Bolo też pięknie odpasiony - gratulacje! Jeśli dobrze widzę, to obie ryby wyjechały z tej samej mety - trzymaj ją w tajemnicy, bo może się to źle skończyć dla ryb.
Ten sandacz to jakiś zmutowany , czym Wy je tam na tej Odrze karmicie ? Odpadami radioaktywnymi ? Bolek też taki przerośnięty ! Gratulację , piękne rybska :)
Dzięki! Meta jest strzeżona przez miejscowego Pasjonatę;-) Dostałem kredyt zaufania i przypalanie nie pomoże ;-) A czym je tam karmią nie wiem? Rano Odra pożegnała mnie jednym szczeniakiem i niestety musiałem wracać ...
Poniedziałek, zaczął się od... zaspania (znowu "zawiódł" budzik). Na szczęście przebudziłem się tuż po godz. 6 rano, szybka "dawka" obowiązków i po godz. 9, jestem nad wodą. Pogoda nie jest zbyt fajna, gdyż świeci słońce (od czasu do czasu, przysłaniane przez chmury), jednak już w pierwszym rzucie, na maksymalnym dystansie, zacinam krótkiego szczupaka. Na szczęście nie ma nikogo, jestem sam. Jednak, ryb jakby też nie było. Obławiam X basenów, jednak bez najmniejszego kontaktu z sandaczem. Tak minął mi praktycznie cały dzień i gdy robiło się powoli ciemno, udałem się na jeszcze jeden odcinek Odry. Jednak i tutaj nic się nie dzieje. Gdy robię kolejną zmianę przynęty, zauważam jedną z większych, na którą ostatnio skusił się pięćdziesiątak. Aaa, spróbuję znowu. Kilka rzutów i... jest pstryk. Zacięcie i wyciągam małego (pod 50 cm) sandacza. Skubaniec rozdziawił pyszczydło i w czasie holu, nie drgnął ani razu - przy szczupakach miałem takie sytuacje, ale przy sandaczu, po raz pierwszy. Ciekawostka, ten też nie chciał małej przynęty. Zaatakował zdecydowanie większy kąsek i znowu prawie cała guma, tkwiła w tym małym "gębolcu". Skubaniec tak przyatakował, że aż otworzył i wygiął agrafkę. Dodatkowo, nabił ogon na hak, w "kogutowym" stylu. Gdy go złowiłem, dochodziła godz. 19. Wschodni wiatr, mimo małej siły, był bardzo zimny. Próbowałem skusić jeszcze jakiegoś sandacza, jednak nie zanotowałem już kontaktu z rybą. Po godz. 23 skończyłem łowienie, spakowałem się i pojechałem do domu. Niestety, temp. wody, utrzymuje się cały czas na poziomie 10 st. i od dłuższego czasu, nie chce nic stracić na tej wartości. Jednak, idzie fajne ochłodzenie i temp. wody, na pewno opadnie - mam nadzieję, że to ruszy te większe osobniki, bo jak na razie, same gluty do 60 cm. Przynajmniej, w moim przypadku.
No i nadszedł "gościu", który dawno u nas nie gościł. Mowa oczywiście o wyżu. Jednak jest on bardzo nietypowy - niby ciśnienie wysokie, a pochmurno i mglisto, niemal żadnej różnicy w temp., między dniem, a nocą. Nie za częsta sytuacja. Ciśnienie to, przez całą środę szło bardzo mocno w górę. Postanowiłem więc sprawdzić, co na to ryby, czy aby na pewno nie będą współpracować. Nad wodą jestem przed godz. 14., spotykam znajomego spinningistę i dowiaduję się, że rano jakiś młody wędkarz, złowił i zabił szczupaka 78 cm. Ta wiadomość trochę odebrała mi humoru, ale szybko skupiłem się na swoim łowieniu i po kilku zmianach miejscówek, notuję pierwszy pstryk. Zacięcie i siedzi sandacz, który po kilku sekundach się wypina - niestety, super passa na tegorocznym jesiennym opadzie, bez spiętej ryby, przerwana. Gdy zaczyna się powoli ściemniać, zakładam większą gumę, aby wykonać kilka rzutów za szczupakiem, gdyż jestem akurat w miejscu, gdzie zębaty lubi uderzyć. W którymś rzucie, przy próbie poderwania przynęty, mam przytrzymanie i następuje mocne wygięcie kija, a następnie piękny wir na powierzchni wody - niczego sobie szczupak. Luzuję nieco hamulec i ryba robi dwa piękne odjazdy. Sprzęt pozwala mi na pewny hol, jednak gdy zębaty chce uciekać, nie zabraniam mu tego - wolę uniknąć wypinki. Przy bodaj czwartej próbie, udaje się podebrać zdobycz. Szybka miarka - równo 80 cm, kilka fotek i do wody. Kolejne godziny, mijały na szukaniu sandaczy, jednak bezskutecznie. Na tym samym odcinku rzeki, pojawiło się jeszcze trzech spinningistów i jeden z nich, trafił 50+ cm sandacza. Łowienie skończyłem przed godz. 24. Tym razem bez mętnookiego (co prawda był na kiju, ale się spiął), jednak, dosyć długa seria "bez blanku", wciąż trwa.
Trzeci dzień grudnia. W końcu, po małych
"perypetiach", powrót ze spinningiem nad wodę. Przerwa ta, trwała
równo dwa tygodnie (w międzyczasie, dwa wypady za miętusem). Przed ten okres,
zmieniło się całkiem sporo. Drzewa wyłysiały do reszty, ale bardziej mnie
interesowała temp. wody, która za sprawą niskich temperatur powietrza,
poleciała na "łeb". Kilkanaście dni temu, woda miała jeszcze przeszło
9 st., wczoraj, gdy zawitałem nad wodę, ta wartość była już poniżej 3. Wielka
szkoda, że ten okres przeleciał mi "obok nosa", ale mamy jeszcze
prawie cały grudzień - trzeba próbować.
Nad wodą byłem dosyć późno, bo dopiero o godz. 8 rano. Gdy
jestem już gotowy, wchodzę na wał przeciwpowodziowy i udaję się na wybrany
odcinek Odry. Gdy tak idę, nagle przede mną, pojawia się piękny jeleń z porożem
oraz jego harem, składający się z 6-7 samic. Pierwszy raz w życiu, widzę coś
takiego "na dziko". Widok jest niesamowity. Chwilę
"mierzymy" się wzrokiem i stado ucieka. Mija może kilkanaście sekund
i przede mną staje kolejny jeleń, ze "swoimi" łaniami.
Gdy już schodzę z wału i udaję się w kierunku Odry,
napotykam na śródleśne wyschnięte bajoro, gdzie są ewidentne ślady, tarzania
się dzików, a drzewa dookoła, są "pomalowane" przez te właśnie
zwierzęta.
Dochodzę do wody i zostaję przywitany przez... trzy orły
bieliki! Jeszcze nie zacząłem łowić, a już tyle atrakcji - jest pięknie!
Dziś wziąłem dwa kije - jeden pod sandacza, drugi pod
bolenia. Podejmę pierwszą poważną próbę, złowienia późnojesiennej rapy. Skradam
się do pierwszej ostrogi, kucam przy jej szczycie i wykonuję kilka rzutów
Spiritem, którego prowadzę w pół wody oraz nieco wyżej. Po kilku, może -nastu
rzutach, zmieniam wobka na Fantoma, którym szybko docieram do dna. Teraz
obławiam dolne partie wody. Gdy wykonuję kolejny rzut i przynętę prowadzę nieco
nad dnem, dokładnie pod warkoczem, następuje delikatne przytrzymanie, jakby
zaczepiła się na chwilę jakaś "szmata". Zacinam to - odruchowo, czy
dlatego, że naczytałem się i nasłuchałem, jak biorą o tej porze bolenie? Sam
nie wiem, pewnie z obu powodów, ale nie jest to ważne. Najważniejsze, że po
zacięciu, poczułem na kiju, rybę.
Podkręcam nieco hamulec, gdyż jego "siła" nadawała
się tylko do prowadzenia przynęty i ryba funduje mi serię pięknych szarpnięć,
kleniowo-jaziowym kijkiem. Boleń nie chce się pokazać, ale po kilku niedługich
odjazdach, gdy podciągam go mocniej do siebie, widzę w wodzie pierwszy błysk.
No, duży nie jest, ale będzie fajny średniak. Ryba jest na prawdę silna, to
zupełnie inna bajka, niż majowe "chlapaki", które są świeżo po tarle.
Tutaj jest walka bez przerwy - nie ma opierdzielania się. Gdy widzę, że bolo
słabnie, szukam dogodnego miejsca do podebrania i gdy mam go pod nogami,
okazuje się, że złapanie go za karczycho, to nie taka prosta sprawa. Jakoś się
udało. Piękny, grudniowy bolas, jest mój. Początek genialny, jeśli chodzi o
przygodę z późnojesiennymi rapami - tylko, czy aby ten sukces, nie przyszedł za
łatwo? Przyjmijmy, że to taki prezent od Odry, na zachętę.
Chwilę go podziwiam, widzę, że ma po obu stronach jakieś
czerwone "zadrapania" i wpuszczam go "na smyczy" do wody. W
tym czasie, ustawiam aparat i gdy wszystko jest gotowe, wyjmuję rybę po
kolejnych dwóch odjazdach i pozujemy do serii szybkich zdjęć. Na końcu, mierzę
go (67 cm) i zwracam mu wolność.
No dobra, to teraz czas na sandacza. Biorę drugi kij i
zaczynam skakać po dnie. Niestety, kilka zmian w przynętach, jak i w
prowadzeniu, nie przynoszą efektu.
Idę na drugą ostrogę, jednak na niej nic się nie dzieje. Ani
boleń, ani sandacz. Dopisuje za to, dzikie ptactwo, które przelatuje mi nad
głowami. Bieliki, czaple siwe, czaple białe (coraz częstszy widok), łabędzie
nieme, łabędzie krzykliwe (także, coraz częstszy widok), kormorany, dzięcioły,
nurogęsi, itd.
Obławiam dokładnie jeszcze kilka basenów, ale bez
najmniejszego kontaktu. Zero aktywności, ze strony sandacza.
O godz. 18, kończę łowienie i jadę do domu. Cel wyprawy,
osiągnięty w 50%. Być może na week., mętnookie wykażą się większą aktywnością.
Zgadza się, wędkarstwo, to nie tylko ryby, to także obcowanie z naturą.
Sobota, a więc czas na kolejny wypad na Odrę. Tym razem jedziemy w trójkę. O godz. 7.30, jesteśmy nad wodą - "wyrzucamy" kolegi ojca, który będzie łowił stacjonarnie i jedziemy dalej, na wybrane miejsce, gdzie będziemy próbować złowić sandacza. Pierwszy basen - nic, drugi - nic, trzeci..., piąty - nic. Nie dzieje się zupełnie nic. Sandacz ewidentnie nie żeruje - nie ma mowy, aby go nie było na tym zakręcie, gdyż wyjechało z niego już sporo sztuk. Po obłowieniu jednego zakrętu, jedziemy na drugi, gdzie łowimy do zmroku, lecz tam także, bez kontaktu z rybą. Łowy kończymy po godz. 16 - tym razem, krótki wypad. Niestety, każda passa kiedyś się kończy - "w końcu", po przeszło miesiącu, nadeszło zblankowanie. Dlaczego nic nie złowiliśmy? Może było coś na rzeczy i jak napisałem wyżej, nie żerował, ale kto wie, może "jadł", ale nie potrafiliśmy go złowić... Zostały jeszcze przeszło 3 tygodnie - trzeba powalczyć.
W poniedziałek, nie planowałem żadnych "ryb". Jak co dzień, sprawdzam pogodę i widzę, że ciśnienie idzie mocno w górę, do tego w drugiej części dnia, znikają chmury i pojawia się słońce. Noc gwieździsta, z księżycem niemal w pełni. Myślami, jestem w drugiej części tygodnia, jednak... aaa, pojadę dzisiaj (poniedziałek), przekonać się, że faktycznie nie biorą. Aby przekonanie się było "prawdziwe", postanawiam podejść do sprawy bardzo poważnie. Robię więc wałówę i tuż po godz. 14, jestem nad wodą. Idę w górę rzeki, aby schodzić w stronę samochodu. Każdy basen, staram się obłowić dokładnie. Zaczynam od najgłębszych dołów. Im bliżej auta, tym płycej, aczkolwiek wystarczająco głęboko, aby były tam sandacze. Na dwóch pierwszych główkach, spędzam około trzech godzin i gdy schodzę z drugiej, jest już ciemno. Gdy tylko zapadł zmrok, temp., powietrza, spadła poniżej zera, co było widać na przelotkach i plecionce. Niedługo po tym, gdy się ściemniło, wyszedł "łysy", który tak mocno oświetlał noc, że idąc lasem, nie musiałem korzystać z latarki czołowej. Niestety, jak się spodziewałem, nie działo się zupełnie nic. Mimo wielu kombinacji, nie doczekałem się ani jednego brania. Im godzina była późniejsza, tym częściej musiałem oczyszczać przelotki z lodu. Gdy obłowiłem zaplanowany odcinek rzeki, była godz. 22. Udałem się więc w stronę auta i... trzeba skrobać szyby. Gdy wykonałem tę czynność, udałem się na jeszcze jeden odcinek Odry, jednak tam także nic nie złowiłem. Mróz, mimo iż nieduży, przybierał na sile, gdyż plecionka stawała się coraz sztywniejsza, przez co rzuty były krótkie. Ba, przelotki zbierały tyle lodu, że niemal w każdym rzucie, następowała "blokada" i konieczne było ponowne ich czyszczenie. Gdy wybiła północ, wykonałem ostatni rzut... no, -dziesiąt ostatnich rzutów i po kolejnym skrobaniu szyb, udałem się w drogę powrotną. Sandacz zachował się książkowo i nie brał. Dziś, w rozmowie telefonicznej, dostałem informacje, że w niedzielę, zanim ciśnienie zaczęło rosnąć... sandacz żerował bardzo dobrze. Co prawda, nie były to jakieś okazy, ale działo się...
Jedynie ta największa, była w stanie się "bronić".
Środa. Ciśnienie traci dosyć szybko swoją wartość po wtorkowym wyżu. Czy jest sens jechać na sandacza? Teoretycznie nie, ale ryby nie czytają książek. Jak zostanę w domu, to na pewno go nie złowię. Nad wodą jestem o godz. 15. "Widnego" zostało już niewiele ponad godzinę - skupiam się więc na boleniu. Co prawda, mam przy sobie jeden kijek, z plecionką na młynku, ale boleniowe przynęty są - więc odpowiednio ustawiam hamulec i jazda. Na drugiej główce, w pierwszym rzucie, notuję piękny strzał, co widzę także na plecionce. Natychmiastowe zacięcie, ale niestety pusto. Branie, czy najechałem na rybę? Gdy robi się ciemno, zakładam gumę i zaczyna się "polowanie" na nocnego sandacza. X rzutów i w jednym z nich czuję, że "przypałętał" się jakiś śmieć, może gałąź, bądź coś podobnego. Owa "zawada" nie jest mała, więc, aby nie przeciążać kołowrotka, pompuję ją. Owe "coś", zaczepiło się na maksymalnym wyrzucie i gdy mam to kilka metrów od siebie, następuje coś, czego się w ogóle nie spodziewałem. To "coś" nagle ożywa, a z kołowrotka, mimo mocno dokręconego hamulca, plecionka 0,16 mm, ucieka w zastraszającym tempie. Szybko "przytomnieje", zapalam latarkę i spoglądam na szpulę. Na szczęście, sum się zatrzymał, zanim zaczęły się prześwity. Co go podciągam trochę, to znowu następuje odjazd z prędkością, jakby to była niemiecka autostrada, bez ograniczeń. Na pewno jest duży, tylko jak bardzo? Jak do tej pory, największy sum, jakiego udało mi się złowić, miał jakieś 130 cm, więc tak na prawdę, miałem pierwszy raz do czynienia z tak dużą rybą i z dokładniejszą oceną wielkości, musiałem poczekać, aż go zobaczę. Walka toczy się "normalnie", więc na pewno jest zapięty za pysk. Po około 20 minutach, mam go "pod nogami" i mogę go zobaczyć w świetne latarki. Jest piękny, chyba będzie większy ode mnie - myślę sobie. Zanim jednak dał się podciągnąć do samego brzegu, abym mógł go dotknąć, minęło kolejnych, przynajmniej kilkanaście minut - krótkie odjazdy, puszczanie bąbli, itp. Gdy toczy się końcowy fragment holu, robię zdjęcie i schodzę w głąb klatki, aby nie miał styczności z kamieniami. Kucam przy miękkim brzegu (trawa), otwieram kabłąk, odkładam kij i "dokańczam dzieła" ręcznie. Przydałoby się go od razu odpiąć, ale ulegam pokusie i decyduję się na "trening" podebrania suma gołymi palcami "za tarkę". Na pewno jest bardzo ciężki (mocno nabity), więc nawet nie próbuję go podnieść. Łapię go "za tarkę" i delikatnie "wyślizguję" na trawę, zostawiając w wodzie ogon. Podziwiam go chwilę, ryba ma około 170 cm, a więc jest "wyższy" ode mnie. Wypinam go i zwracam wolność. Wszystko ładnie i pięknie, tylko szkoda, że wziął (a może go tak najechałem?) późną jesienią, kiedy jest okres ochronny. Zatem ryba się nie liczy, ale co pochodził na kiju, to moje. No dobra, trzeba poszukać sandaczy. Obławiam kolejne miejscówki, ale nic się nie dzieje. W jednym z basenów, mam podobną sytuację, co z sumem. Zwijam z maksymalnej odległości jakieś "śmieci", które w pewnym momencie ożywają i po kilku szarpnięciach, następuje wypinka. Może szczupak, który "szedł" z otwartym pyskiem i w pewnym momencie, przypomniał sobie, że jednak trzeba powalczyć o życie? Ryba, w każdym bądź razie, duża nie była. Próbuję złowić sandacza do godz. 1 w nocy, ale bezskutecznie. Jedno branie, którego nawet nie czułem - pozostał jedynie ślad na świeżej gumie. A więc, teoria się sprawdziła...
No, jakby to nie był okres ochronny, to na pewno by tak było - niestety mamy grudzień, więc to było hol bez emocji.
W końcu, po tygodniowej stagnacji, powrót nad Odrę. Nad wodą jestem tuż po godz. 8 rano. Tym razem, jestem z kolegą. On gania dziś za sandaczem, ja za boleniem. Jesteśmy na głębokim zakręcie, zostawiam znajomemu te najgłębsze baseny, a sam idę w dół rzeki, gdzie miejscówki się wypłycają - może będzie tam jeszcze jakiś bolo. Słońce świeci, na niebie nie ma chmur. Niestety, ciężko mi podejść do miejscówki, bez rzucania własnego cienia, który, z powodu małej wysokości słońca, wychodzi na wodę bardzo daleko. Jak się okazuje, główki są bardzo płytkie i szczerze, jakoś średnio wierzę, aby tutaj cokolwiek teraz pływało. Schodzę więc w dół rzeki, z nadzieją, że tam będzie lepiej - oczywiście, wykonując po kilka kontrolnych rzutów. Niestety, gdy wychodzę "zza winkla", widzę przynajmniej pięciu wędkarzy. A niech to, środa, a taki ruch na wodzie. No trudno, wracam się więc i idę na główki, pow. zakrętu, który obławia kolega. Tam miejsca są trochę lepsze, jednak rosnąca woda, wpychająca syf w baseny, utrudniała rzucanie za boleniem. Gdy doszedłem do kolegi (jeden kontakt z rybą), zmieniamy odcinek rzeki i robimy tak samo, jak z rana. On idzie na te najgłębsze baseny, ja "zajmuję" te ościenne. Zmienia się nieco pogoda - nadciągają delikatne chmury i słońce jest "za mgłą". Pierwsze 3-4 są czyste i mogę spokojnie je obłowić. Jednak, bez skutku. Nie udaje mi się skusić żadnego bolenia. Michał znajduje się kilka ostróg powyżej i widzę w pewnym momencie, że wyjmuje rybę. Widzę także, że się cieszy, a więc na pewno poprawił swoją życiówkę w sandaczu - jak się później okazało, miał 58 cm. Gdy wchodzę na następną główkę, syfu na "boleniowe łowienie" jest zbyt dużo - nie mam czystego przeciągnięcia. I tak zaraz będzie ciemno, więc zmieniam (zgodnie z planem na ten wypad) wobler na gumę i postanawiam połowić metodą opadową. Wchodzę już na główki, obłowione przez "ziomka", jednak po kilku rzutach, przy wyjmowaniu przynęty, notuję pod nogami zawirowanie. Szczupak? Podrzucam rybie przynętę i następuje natychmiastowy atak. Pistolet ma 50+ cm. Idę na następną główkę, czy łowię dalej na tej samej? Nie pamiętam, ale w każdym bądź razie, wykonuję ostatnie rzuty i nagle, przy próbie podbicia przynęty z dna, kij mocno się wygina i czuję na końcu zestawu kabana, który rusza w lewo... i po kilku sekundach następuje wypinka. Guma zdjęta z "talerzy", hak wygięty. Ajć, to najprawdopodobniej był bardzo duży sandacz. Jeszcze chwilę łowię i idę na umówioną godzinę do auta. Jedziemy na trzeci, ostatni dziś odcinek rzeki. Przez dłuższy czas nic się nie dzieje, aż nagle kolega zacina rybę. Niestety, jak się okazuje, jest to około 40 cm płoć, która była agresywna w płetwie ogonowej. W pewnym momencie, gdy mam przynętę już pod nogami, chcę wyjąć ją z wody. Jednak, przy tej próbie, wygina się kij, unoszę to coś, co jest na końcu zestawu kilka centymetrów i ryba rusza pewnie w prawą stronę. Notuję dwa, typowe dla sandacza szarpnięcia i następuje wypinka. Duży nie był, po ciężarze oceniam go na gorąco na około 2 kg - taka, powiedzmy "sześćdziesiątka parątka". Skubańce, biorą dziś tak delikatnie. To już drugi, najprawdopodobniej sandacz, którego brania nie czułem. Przed godz. 20, zgodnie z prognozą, zaczyna kropić pierwszy przelotny deszcz. Gdy tak wykonujemy kolejne rzuty, nagle, przy kolejnej próbie podbicia przynęty, czuję opór i okazuje się, że mam na końcu zestawu rybę. Jest to 57 cm "jazgarz". I znowu nie czułem brania. Skubańce biorą dziś bardzo delikatnie. Dosłownie po kilku rzutach, sytuacja się powtarza, jednak tym razem, ryba schodzi. Jeszcze do godz. 23, próbuję skusić sandacza, ale bezskutecznie. Przed 24, ruszamy w drogę powrotną.
Znowu tydzień przerwy od ryb... Po części spowodowany sprawami osobistymi, ale przyznaję, że w poniedziałek "spasowałem" z powodu pogody. Co prawda, wiatr wciąż jest silny (w porywach, przekraczający 70 km/h), ale już wyraźnie lżejszy od tego, jaki był w ostatnich dniach. Skusiłem się więc na krótki wypad - cel, to porządne obłowienie, jednej miejscówki. Nad wodą byłem o godz. 14. Szybkie przezbrojenie zestawu końcowego i zaczynam łowić. Pierwsze, na co zwróciłem uwagę, to... niezliczona ilość drobnego białorybu, który co chwilę, był atakowany przez... drobne drapieżniki. Znalazłem "ścianę", gdzie kończyła się "zupa rybna", więc próbowałem swoich sił zarówno w niej, jak i na "czystym polu", a także na skraju owego stada. Drobnicy było tak dużo, że była dosłownie wszędzie - przy dnie, w toni, przy powierzchni ( bardzo dużo "oczek" ), pod nogami, itd. Każdy obrót korbką kołowrotka, to było kilka "strzałów". I jak tu skusić cokolwiek do brania, jak dookoła jest tyle jedzenia... Gdy obławianie przynętą, która wyraźnie różniła się od reszty "mięsa", nie przyniosło efektu, założyłem gumę, która miała za zadanie, być jedną z tysięcy "sieczek". No i się udało - w którymś tam rzucie, następuje branie. Ryba jest mała, więc szybko znajduje się na brzegu. Jest to boleń (poniżej 50 cm), który wyglądem bardziej przypomina wyrośniętą ukleję. Podejrzewam, że gdyby przyszedł tutaj z trokiem, to mógłby tej sieczki "natrzepać", ale przecież nie o to chodzi... Łowię do godz. 18, ale w tej "zupie", nie udało mi się już skusić kolejnej ryby. Co prawda, tylko 4 godziny i w niezbyt przyjemnych warunkach, ale warto było pojechać i po tygodniowej przerwie, pomachać chociaż chwilę. 24.12., to dzień, w którym miałem szansę, być nad wodą sam - tak też było, wszystkich "wymiotło" do świętowania. W zasięgu wzroku, nie było żadnego wędkarza - coś pięknego.
Znowu tydzień przerwy od ryb... Po części spowodowany sprawami osobistymi, ale przyznaję, że w poniedziałek "spasowałem" z powodu pogody. Co prawda, wiatr wciąż jest silny (w porywach, przekraczający 70 km/h), ale już wyraźnie lżejszy od tego, jaki był w ostatnich dniach. Skusiłem się więc na krótki wypad - cel, to porządne obłowienie, jednej miejscówki. Nad wodą byłem o godz. 14. Szybkie przezbrojenie zestawu końcowego i zaczynam łowić. Pierwsze, na co zwróciłem uwagę, to... niezliczona ilość drobnego białorybu, który co chwilę, był atakowany przez... drobne drapieżniki. Znalazłem "ścianę", gdzie kończyła się "zupa rybna", więc próbowałem swoich sił zarówno w niej, jak i na "czystym polu", a także na skraju owego stada. Drobnicy było tak dużo, że była dosłownie wszędzie - przy dnie, w toni, przy powierzchni ( bardzo dużo "oczek" ), pod nogami, itd. Każdy obrót korbką kołowrotka, to było kilka "strzałów". I jak tu skusić cokolwiek do brania, jak dookoła jest tyle jedzenia... Gdy obławianie przynętą, która wyraźnie różniła się od reszty "mięsa", nie przyniosło efektu, założyłem gumę, która miała za zadanie, być jedną z tysięcy "sieczek". No i się udało - w którymś tam rzucie, następuje branie. Ryba jest mała, więc szybko znajduje się na brzegu. Jest to boleń (poniżej 50 cm), który wyglądem bardziej przypomina wyrośniętą ukleję. Podejrzewam, że gdyby przyszedł tutaj z trokiem, to mógłby tej sieczki "natrzepać", ale przecież nie o to chodzi... Łowię do godz. 18, ale w tej "zupie", nie udało mi się już skusić kolejnej ryby. Co prawda, tylko 4 godziny i w niezbyt przyjemnych warunkach, ale warto było pojechać i po tygodniowej przerwie, pomachać chociaż chwilę. 24.12., to dzień, w którym miałem szansę, być nad wodą sam - tak też było, wszystkich "wymiotło" do świętowania. W zasięgu wzroku, nie było żadnego wędkarza - coś pięknego.
Sobota - a więc kolejny wypad na ryby, z kolegą. Nad wodą jesteśmy o godz. 8 rano. Cały dzień na minusie, więc "przypinam" młynek do innego kijka, który ma większe przelotki i zaczynamy obławiać wybrany zakręt rzeki. Pierwsza ostroga, druga, trzecia... nic. Schodząc z trzeciej, postanawiam wykonać kilka rzutów, u samej podstawy klatki. W kilku rzutach, notuję dwukrotne wyjście około półmetrowego pistoleta. Co ciekawe, były to jedynie "niemrawe" wyjścia, z zamkniętym pyskiem. Pogoda zaczęła "świrować", to nawet szczupak nie bardzo ma ochotę na jedzenie. Gdy obławiamy wybrany odcinek Odry, jedziemy na drugi fragment rzeki. Tam, także nie notujemy żadnego brania. Kończymy o godz. 16 i wracamy do domu. Było to pierwsze łowienie w na tyle "dużym" mrozie, że na prawdę przeszkadzał w łowieniu. "Korale" na plecionce, marznące całkowicie przelotki, uniemożliwiające co jakiś czas, na ruch korbką kołowrotka. Tak było w pierwszych godzinach porannych i pod wieczór. Za dnia, gdy świeciło słońce, łowiło się "wygodniej". No cóż, sandacz na okolicznej Odrze, pozamykał kilka dni temu, swoje pyszczydła. Z kim bym nie rozmawiał, to jest klapa. Wyjeżdżając rano, według teorii, był to wypad po "blank". Tak też było. Dziś niby nie powinno być lepiej, ale... kto wie, może wyjedzie jakiś śnieżny sandacz.
Poniedziałek - drugie podejście z serii "zakończenie roku 2014". Tym razem jadę z kolegą, który ma dojechać do mnie komunikacją międzymiastową. Pierwszego busa ma po godz. 7 i w Lubinie jest przed godz. 8. Jak się okazało, kierowca źle go zrozumiał i wysadził zupełnie gdzie indziej. Jadę więc po niego i gdy go znajduję, jedziemy nad Odrę. Wybraliśmy zakręt rzeki, gdzie jest całkiem sporo basenów, z ciekawą głębokością. Na pierwszej ostrodze, poza stratą trzech gum, nie dzieje się nic. Druga, trzecia - nic. Na którejś z kolei, gdy kolega wykonuje przed siebie rzut, "podrzucam" go i przynęty "idą" bardzo blisko siebie. Mówię do kolegi: ciekawe, którą przynętę wybierze ryba. Drugie, może trzecie podbicie i... notuję delikatny pstryk. Zacięcie i czuję kilka delikatnych szarpnięć, następnie "tępawy" opór i znowu nieznaczne "targnięcia". Ryba zachowuje się bardziej sandaczowo, ale gdy ją "dokręcam" do powierzchni, okazuje się, że jest to mały szczupak. Taki, niespełna 60 cm "glut", który pożarł całą gumę. Gdy kończymy obławiać wybrany fragment rzeki, udajemy się na drugi, zaplanowany na ten dzień, odcinek Odry. Tam niestety nie notujemy żadnego kontaktu z rybą. Patrząc na tę "mizerotę", która jest w ostatnim czasie, to i tak "sukces", że coś się wydarzyło. Dziś kończymy szybko, bo przed godz. 16 - trzeba było opłacić kartę, aby legalnie ganiać za czwartkowymi pstrągami.
Ostatni dzień roku - Sylwester - to dobra okazja, aby... wybrać się po raz ostatni w sezonie 2014. Tak też było w dniu wczorajszym. Nad wodą byłem o godz. 8 rano. Pojechałem na ciekawy, aczkolwiek mocno oblegany odcinek Odry. Miałem jednak nadzieję, że nikogo nie będzie. Niestety, tak samo, jak rok wcześniej, tak i teraz, nie było mi dane łowić samemu. Zajeżdżając na miejsce, widzę jedno auto i spinningistę. Noc cóż, mam nadzieję, że niedawno przyjechał i nie obłowił jeszcze całego zakrętu. Zaczynam od jednej z ostróg i na dzień dobry, kiedy próbuję na początku złowić bolenia, daleko, na samym napływie następnej główki, zacinam jakąś rybę. Niestety, już po kilku sekundach wiem, co jest grane. To najechana sztuka. Po jakimś czasie, następuje wypinka i wyjmuję dwie łuski. Po dokładnym obłowieniu basenu, pod kątem zarówno bolka, jak i sandała, udaję się na drugą główkę, ale tam także nic się nie dzieje. Po obłowieniu 3-4 miejscówek, stwierdzam, że nie będę obławiał zakrętu wraz z gościem, który przyjechał aż z wielkopolski - niech ma cały zakręt dla siebie, jadę gdzie indziej. Gdy dojeżdżam na wybrany odcinek rzeki i wykonuję kilka rzutów, dojeżdża znajomy (kowalek87) i wspólnie, rozmawiając, próbujemy przy okazji, złowić jakiegoś sandacza/szczupaka. Później, dołączył jeszcze jeden znajomy. Niestety, żadna ryba, nie chciała naszych wabików. Łowienie skończyłem o godz. 15 - chętnie bym został dłużej, ale trzeba było uciekać do domu, aby skończyć przygotowania do dzisiejszego otwarcia sezonu 2015 i w miarę się wyspać, aby ganiać cały dzień za pstrągami.
Majówka i po majówce. Standardowo: Odra i jej "chlapiący" mieszkańcy, tj. bolenie. 1go, łowienie dopiero od godz. 16. Jednak jednego malca ("55") i średniaka (65 cm), udało się przechytrzyć. 2go, łowienie cały dzień i... na kiju był życiowy dzień, pod względem bolenia. Mimo ciszy, udało mi się skusić do brania 8 "rapiszonów", jednak były to tak delikatne brania i ryby siadały tak niepewnie, że... wszystko spadało. W tym, przynajmniej dwie bardzo ładne sztuki. Nie spadł dopiero ostatni tego dnia. I był chyba najmniejszy ze wszystkich (50+). Tego dnia (2go), spadło mi więcej boleni, niż... przez całe życie, dotychczas. Do wczoraj, miały miano ryb "niespadających" z kija. Wiadomo, niedosyt pozostaje, zwłaszcza po dwóch większych rapach, ale jestem bardzo zawodolony z tego wypadu. Od jutra ludzie wrócą do pracy, zrobi się luźniej i będzie można w tygodniu ganiać po pustej Odrze.
Ostateczny wynik majówki, to... 7:3 dla boleni. Te, co wyjechały na brzeg, były pozapinane "za skórkę" i tak się wbiła kotwica, po... jednym z najmocniejszych brań, które i tak było "ciotowate".
Cisza, na wodzie wciąż cisza. Ukleje zbierają z powierzchni muszki (nawet wyskakują do nich, gdy są w locie), a bolenie jak się nie pokazywały, tak się nie pokazują. Pojedyncze ataki, można policzyć na palcach jednej ręki (przez cały dzień) i to wszystkich się nie wykorzysta... Pierwszy boleń, to locha na rekord życiowy, jednak po kilku pięknych wirach na powierzchni, spadł. Zmieniłem więc szybko tylną kotwiczkę na bezzadziorowego Ownera i następny bolo (sześćdziesiątka), który się kilka rzutów wcześniej pokazał, już nie spadł. Ale co to za pocieszenie, takie maluchy, to mogą nie brać wcale... Zapięty był, rzecz jasna, "za skórkę". Później dołowiłem jeszcze przeszło 50 cm "gluta". Woda jest bardzo niska, bolenie nie chlapią i biorą bardzo delikatnie. Jest ciężko, ale przy im trudniejszych warunkach wyjedzie życiówka, tym większa będzie z niej frajda.
Co zmieniło się od ostatniej wizyty nad wodą? Na powierzchni zupełnie nic. Nadal błoga cisza, żadnego ataku - no, nie dosłownie, gdyż tuż przed deszczem w środku dnia, pokazało się kilka sztuk na przestrzeni kilku minut i to wszystko. Natomiast pod wodą się trochę zmieniło. Wszystkie 4 bolenie, jakie miałem na kiju, brały mocno i nie spinały się. Co nie znaczy, że wszystkie wyjąłem, gdyż największy (pod 70 cm) uciekł z woblerem - uszkodzona żyłka. Wyjęte "trio", to "ukleje" poniżej 60 cm. Aaa, wszystkie ryby wyjechały przed deszczem. Po deszczu, bez kontaktu. Dodatkowo, łowienie utrudniały pojedyncze trawy i różne pyłki/kwiaty, które czepiały się tak często, że ciężko było o czysty rzut - były wszędzie.
Po "łykendzie" bez łowienia, nadszedł poniedziałek, a wraz z nim, kolejna próba, złowienia bolenia "70+". Niestety, i tym razem się nie udało. Od rana cisza na wodzie. W okolicach południa, zaczęły się pokazywać "chlapaki", ale trwało to z godzinę, może trochę dłużej. Następnie, do samego ciemka, cisza totalna. Ryby? Jak na razie najmniej owocny wypad w tym roku, za boleniem. Tylko jeden kontakt. Branie było chyba najdelikatniejsze, jakie zanotowałem przy tym gatunku w całym życiu. Bolo miał 65 cm. Wziął w czasie chwilowej aktywności rap "na powierzchni".
3 godziny i 3 bolenie na kiju, to fajny wynik - gratuluję.
No to zaskoczyły bolenie. Duże co prawda nie były (od 60 do 63 cm), ale jak na swoje rozmiary, były bardzo silne - przy jednym (62 cm), myślałem (zanim go zobaczyłem), że będzie to przeszło 70 cm rapa.
3 godziny i 3 bolenie na kiju, to fajny wynik - gratuluję.
No to zaskoczyły bolenie. Duże co prawda nie były (od 60 do 63 cm), ale jak na swoje rozmiary, były bardzo silne - przy jednym (62 cm), myślałem (zanim go zobaczyłem), że będzie to przeszło 70 cm rapa.
Witam mam pytanie gdzie można iść w dzisiejszy dzień na ryby w taką pogode. Jak myslicie odra na niskich łakach bedzie dobra dajcie szybko jakaś odpowiedz
No niestety. Ostatni wypad w tym miesiącu za boleniem (i w ogóle na ryby), w dużym niedosycie. Awaria sprzętu (kołowrotka) spowodowała, iż przez pierwsze godziny nie robiłem nic, poza płoszeniem ryb. Oj ciężko było utrzymać nerwy na wodzy - mocna lekcja pod tym względem. Z czasem, doszedłem, jak i jaką przynętą jestem w stanie jako tako rzucać, paląc tylko co którąś miejscówkę. Więc zaczęło się improwizowanie (bo do łowienia, to dużo brakowało). Efekt był taki, że przez cały dzień, zrobiłem zaledwie jeden kilometr rzeki. A bolenie? Dwa odprowadzenia pod same nogi (jeden wszedł za wobkiem aż na sam przelew, gdzie było tyle wody, że widziałem jego górną część ciała ponad powierzchnią wody, włącznie z pyskiem i oczami - kapitalny widok). Do tego dwa wyjęte, ale wielkość od kilku wypadów ta sama, tj. między 60, a 65 cm. Tym razem, było to 62 i 64 cm. Oba skusiły się na "Kowal"a".
czwartkowy wypad boluś 52 j szczupaczek 50cm
czwartkowy wypad boluś 52 j szczupaczek 50cm
czwartkowy wypad boluś 52 j szczupaczek 50cm
czwartkowy wypad boluś 52 j szczupaczek 50cm
urlopowy wypad nad Odrę się opłacił - 95 cm!
No to dowaliłeś kapitalną ikrzycę! Mega sandał, gratuluję!
Dzięki! Z ikry będzie pożytek bo odpłynęła w dobrej kondycji. Dzisiaj 2 bolki 67 cm i 56 cm. Wrzucam grubszego ;-)
Bolo też pięknie odpasiony - gratulacje!
Jeśli dobrze widzę, to obie ryby wyjechały z tej samej mety - trzymaj ją w tajemnicy, bo może się to źle skończyć dla ryb.
urlopowy wypad nad Odrę się opłacił - 95 cm!
Ten sandacz to jakiś zmutowany , czym Wy je tam na tej Odrze karmicie ? Odpadami radioaktywnymi ? Bolek też taki przerośnięty ! Gratulację , piękne rybska :)
Dzięki! Meta jest strzeżona przez miejscowego Pasjonatę;-) Dostałem kredyt zaufania i przypalanie nie pomoże ;-) A czym je tam karmią nie wiem? Rano Odra pożegnała mnie jednym szczeniakiem i niestety musiałem wracać ...
Pozazdrościć takiej mety!
Poniedziałek, zaczął się od... zaspania (znowu "zawiódł" budzik). Na szczęście przebudziłem się tuż po godz. 6 rano, szybka "dawka" obowiązków i po godz. 9, jestem nad wodą.
Pogoda nie jest zbyt fajna, gdyż świeci słońce (od czasu do czasu, przysłaniane przez chmury), jednak już w pierwszym rzucie, na maksymalnym dystansie, zacinam krótkiego szczupaka.
Na szczęście nie ma nikogo, jestem sam. Jednak, ryb jakby też nie było. Obławiam X basenów, jednak bez najmniejszego kontaktu z sandaczem.
Tak minął mi praktycznie cały dzień i gdy robiło się powoli ciemno, udałem się na jeszcze jeden odcinek Odry. Jednak i tutaj nic się nie dzieje.
Gdy robię kolejną zmianę przynęty, zauważam jedną z większych, na którą ostatnio skusił się pięćdziesiątak. Aaa, spróbuję znowu. Kilka rzutów i... jest pstryk. Zacięcie i wyciągam małego (pod 50 cm) sandacza. Skubaniec rozdziawił pyszczydło i w czasie holu, nie drgnął ani razu - przy szczupakach miałem takie sytuacje, ale przy sandaczu, po raz pierwszy.
Ciekawostka, ten też nie chciał małej przynęty. Zaatakował zdecydowanie większy kąsek i znowu prawie cała guma, tkwiła w tym małym "gębolcu". Skubaniec tak przyatakował, że aż otworzył i wygiął agrafkę. Dodatkowo, nabił ogon na hak, w "kogutowym" stylu.
Gdy go złowiłem, dochodziła godz. 19. Wschodni wiatr, mimo małej siły, był bardzo zimny. Próbowałem skusić jeszcze jakiegoś sandacza, jednak nie zanotowałem już kontaktu z rybą. Po godz. 23 skończyłem łowienie, spakowałem się i pojechałem do domu.
Niestety, temp. wody, utrzymuje się cały czas na poziomie 10 st. i od dłuższego czasu, nie chce nic stracić na tej wartości. Jednak, idzie fajne ochłodzenie i temp. wody, na pewno opadnie - mam nadzieję, że to ruszy te większe osobniki, bo jak na razie, same gluty do 60 cm. Przynajmniej, w moim przypadku.
Ten glut (niespełna 50 cm), też wolał dużą gumę.
No i nadszedł "gościu", który dawno u nas nie gościł. Mowa oczywiście o wyżu. Jednak jest on bardzo nietypowy - niby ciśnienie wysokie, a pochmurno i mglisto, niemal żadnej różnicy w temp., między dniem, a nocą. Nie za częsta sytuacja.
Ciśnienie to, przez całą środę szło bardzo mocno w górę. Postanowiłem więc sprawdzić, co na to ryby, czy aby na pewno nie będą współpracować.
Nad wodą jestem przed godz. 14., spotykam znajomego spinningistę i dowiaduję się, że rano jakiś młody wędkarz, złowił i zabił szczupaka 78 cm. Ta wiadomość trochę odebrała mi humoru, ale szybko skupiłem się na swoim łowieniu i po kilku zmianach miejscówek, notuję pierwszy pstryk. Zacięcie i siedzi sandacz, który po kilku sekundach się wypina - niestety, super passa na tegorocznym jesiennym opadzie, bez spiętej ryby, przerwana.
Gdy zaczyna się powoli ściemniać, zakładam większą gumę, aby wykonać kilka rzutów za szczupakiem, gdyż jestem akurat w miejscu, gdzie zębaty lubi uderzyć. W którymś rzucie, przy próbie poderwania przynęty, mam przytrzymanie i następuje mocne wygięcie kija, a następnie piękny wir na powierzchni wody - niczego sobie szczupak. Luzuję nieco hamulec i ryba robi dwa piękne odjazdy. Sprzęt pozwala mi na pewny hol, jednak gdy zębaty chce uciekać, nie zabraniam mu tego - wolę uniknąć wypinki.
Przy bodaj czwartej próbie, udaje się podebrać zdobycz. Szybka miarka - równo 80 cm, kilka fotek i do wody.
Kolejne godziny, mijały na szukaniu sandaczy, jednak bezskutecznie. Na tym samym odcinku rzeki, pojawiło się jeszcze trzech spinningistów i jeden z nich, trafił 50+ cm sandacza.
Łowienie skończyłem przed godz. 24. Tym razem bez mętnookiego (co prawda był na kiju, ale się spiął), jednak, dosyć długa seria "bez blanku", wciąż trwa.
Kolejny, w tym roku, osiemdziesiątak.
Kaczy niczego sobie... Idą przymrozki, szykuj się na grubego smoka ;-) pozdr.
Trzeci dzień grudnia. W końcu, po małych "perypetiach", powrót ze spinningiem nad wodę. Przerwa ta, trwała równo dwa tygodnie (w międzyczasie, dwa wypady za miętusem). Przed ten okres, zmieniło się całkiem sporo. Drzewa wyłysiały do reszty, ale bardziej mnie interesowała temp. wody, która za sprawą niskich temperatur powietrza, poleciała na "łeb". Kilkanaście dni temu, woda miała jeszcze przeszło 9 st., wczoraj, gdy zawitałem nad wodę, ta wartość była już poniżej 3. Wielka szkoda, że ten okres przeleciał mi "obok nosa", ale mamy jeszcze prawie cały grudzień - trzeba próbować.
Nad wodą byłem dosyć późno, bo dopiero o godz. 8 rano. Gdy jestem już gotowy, wchodzę na wał przeciwpowodziowy i udaję się na wybrany odcinek Odry. Gdy tak idę, nagle przede mną, pojawia się piękny jeleń z porożem oraz jego harem, składający się z 6-7 samic. Pierwszy raz w życiu, widzę coś takiego "na dziko". Widok jest niesamowity. Chwilę "mierzymy" się wzrokiem i stado ucieka. Mija może kilkanaście sekund i przede mną staje kolejny jeleń, ze "swoimi" łaniami.
Gdy już schodzę z wału i udaję się w kierunku Odry, napotykam na śródleśne wyschnięte bajoro, gdzie są ewidentne ślady, tarzania się dzików, a drzewa dookoła, są "pomalowane" przez te właśnie zwierzęta.
Dochodzę do wody i zostaję przywitany przez... trzy orły bieliki! Jeszcze nie zacząłem łowić, a już tyle atrakcji - jest pięknie!
Dziś wziąłem dwa kije - jeden pod sandacza, drugi pod bolenia. Podejmę pierwszą poważną próbę, złowienia późnojesiennej rapy. Skradam się do pierwszej ostrogi, kucam przy jej szczycie i wykonuję kilka rzutów Spiritem, którego prowadzę w pół wody oraz nieco wyżej. Po kilku, może -nastu rzutach, zmieniam wobka na Fantoma, którym szybko docieram do dna. Teraz obławiam dolne partie wody. Gdy wykonuję kolejny rzut i przynętę prowadzę nieco nad dnem, dokładnie pod warkoczem, następuje delikatne przytrzymanie, jakby zaczepiła się na chwilę jakaś "szmata". Zacinam to - odruchowo, czy dlatego, że naczytałem się i nasłuchałem, jak biorą o tej porze bolenie? Sam nie wiem, pewnie z obu powodów, ale nie jest to ważne. Najważniejsze, że po zacięciu, poczułem na kiju, rybę.
Podkręcam nieco hamulec, gdyż jego "siła" nadawała się tylko do prowadzenia przynęty i ryba funduje mi serię pięknych szarpnięć, kleniowo-jaziowym kijkiem. Boleń nie chce się pokazać, ale po kilku niedługich odjazdach, gdy podciągam go mocniej do siebie, widzę w wodzie pierwszy błysk. No, duży nie jest, ale będzie fajny średniak. Ryba jest na prawdę silna, to zupełnie inna bajka, niż majowe "chlapaki", które są świeżo po tarle. Tutaj jest walka bez przerwy - nie ma opierdzielania się. Gdy widzę, że bolo słabnie, szukam dogodnego miejsca do podebrania i gdy mam go pod nogami, okazuje się, że złapanie go za karczycho, to nie taka prosta sprawa. Jakoś się udało. Piękny, grudniowy bolas, jest mój. Początek genialny, jeśli chodzi o przygodę z późnojesiennymi rapami - tylko, czy aby ten sukces, nie przyszedł za łatwo? Przyjmijmy, że to taki prezent od Odry, na zachętę.
Chwilę go podziwiam, widzę, że ma po obu stronach jakieś czerwone "zadrapania" i wpuszczam go "na smyczy" do wody. W tym czasie, ustawiam aparat i gdy wszystko jest gotowe, wyjmuję rybę po kolejnych dwóch odjazdach i pozujemy do serii szybkich zdjęć. Na końcu, mierzę go (67 cm) i zwracam mu wolność.
No dobra, to teraz czas na sandacza. Biorę drugi kij i zaczynam skakać po dnie. Niestety, kilka zmian w przynętach, jak i w prowadzeniu, nie przynoszą efektu.
Idę na drugą ostrogę, jednak na niej nic się nie dzieje. Ani boleń, ani sandacz. Dopisuje za to, dzikie ptactwo, które przelatuje mi nad głowami. Bieliki, czaple siwe, czaple białe (coraz częstszy widok), łabędzie nieme, łabędzie krzykliwe (także, coraz częstszy widok), kormorany, dzięcioły, nurogęsi, itd.
Obławiam dokładnie jeszcze kilka basenów, ale bez najmniejszego kontaktu. Zero aktywności, ze strony sandacza.
O godz. 18, kończę łowienie i jadę do domu. Cel wyprawy, osiągnięty w 50%. Być może na week., mętnookie wykażą się większą aktywnością.
Grudniowy bolo.
niezły wypad :)Ładny Bolo plus dzikie zwierzeee :)
Pozdrawiam
Faktycznie bolo jest ok ,ale te dzikie zwierzaki,które się spotyka na rybach podczas wypraw wędkarskich to po prostu bezcenne. Również pozdrawiam :)
Zgadza się, wędkarstwo, to nie tylko ryby, to także obcowanie z naturą.
Sobota, a więc czas na kolejny wypad na Odrę. Tym razem jedziemy w trójkę. O godz. 7.30, jesteśmy nad wodą - "wyrzucamy" kolegi ojca, który będzie łowił stacjonarnie i jedziemy dalej, na wybrane miejsce, gdzie będziemy próbować złowić sandacza.
Pierwszy basen - nic, drugi - nic, trzeci..., piąty - nic. Nie dzieje się zupełnie nic. Sandacz ewidentnie nie żeruje - nie ma mowy, aby go nie było na tym zakręcie, gdyż wyjechało z niego już sporo sztuk. Po obłowieniu jednego zakrętu, jedziemy na drugi, gdzie łowimy do zmroku, lecz tam także, bez kontaktu z rybą.
Łowy kończymy po godz. 16 - tym razem, krótki wypad.
Niestety, każda passa kiedyś się kończy - "w końcu", po przeszło miesiącu, nadeszło zblankowanie. Dlaczego nic nie złowiliśmy? Może było coś na rzeczy i jak napisałem wyżej, nie żerował, ale kto wie, może "jadł", ale nie potrafiliśmy go złowić... Zostały jeszcze przeszło 3 tygodnie - trzeba powalczyć.
W poniedziałek, nie planowałem żadnych "ryb". Jak co dzień, sprawdzam pogodę i widzę, że ciśnienie idzie mocno w górę, do tego w drugiej części dnia, znikają chmury i pojawia się słońce. Noc gwieździsta, z księżycem niemal w pełni.
Myślami, jestem w drugiej części tygodnia, jednak... aaa, pojadę dzisiaj (poniedziałek), przekonać się, że faktycznie nie biorą. Aby przekonanie się było "prawdziwe", postanawiam podejść do sprawy bardzo poważnie.
Robię więc wałówę i tuż po godz. 14, jestem nad wodą. Idę w górę rzeki, aby schodzić w stronę samochodu. Każdy basen, staram się obłowić dokładnie.
Zaczynam od najgłębszych dołów. Im bliżej auta, tym płycej, aczkolwiek wystarczająco głęboko, aby były tam sandacze.
Na dwóch pierwszych główkach, spędzam około trzech godzin i gdy schodzę z drugiej, jest już ciemno. Gdy tylko zapadł zmrok, temp., powietrza, spadła poniżej zera, co było widać na przelotkach i plecionce.
Niedługo po tym, gdy się ściemniło, wyszedł "łysy", który tak mocno oświetlał noc, że idąc lasem, nie musiałem korzystać z latarki czołowej.
Niestety, jak się spodziewałem, nie działo się zupełnie nic. Mimo wielu kombinacji, nie doczekałem się ani jednego brania. Im godzina była późniejsza, tym częściej musiałem oczyszczać przelotki z lodu.
Gdy obłowiłem zaplanowany odcinek rzeki, była godz. 22. Udałem się więc w stronę auta i... trzeba skrobać szyby. Gdy wykonałem tę czynność, udałem się na jeszcze jeden odcinek Odry, jednak tam także nic nie złowiłem.
Mróz, mimo iż nieduży, przybierał na sile, gdyż plecionka stawała się coraz sztywniejsza, przez co rzuty były krótkie. Ba, przelotki zbierały tyle lodu, że niemal w każdym rzucie, następowała "blokada" i konieczne było ponowne ich czyszczenie.
Gdy wybiła północ, wykonałem ostatni rzut... no, -dziesiąt ostatnich rzutów i po kolejnym skrobaniu szyb, udałem się w drogę powrotną.
Sandacz zachował się książkowo i nie brał. Dziś, w rozmowie telefonicznej, dostałem informacje, że w niedzielę, zanim ciśnienie zaczęło rosnąć... sandacz żerował bardzo dobrze. Co prawda, nie były to jakieś okazy, ale działo się...
Jedynie ta największa, była w stanie się "bronić".
Środa. Ciśnienie traci dosyć szybko swoją wartość po wtorkowym wyżu. Czy jest sens jechać na sandacza? Teoretycznie nie, ale ryby nie czytają książek. Jak zostanę w domu, to na pewno go nie złowię.
Nad wodą jestem o godz. 15. "Widnego" zostało już niewiele ponad godzinę - skupiam się więc na boleniu. Co prawda, mam przy sobie jeden kijek, z plecionką na młynku, ale boleniowe przynęty są - więc odpowiednio ustawiam hamulec i jazda.
Na drugiej główce, w pierwszym rzucie, notuję piękny strzał, co widzę także na plecionce. Natychmiastowe zacięcie, ale niestety pusto. Branie, czy najechałem na rybę?
Gdy robi się ciemno, zakładam gumę i zaczyna się "polowanie" na nocnego sandacza. X rzutów i w jednym z nich czuję, że "przypałętał" się jakiś śmieć, może gałąź, bądź coś podobnego.
Owa "zawada" nie jest mała, więc, aby nie przeciążać kołowrotka, pompuję ją. Owe "coś", zaczepiło się na maksymalnym wyrzucie i gdy mam to kilka metrów od siebie, następuje coś, czego się w ogóle nie spodziewałem. To "coś" nagle ożywa, a z kołowrotka, mimo mocno dokręconego hamulca, plecionka 0,16 mm, ucieka w zastraszającym tempie.
Szybko "przytomnieje", zapalam latarkę i spoglądam na szpulę. Na szczęście, sum się zatrzymał, zanim zaczęły się prześwity. Co go podciągam trochę, to znowu następuje odjazd z prędkością, jakby to była niemiecka autostrada, bez ograniczeń.
Na pewno jest duży, tylko jak bardzo? Jak do tej pory, największy sum, jakiego udało mi się złowić, miał jakieś 130 cm, więc tak na prawdę, miałem pierwszy raz do czynienia z tak dużą rybą i z dokładniejszą oceną wielkości, musiałem poczekać, aż go zobaczę.
Walka toczy się "normalnie", więc na pewno jest zapięty za pysk. Po około 20 minutach, mam go "pod nogami" i mogę go zobaczyć w świetne latarki. Jest piękny, chyba będzie większy ode mnie - myślę sobie. Zanim jednak dał się podciągnąć do samego brzegu, abym mógł go dotknąć, minęło kolejnych, przynajmniej kilkanaście minut - krótkie odjazdy, puszczanie bąbli, itp.
Gdy toczy się końcowy fragment holu, robię zdjęcie i schodzę w głąb klatki, aby nie miał styczności z kamieniami.
Kucam przy miękkim brzegu (trawa), otwieram kabłąk, odkładam kij i "dokańczam dzieła" ręcznie. Przydałoby się go od razu odpiąć, ale ulegam pokusie i decyduję się na "trening" podebrania suma gołymi palcami "za tarkę". Na pewno jest bardzo ciężki (mocno nabity), więc nawet nie próbuję go podnieść. Łapię go "za tarkę" i delikatnie "wyślizguję" na trawę, zostawiając w wodzie ogon. Podziwiam go chwilę, ryba ma około 170 cm, a więc jest "wyższy" ode mnie. Wypinam go i zwracam wolność.
Wszystko ładnie i pięknie, tylko szkoda, że wziął (a może go tak najechałem?) późną jesienią, kiedy jest okres ochronny. Zatem ryba się nie liczy, ale co pochodził na kiju, to moje.
No dobra, trzeba poszukać sandaczy. Obławiam kolejne miejscówki, ale nic się nie dzieje. W jednym z basenów, mam podobną sytuację, co z sumem. Zwijam z maksymalnej odległości jakieś "śmieci", które w pewnym momencie ożywają i po kilku szarpnięciach, następuje wypinka. Może szczupak, który "szedł" z otwartym pyskiem i w pewnym momencie, przypomniał sobie, że jednak trzeba powalczyć o życie? Ryba, w każdym bądź razie, duża nie była.
Próbuję złowić sandacza do godz. 1 w nocy, ale bezskutecznie. Jedno branie, którego nawet nie czułem - pozostał jedynie ślad na świeżej gumie. A więc, teoria się sprawdziła...
A miał być sandacz - dobre 170 cm.
Ciśnienie atmosferyczne leciało w dół ale założę się, że Twoje kręciło maksa ! :-Dpozdr.
No, jakby to nie był okres ochronny, to na pewno by tak było - niestety mamy grudzień, więc to było hol bez emocji.
W końcu, po tygodniowej stagnacji, powrót nad Odrę. Nad wodą jestem tuż po godz. 8 rano. Tym razem, jestem z kolegą. On gania dziś za sandaczem, ja za boleniem.
Jesteśmy na głębokim zakręcie, zostawiam znajomemu te najgłębsze baseny, a sam idę w dół rzeki, gdzie miejscówki się wypłycają - może będzie tam jeszcze jakiś bolo. Słońce świeci, na niebie nie ma chmur. Niestety, ciężko mi podejść do miejscówki, bez rzucania własnego cienia, który, z powodu małej wysokości słońca, wychodzi na wodę bardzo daleko.
Jak się okazuje, główki są bardzo płytkie i szczerze, jakoś średnio wierzę, aby tutaj cokolwiek teraz pływało. Schodzę więc w dół rzeki, z nadzieją, że tam będzie lepiej - oczywiście, wykonując po kilka kontrolnych rzutów. Niestety, gdy wychodzę "zza winkla", widzę przynajmniej pięciu wędkarzy.
A niech to, środa, a taki ruch na wodzie. No trudno, wracam się więc i idę na główki, pow. zakrętu, który obławia kolega. Tam miejsca są trochę lepsze, jednak rosnąca woda, wpychająca syf w baseny, utrudniała rzucanie za boleniem. Gdy doszedłem do kolegi (jeden kontakt z rybą), zmieniamy odcinek rzeki i robimy tak samo, jak z rana. On idzie na te najgłębsze baseny, ja "zajmuję" te ościenne.
Zmienia się nieco pogoda - nadciągają delikatne chmury i słońce jest "za mgłą". Pierwsze 3-4 są czyste i mogę spokojnie je obłowić. Jednak, bez skutku. Nie udaje mi się skusić żadnego bolenia. Michał znajduje się kilka ostróg powyżej i widzę w pewnym momencie, że wyjmuje rybę. Widzę także, że się cieszy, a więc na pewno poprawił swoją życiówkę w sandaczu - jak się później okazało, miał 58 cm.
Gdy wchodzę na następną główkę, syfu na "boleniowe łowienie" jest zbyt dużo - nie mam czystego przeciągnięcia. I tak zaraz będzie ciemno, więc zmieniam (zgodnie z planem na ten wypad) wobler na gumę i postanawiam połowić metodą opadową.
Wchodzę już na główki, obłowione przez "ziomka", jednak po kilku rzutach, przy wyjmowaniu przynęty, notuję pod nogami zawirowanie. Szczupak? Podrzucam rybie przynętę i następuje natychmiastowy atak. Pistolet ma 50+ cm.
Idę na następną główkę, czy łowię dalej na tej samej? Nie pamiętam, ale w każdym bądź razie, wykonuję ostatnie rzuty i nagle, przy próbie podbicia przynęty z dna, kij mocno się wygina i czuję na końcu zestawu kabana, który rusza w lewo... i po kilku sekundach następuje wypinka. Guma zdjęta z "talerzy", hak wygięty. Ajć, to najprawdopodobniej był bardzo duży sandacz.
Jeszcze chwilę łowię i idę na umówioną godzinę do auta. Jedziemy na trzeci, ostatni dziś odcinek rzeki. Przez dłuższy czas nic się nie dzieje, aż nagle kolega zacina rybę. Niestety, jak się okazuje, jest to około 40 cm płoć, która była agresywna w płetwie ogonowej.
W pewnym momencie, gdy mam przynętę już pod nogami, chcę wyjąć ją z wody. Jednak, przy tej próbie, wygina się kij, unoszę to coś, co jest na końcu zestawu kilka centymetrów i ryba rusza pewnie w prawą stronę. Notuję dwa, typowe dla sandacza szarpnięcia i następuje wypinka. Duży nie był, po ciężarze oceniam go na gorąco na około 2 kg - taka, powiedzmy "sześćdziesiątka parątka". Skubańce, biorą dziś tak delikatnie. To już drugi, najprawdopodobniej sandacz, którego brania nie czułem.
Przed godz. 20, zgodnie z prognozą, zaczyna kropić pierwszy przelotny deszcz. Gdy tak wykonujemy kolejne rzuty, nagle, przy kolejnej próbie podbicia przynęty, czuję opór i okazuje się, że mam na końcu zestawu rybę. Jest to 57 cm "jazgarz". I znowu nie czułem brania. Skubańce biorą dziś bardzo delikatnie.
Dosłownie po kilku rzutach, sytuacja się powtarza, jednak tym razem, ryba schodzi. Jeszcze do godz. 23, próbuję skusić sandacza, ale bezskutecznie. Przed 24, ruszamy w drogę powrotną.
Kolejny, niespełna 60 cm, "jazgarz".
Znowu tydzień przerwy od ryb... Po części spowodowany sprawami osobistymi, ale przyznaję, że w poniedziałek "spasowałem" z powodu pogody.
Co prawda, wiatr wciąż jest silny (w porywach, przekraczający 70 km/h), ale już wyraźnie lżejszy od tego, jaki był w ostatnich dniach. Skusiłem się więc na krótki wypad - cel, to porządne obłowienie, jednej miejscówki.
Nad wodą byłem o godz. 14. Szybkie przezbrojenie zestawu końcowego i zaczynam łowić. Pierwsze, na co zwróciłem uwagę, to... niezliczona ilość drobnego białorybu, który co chwilę, był atakowany przez... drobne drapieżniki.
Znalazłem "ścianę", gdzie kończyła się "zupa rybna", więc próbowałem swoich sił zarówno w niej, jak i na "czystym polu", a także na skraju owego stada.
Drobnicy było tak dużo, że była dosłownie wszędzie - przy dnie, w toni, przy powierzchni ( bardzo dużo "oczek" ), pod nogami, itd. Każdy obrót korbką kołowrotka, to było kilka "strzałów". I jak tu skusić cokolwiek do brania, jak dookoła jest tyle jedzenia...
Gdy obławianie przynętą, która wyraźnie różniła się od reszty "mięsa", nie przyniosło efektu, założyłem gumę, która miała za zadanie, być jedną z tysięcy "sieczek".
No i się udało - w którymś tam rzucie, następuje branie. Ryba jest mała, więc szybko znajduje się na brzegu. Jest to boleń (poniżej 50 cm), który wyglądem bardziej przypomina wyrośniętą ukleję.
Podejrzewam, że gdyby przyszedł tutaj z trokiem, to mógłby tej sieczki "natrzepać", ale przecież nie o to chodzi...
Łowię do godz. 18, ale w tej "zupie", nie udało mi się już skusić kolejnej ryby. Co prawda, tylko 4 godziny i w niezbyt przyjemnych warunkach, ale warto było pojechać i po tygodniowej przerwie, pomachać chociaż chwilę. 24.12., to dzień, w którym miałem szansę, być nad wodą sam - tak też było, wszystkich "wymiotło" do świętowania. W zasięgu wzroku, nie było żadnego wędkarza - coś pięknego.
Jedyny, który wyjechał z "zupy".
Znowu tydzień przerwy od ryb... Po części spowodowany sprawami osobistymi, ale przyznaję, że w poniedziałek "spasowałem" z powodu pogody.
Co prawda, wiatr wciąż jest silny (w porywach, przekraczający 70 km/h), ale już wyraźnie lżejszy od tego, jaki był w ostatnich dniach. Skusiłem się więc na krótki wypad - cel, to porządne obłowienie, jednej miejscówki.
Nad wodą byłem o godz. 14. Szybkie przezbrojenie zestawu końcowego i zaczynam łowić. Pierwsze, na co zwróciłem uwagę, to... niezliczona ilość drobnego białorybu, który co chwilę, był atakowany przez... drobne drapieżniki.
Znalazłem "ścianę", gdzie kończyła się "zupa rybna", więc próbowałem swoich sił zarówno w niej, jak i na "czystym polu", a także na skraju owego stada.
Drobnicy było tak dużo, że była dosłownie wszędzie - przy dnie, w toni, przy powierzchni ( bardzo dużo "oczek" ), pod nogami, itd. Każdy obrót korbką kołowrotka, to było kilka "strzałów". I jak tu skusić cokolwiek do brania, jak dookoła jest tyle jedzenia...
Gdy obławianie przynętą, która wyraźnie różniła się od reszty "mięsa", nie przyniosło efektu, założyłem gumę, która miała za zadanie, być jedną z tysięcy "sieczek".
No i się udało - w którymś tam rzucie, następuje branie. Ryba jest mała, więc szybko znajduje się na brzegu. Jest to boleń (poniżej 50 cm), który wyglądem bardziej przypomina wyrośniętą ukleję.
Podejrzewam, że gdyby przyszedł tutaj z trokiem, to mógłby tej sieczki "natrzepać", ale przecież nie o to chodzi...
Łowię do godz. 18, ale w tej "zupie", nie udało mi się już skusić kolejnej ryby. Co prawda, tylko 4 godziny i w niezbyt przyjemnych warunkach, ale warto było pojechać i po tygodniowej przerwie, pomachać chociaż chwilę. 24.12., to dzień, w którym miałem szansę, być nad wodą sam - tak też było, wszystkich "wymiotło" do świętowania. W zasięgu wzroku, nie było żadnego wędkarza - coś pięknego.
Jedyny, który wyjechał z "zupy".
Sobota - a więc kolejny wypad na ryby, z kolegą. Nad wodą jesteśmy o godz. 8 rano. Cały dzień na minusie, więc "przypinam" młynek do innego kijka, który ma większe przelotki i zaczynamy obławiać wybrany zakręt rzeki.
Pierwsza ostroga, druga, trzecia... nic. Schodząc z trzeciej, postanawiam wykonać kilka rzutów, u samej podstawy klatki. W kilku rzutach, notuję dwukrotne wyjście około półmetrowego pistoleta. Co ciekawe, były to jedynie "niemrawe" wyjścia, z zamkniętym pyskiem. Pogoda zaczęła "świrować", to nawet szczupak nie bardzo ma ochotę na jedzenie.
Gdy obławiamy wybrany odcinek Odry, jedziemy na drugi fragment rzeki. Tam, także nie notujemy żadnego brania.
Kończymy o godz. 16 i wracamy do domu.
Było to pierwsze łowienie w na tyle "dużym" mrozie, że na prawdę przeszkadzał w łowieniu. "Korale" na plecionce, marznące całkowicie przelotki, uniemożliwiające co jakiś czas, na ruch korbką kołowrotka. Tak było w pierwszych godzinach porannych i pod wieczór. Za dnia, gdy świeciło słońce, łowiło się "wygodniej".
No cóż, sandacz na okolicznej Odrze, pozamykał kilka dni temu, swoje pyszczydła. Z kim bym nie rozmawiał, to jest klapa.
Wyjeżdżając rano, według teorii, był to wypad po "blank". Tak też było. Dziś niby nie powinno być lepiej, ale... kto wie, może wyjedzie jakiś śnieżny sandacz.
Poniedziałek - drugie podejście z serii "zakończenie roku 2014". Tym razem jadę z kolegą, który ma dojechać do mnie komunikacją międzymiastową. Pierwszego busa ma po godz. 7 i w Lubinie jest przed godz. 8.
Jak się okazało, kierowca źle go zrozumiał i wysadził zupełnie gdzie indziej. Jadę więc po niego i gdy go znajduję, jedziemy nad Odrę.
Wybraliśmy zakręt rzeki, gdzie jest całkiem sporo basenów, z ciekawą głębokością. Na pierwszej ostrodze, poza stratą trzech gum, nie dzieje się nic. Druga, trzecia - nic. Na którejś z kolei, gdy kolega wykonuje przed siebie rzut, "podrzucam" go i przynęty "idą" bardzo blisko siebie.
Mówię do kolegi: ciekawe, którą przynętę wybierze ryba. Drugie, może trzecie podbicie i... notuję delikatny pstryk. Zacięcie i czuję kilka delikatnych szarpnięć, następnie "tępawy" opór i znowu nieznaczne "targnięcia". Ryba zachowuje się bardziej sandaczowo, ale gdy ją "dokręcam" do powierzchni, okazuje się, że jest to mały szczupak. Taki, niespełna 60 cm "glut", który pożarł całą gumę.
Gdy kończymy obławiać wybrany fragment rzeki, udajemy się na drugi, zaplanowany na ten dzień, odcinek Odry. Tam niestety nie notujemy żadnego kontaktu z rybą.
Patrząc na tę "mizerotę", która jest w ostatnim czasie, to i tak "sukces", że coś się wydarzyło.
Dziś kończymy szybko, bo przed godz. 16 - trzeba było opłacić kartę, aby legalnie ganiać za czwartkowymi pstrągami.
Jedyny kontakt z rybą, tego dnia.
Ostatni dzień roku - Sylwester - to dobra okazja, aby... wybrać się po raz ostatni w sezonie 2014. Tak też było w dniu wczorajszym.
Nad wodą byłem o godz. 8 rano. Pojechałem na ciekawy, aczkolwiek mocno oblegany odcinek Odry. Miałem jednak nadzieję, że nikogo nie będzie. Niestety, tak samo, jak rok wcześniej, tak i teraz, nie było mi dane łowić samemu. Zajeżdżając na miejsce, widzę jedno auto i spinningistę.
Noc cóż, mam nadzieję, że niedawno przyjechał i nie obłowił jeszcze całego zakrętu. Zaczynam od jednej z ostróg i na dzień dobry, kiedy próbuję na początku złowić bolenia, daleko, na samym napływie następnej główki, zacinam jakąś rybę. Niestety, już po kilku sekundach wiem, co jest grane. To najechana sztuka. Po jakimś czasie, następuje wypinka i wyjmuję dwie łuski.
Po dokładnym obłowieniu basenu, pod kątem zarówno bolka, jak i sandała, udaję się na drugą główkę, ale tam także nic się nie dzieje. Po obłowieniu 3-4 miejscówek, stwierdzam, że nie będę obławiał zakrętu wraz z gościem, który przyjechał aż z wielkopolski - niech ma cały zakręt dla siebie, jadę gdzie indziej.
Gdy dojeżdżam na wybrany odcinek rzeki i wykonuję kilka rzutów, dojeżdża znajomy (kowalek87) i wspólnie, rozmawiając, próbujemy przy okazji, złowić jakiegoś sandacza/szczupaka.
Później, dołączył jeszcze jeden znajomy. Niestety, żadna ryba, nie chciała naszych wabików. Łowienie skończyłem o godz. 15 - chętnie bym został dłużej, ale trzeba było uciekać do domu, aby skończyć przygotowania do dzisiejszego otwarcia sezonu 2015 i w miarę się wyspać, aby ganiać cały dzień za pstrągami.
Jedyny "kontakt" z rybą.
pierwszy wyjazd nad Odre w poszukiwaniu klenio-jazi kończy sie rapą 60cm
Majówka i po majówce. Standardowo: Odra i jej "chlapiący" mieszkańcy, tj. bolenie. 1go, łowienie dopiero od godz. 16. Jednak jednego malca ("55") i średniaka (65 cm), udało się przechytrzyć. 2go, łowienie cały dzień i... na kiju był życiowy dzień, pod względem bolenia. Mimo ciszy, udało mi się skusić do brania 8 "rapiszonów", jednak były to tak delikatne brania i ryby siadały tak niepewnie, że... wszystko spadało. W tym, przynajmniej dwie bardzo ładne sztuki. Nie spadł dopiero ostatni tego dnia. I był chyba najmniejszy ze wszystkich (50+).
Tego dnia (2go), spadło mi więcej boleni, niż... przez całe życie, dotychczas. Do wczoraj, miały miano ryb "niespadających" z kija. Wiadomo, niedosyt pozostaje, zwłaszcza po dwóch większych rapach, ale jestem bardzo zawodolony z tego wypadu. Od jutra ludzie wrócą do pracy, zrobi się luźniej i będzie można w tygodniu ganiać po pustej Odrze.
Ostateczny wynik majówki, to... 7:3 dla boleni. Te, co wyjechały na brzeg, były pozapinane "za skórkę" i tak się wbiła kotwica, po... jednym z najmocniejszych brań, które i tak było "ciotowate".
wczoraj wypad i tylko jeden 52 cm
Cisza, na wodzie wciąż cisza. Ukleje zbierają z powierzchni muszki (nawet wyskakują do nich, gdy są w locie), a bolenie jak się nie pokazywały, tak się nie pokazują. Pojedyncze ataki, można policzyć na palcach jednej ręki (przez cały dzień) i to wszystkich się nie wykorzysta...
Pierwszy boleń, to locha na rekord życiowy, jednak po kilku pięknych wirach na powierzchni, spadł. Zmieniłem więc szybko tylną kotwiczkę na bezzadziorowego Ownera i następny bolo (sześćdziesiątka), który się kilka rzutów wcześniej pokazał, już nie spadł. Ale co to za pocieszenie, takie maluchy, to mogą nie brać wcale... Zapięty był, rzecz jasna, "za skórkę".
Później dołowiłem jeszcze przeszło 50 cm "gluta".
Woda jest bardzo niska, bolenie nie chlapią i biorą bardzo delikatnie. Jest ciężko, ale przy im trudniejszych warunkach wyjedzie życiówka, tym większa będzie z niej frajda.
Co zmieniło się od ostatniej wizyty nad wodą? Na powierzchni zupełnie nic. Nadal błoga cisza, żadnego ataku - no, nie dosłownie, gdyż tuż przed deszczem w środku dnia, pokazało się kilka sztuk na przestrzeni kilku minut i to wszystko.
Natomiast pod wodą się trochę zmieniło. Wszystkie 4 bolenie, jakie miałem na kiju, brały mocno i nie spinały się. Co nie znaczy, że wszystkie wyjąłem, gdyż największy (pod 70 cm) uciekł z woblerem - uszkodzona żyłka. Wyjęte "trio", to "ukleje" poniżej 60 cm.
Aaa, wszystkie ryby wyjechały przed deszczem. Po deszczu, bez kontaktu. Dodatkowo, łowienie utrudniały pojedyncze trawy i różne pyłki/kwiaty, które czepiały się tak często, że ciężko było o czysty rzut - były wszędzie.
Po "łykendzie" bez łowienia, nadszedł poniedziałek, a wraz z nim, kolejna próba, złowienia bolenia "70+". Niestety, i tym razem się nie udało.
Od rana cisza na wodzie. W okolicach południa, zaczęły się pokazywać "chlapaki", ale trwało to z godzinę, może trochę dłużej. Następnie, do samego ciemka, cisza totalna.
Ryby? Jak na razie najmniej owocny wypad w tym roku, za boleniem. Tylko jeden kontakt. Branie było chyba najdelikatniejsze, jakie zanotowałem przy tym gatunku w całym życiu. Bolo miał 65 cm. Wziął w czasie chwilowej aktywności rap "na powierzchni".
Tak jak mówisz Mariuszu chlapaki nie chlapią ale coś się zawsze dzieje dziś 3h i 3 brania efekt 52cm,55cm i jedna spina pierwsza w tym roku:)
3 godziny i 3 bolenie na kiju, to fajny wynik - gratuluję.
No to zaskoczyły bolenie. Duże co prawda nie były (od 60 do 63 cm), ale jak na swoje rozmiary, były bardzo silne - przy jednym (62 cm), myślałem (zanim go zobaczyłem), że będzie to przeszło 70 cm rapa.
3 godziny i 3 bolenie na kiju, to fajny wynik - gratuluję.
No to zaskoczyły bolenie. Duże co prawda nie były (od 60 do 63 cm), ale jak na swoje rozmiary, były bardzo silne - przy jednym (62 cm), myślałem (zanim go zobaczyłem), że będzie to przeszło 70 cm rapa.
Witam mam pytanie gdzie można iść w dzisiejszy dzień na ryby w taką pogode. Jak myslicie odra na niskich łakach bedzie dobra dajcie szybko jakaś odpowiedz
I jak Marcin, byłeś na tej Odrze, złowiłeś coś?
No niestety. Ostatni wypad w tym miesiącu za boleniem (i w ogóle na ryby), w dużym niedosycie. Awaria sprzętu (kołowrotka) spowodowała, iż przez pierwsze godziny nie robiłem nic, poza płoszeniem ryb. Oj ciężko było utrzymać nerwy na wodzy - mocna lekcja pod tym względem.
Z czasem, doszedłem, jak i jaką przynętą jestem w stanie jako tako rzucać, paląc tylko co którąś miejscówkę. Więc zaczęło się improwizowanie (bo do łowienia, to dużo brakowało).
Efekt był taki, że przez cały dzień, zrobiłem zaledwie jeden kilometr rzeki. A bolenie? Dwa odprowadzenia pod same nogi (jeden wszedł za wobkiem aż na sam przelew, gdzie było tyle wody, że widziałem jego górną część ciała ponad powierzchnią wody, włącznie z pyskiem i oczami - kapitalny widok). Do tego dwa wyjęte, ale wielkość od kilku wypadów ta sama, tj. między 60, a 65 cm. Tym razem, było to 62 i 64 cm.
Oba skusiły się na "Kowal"a".