centymetr, rekord życiowy - 35 cm.
Później brania ustały. Zrobiło się bardzo zimno, temperatura powietrza spadła poniżej zera, czego dowodem były m.in., marznące przelotki oraz całe blanki wędek. Przenieśliśmy się więc pod same ognisko. O godz. 1 w nocy, po długiej przerwie, trafił się ok. 45 cm leszcz, który był zapięty bardzo delikatnie i udało się go uwolnić bez dotykania.
Przed godz. 2, spakowaliśmy się i poszliśmy do auta, w celu zdrzemnięcia się. Po godz. 5, gdy zaczynało się rozjaśniać, powróciliśmy do łowienia. Oczywiście z rana było najzimniej, więc rozpaliliśmy ponownie ognisko, ale poranne brania nie bardzo pozwalały na porządne zagrzanie się przy ogniu. Jedno z brań, było na prawdę piękne i po zacięciu poczułem nieco przyjemniejszy ciężar. Tak na prawdę, była to pierwsza ryba, która już w miarę pochodziła na delikatnym zestawie. Był to leszcz, który miał 48 cm - a więc nie za duży, ale to znak, że lada dzień, powinno się zacząć to, na co czekamy.
Gdy poranna mgła ustąpiła, a słońce sprawiało, że wszystko zaczęło "puszczać", brania zanikły. Miałem nadzieję, że nadchodzące chmury, zmienią tę sytuację. Niestety, potężny wyż, który w ciągu dnia, według meteo, osiągnął aż 1036 hPa, spowodował, że brań wciąż nie było - tak mi się wydaje, gdyż nie widzę innego "powodu", dlaczego miałyby ryby nie brać. W samo południe, gdy przerzuciłem jeden zestaw i wziąłem się za drugi... na świeżo zarzuconym nastąpiło potężne, typowo kleniowe branie. Kij w ułamku sekundy został "podniesiony" na podpórce i z kołowrotka zaczęła wychodzić żyłka. Szybko odłożyłem drugiego feedera, który chciałem zarzucić i rozpocząłem hol. Narobił tyle hałasu, że aż kolega się obudził. Na delikatnym zestawie, bardzo przyjemnie holowało się taką rybę. Po podebraniu kompan zrobił nam pamiątkowe zdjęcie, a miara pokazała 42 cm. Nie za dużo, ale na początek feeder"owego sezonu, może być.
Do wieczora niewiele się działo. Raz na jakiś czas, trafiła się mała 20+ cm płotka. Na innym odcinku rzeki tego dnia też nic się nie działo - znajomy przez cały dzień trafił jednego kiełbia, ale w niedzielę już połowił, a więc chyba ten "szczyt" wyżu, który przypadł na sobotę, zrobił swoje.
Z wieczora, gdy się ściemniało, trafiliśmy jeszcze klenia, płoć i leszcza, ale były to ryby małe, nieprzekraczające nawet 30 cm. Przed godz. 20, ruszyliśmy w drogę powrotną.
Pierwsza w tym roku, nieco dłuższa zasiadka, zaliczona - 28 h. Mam nadzieję, że w następny week., będzie kolejna. Jeśli chodzi o ryby, to udało mi się tym razem złowić 12 płoci, 2 leszcze, 2 krąpie, jelca, klenia i rozpióra.
Kleń 42 cm: