Reklama
  • kacpero 2013-11-11 12:13:49

    odra na wysokości ujścia na bajkał w kamieńcu wroc.o 3 w nocy na napływie główki, dwa lata temu straciłem w tym miejscu sandacza ok 90 cm.. :)

  • kacpero 2013-11-11 12:14:49

    74 cm

  • Zelo 2013-11-11 14:15:16

    Dzisiaj Odra  w Ścinawie jeden krótki zębacz, a w porcie na bocznego masa małych okonków

  • Reklama
  • brusmen 2013-11-11 18:45:27

    Gratki za takie piękne sztuki:)

  • antek2004 2013-11-11 20:33:18

    Dziś wypad nad Odre dość póżno bo o 10 melduję się nad wodą i widze na miejscu mnóstwo aut;/zawody wędkarskie;/ nie miałem za wiele czasu żęby gdzie indziej jechać więc siadam na wejściu Odry do zatoki i co się dzieje na 10 oddanych rzutów notuje 8 brań 5 boleników wyciągnietych i 3 nie zacięte(boleników bo takie od 39-45cm)chyba trafiłem na jesienne żerowanie ;)

  • antek2004 2013-11-11 20:38:47

    Dziś dość pózno bo o 10 jestem na Odrze i widze mnóstwo aut (zawody wędkarskie;/) nie mając zbytnio czasu siadam na wejściu Odry do zatoki i co się dzieje na 10 oddanych rzutów woblerem notuje 8 brań 3 puste i 5 boleników wyciągniętych(boleników bo od 39-45cm) ale zabawa przednia chyba trafiłem na jesienne żerowanie;)

  • antek2004 2013-11-11 20:39:38

  • Reklama
  • antek2004 2013-11-11 20:41:18

  • wedkarz2309 2013-11-12 07:28:04

    No to sobie połowiliście chłopaki - gratuluję.



    Także byłem wczoraj na Odrze, ale bez efektów. Korzystając z wolnego dnia,wybrałem się z kolegą na odrzańskie sandacze. I w sumie mógłbym zakończyć... Nad wodą byliśmy o godz. 6 rano. Na trzeciej ostrodze, zanotowałem jedyne branie dnia. Niestety nie było szans na skuteczne zacięcie, gdyż sandacz zostawił ślady jedynie na ogonie - no cóż i tak bywa.
    Obłowiliśmy dwa zakręty, a łowy skończyliśmy dosyć szybko (godz. 21), ale niestety nie zawsze jest możliwość, aby pochodzić dłużej w nocy.

    Sandacze po raz kolejny nie chciały współpracować (rozgrywane były tego dnia zawody spinningowe i wszyscy zawodnicy "wyzerowali"), ale kiełbaski z ogniska nie zawiodły i dopisały.

  • wedkarz2309 2013-11-22 21:05:37

    W dniu dzisiejszym, w końcu, po niemal 2 tygodniach, wybrałem się na ryby!
    Po wielu wieściach o biorących bardzo agresywnie sandaczach od przeszło tygodnia, nadzieje były wielkie, aczkolwiek, kilkustopniowe ocieplenie, powodowało, iż starałem się zbytnio nie napalać na ostre żarcie.


    Po dokładnym obłowieniu pierwszego basenu, wybraliśmy się na drugą ostrogę, gdzie w 2-3 rzucie, bardzo blisko brzegu, w fajnym dole, poczułem delikatny "pstryk". Był to bardzo mały sandacz, 30+ cm. W kolejnych może dwóch rzutach, notuję z kolegą po "pstryku". Szybko podałem ponownie przynętę w to samo miejsce i tym razem udało się zaciąć rybę. Był to kolejny narybek sandacza, 40+ cm.

    Te 4 kontakty z rybami, mieliśmy w przeciągu może 5 minut. Później nastała cisza. Do momentu, kiedy wróciliśmy na ową główkę i Przemek zaliczył kontakt z małym sandaczem.


    Do końca łowienia, już się nie doczekaliśmy "pstryka". Mimo to, wyjechał jeszcze jeden malec, -50 cm. Wziął "niewyczuwalnie".


    Coś się zatem działo, ale nie było to wymarzone żarcie sandaczy, które przy "strzale" niemal "wyrywają" kij z ręki. Nie było też tych roczników, które nas interesują. Brały same jazgarze.

    Jutro pogoda niemal identyczna, więc można się spodziewać podobnego scenariusza.

  • wedkarz2309 2013-11-23 19:38:50

    Dziś, podobnie, jak wczoraj, wybrałem się z kolegą na odrzańskie sandacze. Warunki takie same, więc i żerowania sandaczy można było spodziewać się podobnego (jednak należy pamiętać, że to SANDACZ!), tj. bardzo mizernego. Wczoraj, wszystkie brały bardzo delikatnie, a te, które udało się zaciąć, były zapięte "za skórkę". Nad wodą byliśmy o godz. 6 rano, a więc, jak było jeszcze ciemno. Kilka stopni pow. zera, praktycznie bezwietrznie, gęsta mgła, a na wodzie niezliczone ilości ptactwa wodnego - niesamowita sceneria.
    Sobota, a na wodzie, o dużej presji, żadnego wędkarza! Coś pięknego! Nie było więc powodów do pośpiechu. Każdą miejscówkę obławialiśmy na spokojnie i bardzo dokładnie.
    Na drugiej ostrodze, zanotowałem baaardzo delikatny "pstryk", na który odruchowo zareagowałem natychmiastowym zacięciem. Było to tak delikatne, że nie miałem pewności, czy to było branie. Jednak ściągnięta guma i ślady na końcowej części przynęty, nie pozostawiały najmniejszych wątpliwości - sandacz.

    Więcej brań nie zanotowaliśmy.
    Ciszę, przerywała głośna "nagonka" w pobliskim lesie oraz strzały do zwierzyny, które skutecznie płoszyły wszystko, co było w okolicy.
    A od poniedziałku, powracają minusowe temperatury. Zacznie się? Oby!



    Jedyny kontakt z sandaczem,

  • Reklama
  • polobmw 2013-11-25 12:07:54

    No to sobie połowiliście chłopaki - gratuluję.


    Sandacze po raz kolejny nie chciały współpracować (rozgrywane były tego dnia zawody spinningowe i wszyscy zawodnicy "wyzerowali"), ale kiełbaski z ogniska nie zawiodły i dopisały.

    Mam nadzieje że kiełbaski wróciły do Biedronki ( kup & reelace ) :)))))

  • klepa87 2013-11-25 15:59:09

    szybki wypad z rana na sandacze w okolicy ścinawy!
    ponton 3 osoby
    dziś rano od około 6 do 9
    - 2 sandacze 60 i 59
    - szczupak 51
    - i o dziwo pierwszy raz taka dziwna sytuacja iż złapaliśmy 3 leszcze od 52 do 55cm wszystkie zaczepione w okolicy pyska??? a łąpalismy na gumy 5-7cm

  • klepa87 2013-11-25 16:00:09

    a to mój sandałek 60cm

  • wedkarz2309 2013-11-26 12:47:42

    Co do kiełbasek, to zostały zjedzone :)



    klepa87 , chociaż u Was się coś tam działo - gratuluję!



    U mnie kolejny słaby wypad.
    W dniu wczorajszym, wybrałem się ponownie z "opadem", szukać odrzańskich sandaczy. Rano, gdy skrobałem szyby, podszedł do mnie znajomy, któremu auto odmówiło posłuszeństwa i nie miał jak się dostać do pracy. Niezbyt mi to było na rękę, ale zawiozłem go do pracy. Niestety drogi były śliskie, więc na trasie nie bardzo mogłem nadgonić. No trudno, nad wodą byłem o jakąś godzinę za późno (godz. 7), niż bym sobie tego życzył.
    Przymrozek jest, ale... to wszystko, jeśli chodzi o "sandaczową" pogodę. Reszta warunków nie była spełniona. Jednak o innej opcji nie było mowy: Walczymy!
    Gdy słońce chowało się za chmury, przelotki oraz plecionka, marzły. Gdy wychodziło, roztapiało wszystko. Marznące przelotki, sztywniejąca plecionka oraz bardzo silny wiatr (fale, niemal, jak na morzu), utrudniały łowienie. Takie warunki testują wędkarza!
    Na drugiej główce, notuję pierwszy pusty "pstryk", po których na gumie chyba się pojawiły nowe ślady, ale pewności nie mam, gdyż na week., wyjechały na nią dwie sztuki. W powtórzonym rzucie, mam klasyczny "pstryk", który kończy się wyjęciem małego sandacza jazgarza (-50 cm).
    Dwie główki dalej, na pełnym wyrzucie (niemal napływ kolejnej ostrogi), daje się nabrać na "trzęsienie ziemi" drugi malec, który w połowie drogi się wypina. Tym samym, notuję pierwszą wypinkę tej jesieni, z opadu. Był tak wielki, że z pewnością był młodszym rodzeństwem poprzedniego.
    O godz. 16, odbieram kolegę z umówionego miejsca, który dojechał nad Odrę, prosto ze szkoły. Obłowiliśmy kolejne miejscówki, ale nocne sandacze nie chciały współpracować. Łowiliśmy do godz. 22 i "zaliczyliśmy" pierwszy w tym roku śnieg. W ilości znikomej, co prawda, ale jednak...

    Jutro pogoda równie lipna, ale trzeba walczyć. Jeszcze tylko 5 tygodni, niespełna...

  • wedkarz2309 2013-11-28 10:31:55

    Wczoraj, spodziewając się bardzo mocno braku kontaktu z sandaczem, wybrałem się mimo to, z kolegą, na Odrę. Wykorzystaliśmy pogodę, która nie sprzyjała udanym łowom, aby poznać nowy odcinek rzeki. Na wodzie byliśmy w godz. 7-14. Z racji "poznawania", więcej chodziliśmy, niż łowiliśmy. Po kilka rzutów i dalej. Jak jakiś basen okazywał się być ciekawszy od poprzednich, zostawaliśmy chwilę dłużej.
    Kontakt z rybami mieliśmy na jednej ostrodze. Najpierw zaliczyłem "siad" szczupaka na podrywaną z dna, przynętę, który zakończył się pustym zacięciem i pięknym śladem po dużym zębie, niemal przecinającym gumę na wylot, a po kilku rzutach, kolega, po delikatnym "pstryku", wyjmuje pistoleta, czterdziestaka.
    Te główki, to z pewnością nie "killery" i mamy lepsze. I wcale nie chodzi tutaj o spodziewaną mizerię, jeśli chodzi o ryby, tylko o głębokości główek oraz presję, jaka tam panuje. Zdecydowanie wolę te, gdzie nie da się dojechać autem, gdzie dziki "straszą" i raczej mało kto się tam zapuszcza.
    Płyń i rośnij dalej.

  • Reklama
  • wedkarz2309 2013-12-03 06:19:40

    Na długo niestety nie miałem możliwości, ale wyskoczyłem wczoraj na 8 godzin, poganiać po Odrze. Niesamowicie wysokie ciśnienie spowodowało, że i organizm ludzki  odmawiał posłuszeństwa, więc jak się czuć musiały ryby? Tego oczywiście nie wiem. Wiem tyle, że wówczas zazwyczaj wyniki są mizerne lub w ogóle ich nie ma. Ale nie ma co siedzieć w domu, pogoda przepiękna, słońce, brak wiatru. Było tak wiosennie wręcz.
    Oczywiście nic nie złowiłem, ale to nie było najistotniejsze - najważniejsze, że spędziłem kolejny dzień nad wodą. Mamy jeszcze prawie cały miesiąc i sandacze będą miały okazję, aby się wykazać w końcówce sezonu.

    A tak wyglądały przelotki (prawie wszystkie), gdy zrobiło się ciemno i temperatura spadła poniżej "0".

  • ZanderHunter 2013-12-03 08:27:06

    Na długo niestety nie miałem możliwości, ale wyskoczyłem wczoraj na 8 godzin, poganiać po Odrze...

    .....ale to nie było najistotniejsze - najważniejsze, że spędziłem kolejny dzień nad wodą.....







    Brawo za samozaparcie...popieram w 100% najważniejsze to czas spędzony nad wodą!...a rybki schodzą gdzieś na dalszy plan...też tak mam...:) ja będę atakował Odrę od czwartku do soboty od rana do wieczora nic nie jest mnie wstanie przestraszyć...:)

    Pozdrawiam kolegę.

  • wedkarz2309 2013-12-12 13:32:30

    Weekend miał upłynąć na ganianiu za sandaczami, ale plany niestety "trochę" nie wypaliły i nad wodą pojawiłem się dopiero w połowie, następnego tygodnia, tj. wczoraj.
    Nad wodą byłem ok. godz. 7 rano, kiedy to zaczynało się rozjaśniać. Polne drogi, były nieprzejezdne, więc auto musiałem zostawić przy szosie - poranny spacer, nie jest zły.

    Łowienie rozpocząłem od nieco większej, lekko uzbrojonej, przynęty. Po kilkunastu, tak myślę, rzutach, zmieniłem przynętę na 7 cm paprocha, z główką 30 g., aby je (ryby) trochę zdenerwować.
    Bodaj drugi rzut i przy którymś poderwaniu czuję, że coś się uczepiło (jakby zielsko, którego było całkiem nie mało). Postanowiłem więc skręcić zestaw, ale gdy tylko zacząłem kręcić korbką od kołowrotka, poczułem, że na końcu zestawu, jest ryba. Był to mały sandacz, który, jak przypuszczałem, po chwili się wypiął - nie było zacięcia. "Trzęsienie ziemi", a branie tak delikatne. Może być ciężko, wyż robi swoje - pomyślałem.

    Dwie główki dalej, sytuacja się powtarza. Lecz tym razem, mały sandacz pokusił się na 10 cm gumę, uzbrojoną w "dyszkę". Branie także niewyczuwalne, ale hak wbił się w miękki fragment pyska i ryba nie spadła. Taki z 45 cm. Kurcze, znowu wzrok poszedł nie tam, gdzie powinien! A powinien być na plecionce.

    Jeśli chodzi o ranek, to byłoby na tyle. Dwa kontakty z mętnookim.

    Po krótkiej przerwie, wracam do łowienia. Jeden basen obłowiony, drugi, trzeci...
    Zaczynam obławiać kolejny. Najpierw większa guma, z lekkim uzbrojeniem, która nie przynosi efektów. Zmiana na cięższy zestaw. Mała "żarówka", na główce 25 g. Bodaj drugi rzut, pierwszy opad i dziwne "pstryknięcie", jakby plećka najechała na gałęzie, ale zacinam. Pusto. Przynęta opada ponownie, ale zdecydowanie dłużej. Co jest? - myślę. "Toniowe" gałęzie? Gdy "doskakuję" do brzegu, powtarzam rzut i tym razem bez przeszkód, przynęta dociera do dna. Ostre podbicie i znowu to samo. Dziwne "smyrnięcie", zacięcie i pusto. Kolejne podbicie i znowu to samo, lecz tym razem tylko przycinam, tak profilaktycznie. Następne podbicie i tym razem, równie delikatnie, ale już tak bardziej "rybnie", więc kwituję to mocnym zacięciem i od razu czuję, jak szczupak, próbuje "wypluć" gumę. No nie, mają być sandacze – pomyślałem, i gdy tylko zębaty się uspokoił, zacząłem pompowanie. W końcu, była to pierwsza, nieco większa ryba na tę wędkę, ale nie był to niestety sandacz. Przy brzegu, zrobił jeszcze kilka efektownych wyskoków i mogłem go pewnie podebrać. Nie za wielki, ale może być.

    Szybki pomiar - 71 cm, jeszcze szybsza "słocia z rąsi" i szczupak idzie do wody. Na razie na "smyczy", ale jak się wypnie, to nic się nie stanie. Duży nie jest, a jakaś tam fotka (ta z "rąsi"), gdzie widać nasze głowy, jest.

    Ustawiam aparat na pudełkach z przynętami, wyjmuję rybę z wody i podchodząc do aparatu, kilka kamieni się "zapada", skrzynki "lecą", aparat też. Na szczęście ja nie i rybie nic się nie dzieje. Szybko wkładam ją ponownie do wody, sprawdzam stan aparatu, czyszczę go z piasku, otwieram ręcznie "osłonę" obiektywu, która otwiera się tylko do połowy (być może dostał się do środka jakiś drobny kamień), ustawiam ponownie pudełka oraz samowyzwalacz i tym razem, bez problemów, udaje się dokonać szybkiej sesji zdjęciowej.

    Oczywiście finał nie mógł być inny i kaczodzioby odzyskał wolność. Narobiłem hałasu, więc po kilku rzutach idę dalej. Po około godzinie, na kolejnej główce, gdy znowu założyłem ciężką "żarówkę", odnotowuję pod samymi nogami mocny, szczupakowy strzał, który kwituję natychmiastowym zacięciem. W wodzie oceniłem go na 50kilka cm, ale jak na swoją wielkość, był zadziwiająco waleczny. Gdy go podebrałem, okazało się, że jest jednak nieco większy. Taki sześćdziesiątak. Miara to potwierdziła - 60 cm. Szybka fota i do wody. 

    Przez następne godziny, nie działo się nic. Doczekałem się jeszcze jednego, delikatnego brania, gdy było już ciemno (godz. 19). Znowu był to szczupak i był jeszcze mniejszy od poprzednich, nie miał nawet 50 cm.

    Zostałoby się dłużej, ale niestety trzeba było już wracać do domu. Łowy skończyłem o godz. 21.
    Dzień do najgorszych nie należał, coś tam się wydarzyło, jednak to nie było to, na co liczyłem - wciąż czekam na SANDACZE. No i te szczupaki, były takie bardziej letnie, niż zimowe. Dobra, już kończę narzekać.

    Szczupaki, zamiast sandaczy. Jeden z nich - 71 cm.

  • wedkarz2309 2013-12-13 16:17:05

    Na jutro jestem ustawiony z kolegami na sandacza, ale nie chcąc tracić dzisiejszego dnia, wybrałem się chociaż na chwilę, poganiać z rana za mętnookim.
    Ranek był piękny. Niewielki minus i już na pierwszej główce, w przybrzeżnej rynnie, zanotowałem bardzo fajne sandaczowe "łupnięcie". Co prawda, nie był to "strzał, wyrywający kij z ręki", ale branie było konkretne. Jednak zacięcie było puste, a przynęta straciła ogon. Oględziny i... sandacz "złapał" gumę dokładnie do łuku kolankowego haka. Od haka, do końca, "rozorałem" zacięciem gumę, na sandaczowych kłach. Niestety już nie powtórzył.
    Gdy wyszło słońce i przelotki przestały marznąć, pomyślałem, że to mogła być jedyna szansa, w dniu dzisiejszym. I tak też było. Do godz, 14., nie zanotowałem już brania. 

    Ale jutro ma być już lepiej, mają być chmury i mgła. Będziemy walczyć.

  • wedkarz2309 2013-12-15 21:05:13

    W dniu wczorajszym, w końcu (za trzecim "podejściem"), udało nam się spotkać i wspólnie powędkować z Mikołajem. Ok. godz. 6.30, zajechaliśmy w umówione miejsce, nasz nowy kolega się zapakował i pojechaliśmy na Odrę. Naszym celem było poznanie dwóch, wcześniej wybranych, na mapie, odcinków rzeki. Aby szybciej się rozeznać, "co, gdzie i jak", rozdzieliliśmy się i zaczęliśmy badać odrzańskie dno.
    Jak się należało spodziewać, wielkiego szału z głębokością nie było, aczkolwiek, byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. Po obskoczeniu X główek, już wiedzieliśmy, "co, gdzie i jak", wytypowaliśmy kilka "faworytów" i ruszyliśmy lasem, na kolejny odcinek.
    Gdy doszliśmy mniej więcej tam, gdzie planowaliśmy (dosyć mocna mgła, nie pomagała nam w szybkim odnalezieniu tego miejsca), zanim się rozeszliśmy, postanowiliśmy wykonać kilka kontrolnych rzutów na jednym z basenów, aby się przekonać, czy owa klatka będzie już wystarczająco głęboka. Jak się szybko okazało, głębokość była zadowalająca. Szybko też, okazało się, że w klatce, na dnie, leży drzewo. Koledzy stracili po przynęcie, a ja, w bodaj drugim rzucie, gdy jechałem klasycznie "opadem" i "doskakałem" do miejsca między warkoczem, a drzewem, poczułem piękne łupnięcie. Natychmiastowe zacięcie i SIEDZI! No nie, znowu szczupak. Patrząc na kij, jak był "majtany" przez rybę, wiedzieliśmy, że to będzie zębaty. Nie chcąc więc wyrwać mu przynęty z pyska, poluzowałem nieco hamulec i starałem się trzymać szczytówkę kija, możliwie blisko lustra wody. Gdy już się wyszalał po "szczupakowemu", zaczął "świrować" w iście boleniowym stylu. To nas zaskoczyło i już nie mieliśmy pewności, co to jest. Do chwili, kiedy pokazał się na powierzchni wody. WHAT?! Sandacz?! Ale jaja! Trochę niefajnie, że nie wiedziałem od razu, że to sandacz (towarzyszyły nam zupełnie inne emocje), ale najważniejsze, że w końcu zawitał sandacz, a nie jazgarz! Michał chce mi pomóc przy podebraniu, ale nie chcę sobie odmówić tej przyjemności i sam się po niego schylam. Wielki nie jest, ale zdecydowanie nadrobił to masą i... nietuzinkową walecznością. Kilka szybkich zdjęć, mierzenie - 63 cm, buzi i do wody.

    Kolejne główki, nie dają nam nic, więc po rozpoznaniu, wracamy do auta i jedziemy w jeszcze jedno miejsce, które okazuje się być zajęte. Kończymy więc łowy w tym gronie i zawozimy Mikołaja do domu, a my jedziemy dalej, na "stare śmieci", zapolować za wieczornym sandaczem.
    Pierwsza główka, druga, trzecia - pusto. Czas na czwartą i Michał się uparł, aby podejść od "tyłu" (duża część klatki zapiaszczona, więc jest opcja wejścia na "plażę" i obłowić zapływowy dół z innej perspektywy) i chociaż zobaczyć, jak to wygląda. A skoro już się tam znaleźliśmy, postanowiliśmy, że obłowimy tę klatkę z "plaży". Kilka rzutów na "trzęsienie ziemi" i szybko przepinam gumę, z ciężko uzbrojonego Assassina, w lekko "odzianego" Lunatyka  oraz zmieniam prowadzenie: nieznacznie podrywam przynętę z dna, za pomocą powolnych obrotów korbką. Drugi, może trzeci rzut i gdy chcę wykonać kolejną "podkrętkę", czuję opór, który zacinam "po sandaczowemu" i... SIEDZI! Styl walki zdradza, że będzie to mętnooki. Z początku niezbyt ogromny, ale fajny. Jednak, z sekundy na sekundę, jego waga rosła. Gdy sobie uświadomiłem, że niedaleko walczącej ryby jest paskudny zaczep, który pochłania przynęty, postanowiłem użyć nieco więcej siły, aby ją stamtąd odciągnąć. I wtedy poczułem prawdziwą wagę ryby. Nie byłem w stanie jej do siebie podciągnąć! Nocny drapieżca, urósł już do wielkich rozmiarów 90+ cm! Pierwszy wir na wodzie i ŁOOO! Drugi, to już widoczna płetwa grzbietowa. No nie, to nie sandacz! Ciężko mi było w to uwierzyć, ale zobaczyłem płetwę KARPIA! Emocje w tej chwili zdecydowanie opadły. Tyle dobrego, że nie była to podpinka, że zassał gumę i hak był w pysku! Karpia też chciałem podebrać sam, ale ostatecznie uległem i Michał miał tę przyjemność. Jak duży jest (dla nas oczywiście), uświadomiliśmy to sobie dopiero, gdy kolega wziął go na ręce. Aby nie kłaść go na piasku, idziemy szybko do najbliższych kęp trawy i tam go kładziemy. Ryba jest na prawdę ciężka i nie jest wcale łatwo go złapać. Jednak, dosyć sprawnie, udaje nam się przeprowadzić szybką sesję zdjęciową i przystępujemy do mierzenia. Miara kończy się na 76 cm! A zatem, życiówka poprawiona aż o 13 cm!   Jeszcze ostatnie spojrzenie sobie w oczy, buziak i do wody.
    Chwila "odsapnięcia" i idziemy na kolejną główkę. Tam, Michał zacina piękną rybę. Zdążyłem tylko spojrzeć, jak pięknie wygina się jego Fenwick i od razu widać, że to będzie na prawdę duża ryba. Kilka sekund i... luz! Kurde, a mogło być tak pięknie! Po oględzinach przynęty, następuje ulga, to był najprawdopodobniej podczepiony sum, który zostawił na przyponie wolframowym, śluz.
    Więcej brań już nie mieliśmy, łowy skończyliśmy dosyć szybko, bo już o godz. 18.
    Do następnego.


    Niespodziewany przyłów - 76 cm.

  • kucus22 2013-12-15 21:23:10

    Wow! Piękna wyprawa i piękny przyłów...wiem, że nie mętny tylko mulak ale myślę, że jesteś szczęśliwy:) Gratki!

  • brusmen 2013-12-15 21:43:51

    szkoda że to nie mentnooki ale i tak piękny przyłów gratki

  • Reklama
  • marecki27-1979 2013-12-15 22:00:13

    Byłem dzisiaj od 13 do 20,najpierw na kan warta do 15 ,tu 2 okonie ledwo wymiary.Potem odra koło pkp,tu 2 spady,3 obgryzienia gumy,2 zerwane zestawy dropowe.To chyba nie był mój dzień na sandacza...
    Za każdym razem kiedy myśle że wiem dużo,dostaje kopa..
    Pozdro

  • wedkarz2309 2013-12-19 07:07:02

    Dzięki chłopaki.


    W dniu wczorajszym, wybrałem się po raz kolejny na Odrę. Mimo, iż warunki atmosferyczne raczej nie sprzyjały i można było spodziewać się niezbyt udanego wypadu, to nie mieliśmy zamiaru, wraz z kolegą, pozostawać w domach.

    Nad wodą byliśmy ok. godz. 7 rano, gdy było jeszcze ciemno. Uzbrojenie  wędek i jazda na pierwszą ostrogę.

    Piękny wschód słońca, latające dzikie gęsie, rzadko spotykane łabędzie krzykliwe, pierwszy raz widziane 4 orły jednocześnie i inne, piękne ptactwo wodne, w jakimś stopniu rekompensowało nam brak kontaktu z sandaczami.

    Na pierwszym zakręcie, zaliczyłem jeden, bardzo delikatny pstryk, który zakończył się wyjęciem małego szczupaka. Był "blady", niczym albinos. Na drugą część dnia, przenieśliśmy się kilkadziesiąt kilometrów w górę rzeki, gdzie obławialiśmy kolejny zakręt. Zaraz po zmroku, zanotowałem "niemrawy" kontakt z małym sandaczem.

    I to by było w sumie na tyle.

    Powalczymy w week .

  • wedkarz2309 2013-12-21 06:48:39

    Wczoraj, kolejna próba, przechytrzenia sandaczy. Kolejny wyż, który przyszedł do nas na "chwilę" oraz kilkustopniowe ocieplenie się (pierwsza od jakiegoś czasu noc, bez ujemnej temperatury), skutecznie zamknął sandaczom pyski. A przynajmniej tym "moim". Z rana, gdy robiło się jasno, zaliczyłem na niemal wleczoną przynętę, bardzo delikatne "muśnięcie". Skuteczne zacięcie i po chwili na brzegu wylądował "gnieciuch". Taki ok. 40 cm sandacz jazgarz. Dostał po brodzie tak, że hak wyszedł... górną szczęką i biedak nie miał jak otworzyć w czasie holu, paszczy.
    Niemal przez cały dzień, padał deszcz i było zdecydowanie za ciepło. Pod wieczór, gdy się ściemniało, zaliczyłem drugi, równie delikatny pstryk. Tym razem, był to kaczodzioby pistolet (-50 cm). Oczywiście standardowo miał na sobie pijawki, ale ten osobnik, miał ich wyjątkowo dużo, a one były bardzo pokaźnych rozmiarów.
    W pon. lub wt., uderzamy raz jeszcze, ale nie po raz ostatni.

  • wedkarz2309 2013-12-23 19:49:44

    Mimo znacznego ocieplenia, wybrałem się dziś z Pawłem (gruncik28) i Michałem, aby trochę "poopadować". Sandaczy spodziewanie nie było, ale nic nie szkodzi.

    Nad wodą byliśmy o godz. 7 rano i już na dzień dobry, jeden z kolegów zalicza pierwszy kontakt z rybą, która po krótkiej chwili się wypina. Jak się okazuje, był to "najechany" leszcz lub sum. Na wolframie zostało dużo śluzu.

    Kilka główek dalej i ja mam "pstryk", ale "rybon", szybko dał znać, że to nic innego, jak agresywna w płetwie grzbietowej łopata (daję 99%, że tak to właśnie było). Nie odkręcam więc ustawionego "sandaczowo" hamulca i to pozwala leszczowi, wypiąć się dosyć szybko.

    Długo nic się nie działo, a przejechanie na inny odcinek Odry, zaowocowało jednym fajnym "kopem", którego sprawcą był mały, ok. 45 cm pistolet.

    Pod wieczór znaleźliśmy się w jeszcze innym miejscu. Dziś podpinki wygrały, gdyż Michał zaliczył na koniec podczepionego szczupaka ok. 50 cm, a Pawłowi udało się wciąć ok. 30 cm okonia.
    Ryby z przynętą z pysku - 2, podpięte ryby - 3.

    Końcówka grudnia, a czułem się jak na przedwiośniu.


    Do następnego.

  • wirefree 2013-12-23 22:43:52

    Ja zaliczylem godzinke w porcie w cigacicach w efekcie 1 krap wielkosci malej patelni sie zapiał na twistera. Niestety zapial sie za bok i skonczy na wigilijnym stole. 

  • wedkarz2309 2013-12-24 17:02:15

    Dziś krótki wypad z Pawłem (gruncik28). Najpierw poszła w ruch metoda bocznego troka, ale ryby, jakie udało nam się złowić, były bardzo małe. Później zmiana na cięższy spinning i próba złowienia szczupaka. I był, ale nieduży i po efektownej świecy, wypiął się.


  • brusmen 2013-12-27 13:57:48

    W końcu udało mi się odwiedzić a w zasadzie odnaleźć starą miejscówkę na odrze,no niestety ani szczupak nie dopisał ani sandacz.No cóż mamy jeszcze trochę czasu a może coś się zacznie dziać...

  • wedkarz2309 2013-12-28 10:35:15

    W dniu wczorajszym, wybrałem się z kolegą na nocnego sandacza. Wysokie temperatury nie napawały wielkim optymizmem, ale gdy zostało kilka dni do końca roku, pogoda nie gra większej roli - jedziemy szukać ostatnich (może nie dosłownie, bo ostatnia próba będzie w sylwestra) w tym roku sandaczy.

    Nad wodą byliśmy o godz. 14 i już na pierwszej główce, plecionka pokazała po raz kolejny, jak "lipna" jest po ok. 30 dniach łowienia (październik-grudzień). Gdy przynęta ugrzęzła w zaczepie i chciałem ją "odstrzelić"... nie zdążyłem dobrze napiąć plećki, a ona... strzeliła! To już nie po raz pierwszy.

    Po obłowieniu jednego odcinka Odry, wsiedliśmy w auto i pojechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów, w górę rzeki. Tam, sytuacje się powtarzają. Zarówno u mnie, jak i u kolegi. Plećka strzela koledze nawet przy samym zarzucie. Sprawdza jej wytrzymałość i... bez większego oporu, rwie ją w dłoniach. Taka jest już na całej długości - kończy łowienie. Ja obławiam jeszcze jeden basen i jedziemy w ostatnie, dzisiejszego dnia, miejsce.

    Po kilkunastu rzutach, doczekuję się pierwszego dziś "pstryka". Zacięcie i natychmiastowy luz. Nie poczułem ryby nawet na ułamek sekundy. Obcinka. Wiążę nową gumę i w bodaj drugim rzucie, plećka strzela! Sprawdzamy i moją, która w rękach strzela równie łatwo, jak ta kolegi.
    Nie mam więc pewności, że to była obcinka szczupaka.

    Jest godz. 23, kończymy na dziś - przez plecionki.

    Mamy takie same plećki, łowimy nimi równie krótko (cała tegoroczna jesień). Zaczęła strzelać mniej więcej w tym samym czasie. Przypadek?

  • jarek30 2013-12-29 08:11:15

     u mnie w brzegu dln ostatni udany dzien nad odrą po wielo godzinym sppinigowniu wreszczie go zobaczyłem moge z zadowoleniem zakonczyc sezon w tym roku woda mnie dobijala raz w góre potem w dół wczoraj woda bardzo poszła w góre mogłem wreszczie pójsc na swoją znaną główke po zakonczeniu i zrobieniu zdięcja zobaczyłem barke i chyba dzisiaj wody nie ma ale nie ma co jestem zadowolony zdiecje jest chwila adrenaliny po uderzeniu i odejszcia  z kołowrotka

  • kacpero 2013-12-29 23:02:24

    a jakiej firmy ta plecionka?miałem tak w zeszłym roku z plecionką dragona, nie pamietam dokładnie modelu ale kosztowała ok 100zl wytrzymałośc ok 12 kg. koloru czerwonego.w tym sezonie no tak 34 sezonu zmienilem na power pro super 8 slick iz czystym sumieniem polecam, jedyny minus to troche się odbarwiła ale to juz chyba norma z takimi kolorami jak fluo czy czerwona..jade jutro rano chyba po raz ostatni pożegnać sie z odrą, to już bedzie z 3ci ostatni raz :) ale cuż,cięzko pogodzic sie z faktem że aż do maja trzeba zapomnieć o spinie.pozdro 

  • wedkarz2309 2013-12-30 10:06:48

    Nie za wielki (przynajmniej na takiego wygląda na zdjęciu), ale cieszy - gratuluję.

    Co do plecionki, to jest to Sufix832

    A dlaczego przerwa ze spinem aż do maja? Osobiście, od 1go stycznia, ganiam przez całą zimę za pstrągami.

  • wedkarz2309 2013-12-31 22:19:52

    W dniu dzisiejszym, wybrałem się na Odrę, zakończyć rok 2013. Nad wodą byłem o godz. 7 rano, gdy było jeszcze niemal zupełnie ciemno. Szybkie "skręcenie" zestawu i...  niestety, nie będę sam. Już widzę jednego spinningistę. No trudno, Odra nie jest moją własnością, każdy, posiadający kartę wędkarską, z ważnymi "znaczkami", ma prawo w niej łowić. Mam cichą nadzieję, że nie łowi metodą opadową. Obławiam pierwszy basen, drugi, trzeci... Jest cisza, żadnego pstryknięcia, czy też "poruszenia" na plecionce. Z drugiej strony widzę kolejnego spinningistę, a w pewnej chwili, pojawia się trzech kolejnych. Łowią metodą opadową - nie lubię tłoku, więc po obłowieniu kolejnej główki, mam w planach się stąd zwinąć. U chłopaków, którzy łowią w trójkę i każdy innym kolorem gumy, też pustka. W końcu, jeden z nich, zacina na NAPŁYWIE jakąś rybę i wyjmuje... podczepionego za bok sandacza. Są, ale nie żrą. Rybę oceniam na niespełna 60 cm. Niestety, finał C&R, był iście polski, tj. "Catch&Reklamówka" i to dosłownie. Żywy sandacz, powędrował do czarnej reklamówki.

    Zwinąłem się i pojechałem kilkadziesiąt kilometrów niżej, gdzie miałem ogromną nadzieję, na łowienie w samotności. Niestety i tutaj, gdzie zazwyczaj nikogo nie ma, są wędkarze, którzy przyjechali, zakończyć ten rok.
    Lecący orzeł zdradza, że niewiele wyżej, tuż za zakrętem, jest kolejny, najprawdopodobniej wędkarz.

    W godzinach popołudniowych, doczekałem się pierwszego "pstryka" z zapływowego dołu, niemal spod warkocza. Był to mały, 40+ cm szczupak.

    Pod koniec łowienia, gdy obławiam kolejny basen i "dojeżdżam" do miejsca, gdzie jest zaczep, o którym wiem, przyspieszam prowadzenie przynęty, aby się tam nie wpakować i niemal od razu, czuję szarpnięcie, które natychmiast kwituję zacięciem. Podczas zacięcia, następuje jeszcze jedno szarpnięcie, z wyraźnym przejechaniem zębami, po plecionce. Ryba się nie wcina. Niestety też nie powtarza.

    Zostałoby się do 24, ale trzeba się zwijać, bo jutro skoro świt, trzeba się pojawić na pstrągowej rzece i otworzyć rok 2014. Łowy kończę o godz. 16.

    Na Odrę planuję wrócić od marca. 

  • wirefree 2014-01-01 01:52:33

    Ja odwiedziłem Odre na wysokości zielonej góry i starorzecza juz sa zamarzniete zero bran przelotki zamarzaja chyba koniec do wiosny ze spiningiem.

  • tomeqbrzez 2014-01-01 11:47:18

    A ja 30 byłem na starorzeczu - było jeszcze rozmarznięte i złowiłem szczupaczka 43 cm. Wczoraj wybrałem się znów, starorzecza już skute lodem. Pomachałem godzinkę nad Odrą - bez brania.

    Wszystkiego dobrego w nowym roku:)!

    Esox - 43 cm.


    Ja odwiedziłem Odre na wysokości zielonej góry i starorzecza juz sa zamarzniete zero bran przelotki zamarzaja chyba koniec do wiosny ze spiningiem.

  • stahu89 2014-02-21 14:38:33

    Dziś Kaczawa i pstrąg 28cm

  • wedkarz2309 2014-05-02 12:12:26

    W końcu, tak długo wyczekiwana majówka, nastała! Tak bardzo wyczekiwana była z powodu... bolenia!
    1 maj, godz. 2.30, pobudka. Szykowanie się, upewnianie się, że wszystko zabrane i o godz. 4, wyjazd. Nad wodą jesteśmy przed godz. 5 rano, wypełnienie rejestru i zaczynamy! Ostatecznie jesteśmy we dwójkę, więc kolega idzie w dół rzeki, natomiast ja w górę. Z początku mam X główek bardziej pod jesiennego sandacza - pod bolenia lubię inne. Omijam je więc i idę "pod prąd", aż dojdę do miejscówek, które mnie interesują.
    W końcu jestem na "chcianych" ostrogach i ok godz. 6, zaczynam skradanie się. Pierwszy kontakt z rybą mam już na przelewie pierwszej główki. Był to ok. 30 cm jaź, który "pstryknął" w boleniowego wobka 9 cm.
    W kwietniu boleń walił na szczytach bardzo pięknie, a dziś (tzn., wczoraj) cisza. Zero ataków na powierzchni wody. Po obłowieniu 2-3 ostróg, zakładam inną przynętę, którą postanawiam poszukać bolenia trochę głębiej. Obławiam zapływ, wycofuję się i podchodzę do burty następnego basenu, aby wykonać kilka rzutów na napływ. Owa burta była dość dużą skarpą, wiec możliwie cicho zsunąłem się w dół, zmieniłem wobler na inny, aby móc lepiej obłowić napływ i po kilku rzutach, gdy robię wymach w drugą stronę, aby przeprowadzić wabik pod samą burtą, widzę pierwszy dziś atak bolenia. Niemal dokładnie tam, gdzie leciał Soul. Przynęta opadła tuż za atakiem i po kilku obrotach korbką, nastąpiło małe "zagotowanie". Hmmm., powtórzy? W drugim rzucie, gdy zbliżam się do jednej z bardzo nielicznych traw w wodzie przy tym poziomie Odry, następuje pewne branie i gwizd kołowrotka, który był ustawiony bardzo delikatnie. Boleń był mały i hol nie trwał długo. Jedynie ciężko było go podebrać, ale jakoś się udało i po niespełna godzinie łowienia, udało się otworzyć boleniowy sezon, wyrośniętą ukleją. Mała rapa miała 51 cm.
    Niedługo po złowieniu bolenia, dostaję od Michała sms"a, że spina pod nogami przyłów w postaci dużego sandacza - ocenił go na "pod metr". Uff, dobrze, że to maj, bo w czerwcu byłoby czego żałować.
    Idąc dalej, obławiam kolejne główki i gdy w końcu udaje mi się zauważyć drugi tego dnia atak bolenia, zaraz po tym, widzę, jak jakaś przynęta ląduje w wodzie. Okazuje się, że to dwaj spinningiści, którzy chodzą za bolkiem. Spytałem, skąd idą i stwierdziłem, że nie będę robił po nich miejscówek i wróciłem się do auta.
    Czekając na Michała, rozbieram się, wyciskam ze spodni i skarpet wodę. Z kaloszy wylewam ją, jak ze szklanki. Rozkładam wszystko w słońcu na wysokich trawach i po "własnym wyschnięciu", ubieram się w suche, zapasowe ubrania oraz buty i jedząc drugie śniadanie, czekam na kolegę. Gdy dołącza do mnie, także się suszy trochę i jedziemy na inny odcinek Odry, gdzie niestety nikt z nas nie ma żadnego kontaktu z rybą.
    W porze obiadowej, robimy krótką przerwę na... obiad - kiełbaski z ogniska. Na późne popołudnie i wieczór, wracamy w miejsce, gdzie byliśmy z rana. Kolega na drugiej ostrodze spina po kilku sekundach bolenia, a ja po obłowieniu kilku miejsc, przy wyjmowaniu przynęty z wody, zostaję ochlapany przez bolenia, który goniąc za przynętą, niemal "wlazł" na brzeg. Niestety, akurat patrzyłem się gdzie indziej i go nie widziałem i zabrałem mu przynętę spod samego "pyszczydła". Szkoda, bo ten był większy od porannego.
    Gdy zbliża się wieczór, a wraz z nim burzowo-deszczowe chmury, postanawiam wracać. Oczywiście brzegiem rzeki i gdy niedaleko auta widzę dwa ataki fajnej rapy, posyłam tam wobka. W pierwszym rzucie, gdy przynęta znajduje się na wysokości ataków, widzę na powierzchni wody falę, ale atak nie następuje. Spłoszył się? Być może, gdyż więcej się już nie pokazał.
    Gdy idę już do auta, widzę czekającego Michała, a przy nim... martwy boleń. Ryba połknęła wobka bardzo głęboko i rozorała sobie kotwicą jedną ze skrzeli. Zaraz po wyjęciu z wody, zdechła. Kolega jest bardzo zły z powodu tej sytuacji. Tym bardziej, że jest to jego nowa życiówka - 67 cm.
    Pakując się, zaczyna padać i błyskać. Wyjeżdżamy po godz. 21 i w drodze powrotnej łapie nas oberwanie chmury. Deszcz "napierdziela" tak, że momentami mało co widać, asfaltem płyną "rzeki", błyska się, grzmi. Pierwszomajowa ulewa+burza.
    Planowaliśmy spędzić majówkę (1-3) nad wodą, ale pogoda trochę zmieniła nasze plany.
    Do następnego.


    Sezon otwarty "wyrośniętą ukleją" - 51 cm.

  • kacpero 2014-05-03 14:12:41

    Siema, wkońcu sezon rozpoczęty :)Zaliczone dwa wypady i całkiem nieżły wynik:1 maja 5 boleni : 75, 73, 72, 70 i 68 plus taka gruba 80 która się wypięła pod nogamido tego przyłów sandacz 75cm bardzo gruby, myśle że ok 5 kg2 maja troche gorzej ale tez niezle bo 3 bolki : życiówka 78 plus dwa maluchy 68 i 65 iznów przyłów z którym walczyłem poł godziny, sumek 120 :)dzisiaj odpoczynek bo nadgarstek boli... :) 

  • kacpero 2014-05-03 14:39:09

    zapomniałem dodać cenną wskazówke, wszystkie ryby zostały złapane na gumę,lunatic i reno killer rozmiar 8cm i kolory białe i perłowe... główki 17 i 20 gram żeby daleko leciałyi prowadzenie w ŚREDNIM tempie.. spotkałem w tym czasie z 5 kolegów którzy uparcie rzucali woblerami i szybko zwijali, żaden nie wyjął większego bolka jak 60cm..
    1maja 3 bolki 75,73 i 72 złapałem w ciągu 20min z tego samego miejsca, był to napływ główki,głębokość ok 3m,  na koniec w tym samym miejscu uderzył sandacz :) technika ta sama zwijanie z prądem,przyśpieszenie tylko jak czułem że zbliżam się do dna, ryby brały z poł toni. 

  • kacpero 2014-05-03 14:49:22

    aaa, :)tylko jedna osoba mnie posłuchała i zmieniła przynęte na gume, białego twistera ok 10cm,wynik bolek 80cm w drugim rzucie :) tym razem ze środka przed taką małą rafką z kamieni,widac ją jak jest niski stan wody,teraz akurat była zakryta ale nie było wiecej jak poł metra wody,przed nią jest mały dołek góra do 2metrów :)

  • kacpero 2014-05-03 23:27:23

    właśnie wróciłem z szybkiego wypadziku, od 20 do 23bolków nie było za to było strasznie dużo leszczy, co 3 rzut podpinka ehh,więc zmieniłem miejscówke o pare metrów żeby ich nie ranić i nagroda w postacipiękniego sandacza :) równe 80cm :) szkoda tylko że nie poczekał jeszcze miesiąc... chociaż myśle że taką bestie pewnie i w czerwcu bym tez wypuscił... tym razem mam fajną fotkę bo nie byłem sam i szybko można było pstryknąc :)z ostatnich dwóch wypadów tez mam kilka ale samych ryb.. musze tylko znależsc kabelek do telefonu to wstawie :)

  • szczupi 2014-05-07 15:01:38

    6-05-2014 Pierwszy dzień w maju nad wodą Odra starorzecze.Nastawiony na okonie (brak) myślami boleń i jest.

  • wedkarz2309 2014-05-08 16:33:35

    Gratuluję Tomku!


    W końcu, po dłuższej przerwie, udało się wyskoczyć na ryby. Było to wczoraj. Przed południem miał zacząć padać deszcz, więc plan był następujący: jedziemy o 4, aby być skoro świt, a gdy zacznie padać deszcz (który miał już być do wieczora), pojedziemy do domów. Początkowo zebrała się konkretna ekipa, gdyż mieliśmy jechać w piątkę, lecz ostatecznie pojechało nas dwóch.
    Zaczęło się od tego, że... śpię i ktoś do mnie dzwoni (godz. 4.15). Patrzę, a to Krystian (pucio9633), który czeka u siebie pod domem. Ajć, ale wpadka, miałem być u niego o godz. 4, a ja jeszcze śpię. Budzik o godz. 3, mnie nie obudził. No trudno, jem szybko (tak, ja i szybkie konsumowanie pieczywa...) śniadanie i po godz. 5, jestem u kolegi. Dziś jedziemy najbliżej, jak się da, więc nad wodą jesteśmy po kilkunastu minutach jazdy. Aby sobie nie przeszkadzać, idę w dół rzeki, ok. 2,5 km i będę szedł w stronę kompana.
    Ranek jest ładny i ciepły (niemal bez rosy). Na wodzie niestety jest cisza. Czasami zdradzi swoją obecność MAŁY boleń, a poza tym, to woda martwa. Nawet ukleje za bardzo nie oczkują.
    Kolega dosyć szybko do mnie dochodzi, więc idziemy do auta (po drodze jeszcze obławiamy kilka miejsc), robimy przerwę na śniadanie i ponownie się rozdzielamy.
    Nie zdążam dojść do wybranego miejsca i... niestety prognozy sprawdziły się bardzo dokładnie - godz. 10.30, zaczął padać deszcz. To by oznaczało "planowy" powrót do domu, ale chęć próby złowienia deszczowego bolenia, była większa. Niestety, wraz z deszczem, przybył silny wiatr, który mocno utrudniał celne rzucanie. Był "nieregularny", więc branie poprawi na wiatr niewiele dawało. Obłowiłem kilka miejsc, szukając bolenia w przeróżny sposób, ale bez efektu. Niestety moje ubrania nie są wodno odporne, więc szybko zostałem przemoczony od pasa w dół. Postanowiłem wrócić do kolegi i jechać do domu, ale „chcenie” dalszego rzucania, zwyciężyło. Kilka deszczowych godzin, to jedynie spięty przez Krystiana szczupak i podpięty przeze mnie okoń. W drogę powrotną ruszyliśmy przed godz. 14.
    Był to drugi wypad w tym roku, kiedy zblankowałem. Taki wynik, był poniekąd do przewidzenia (zwłaszcza z moim "boleniowym doświadczeniem"), ale trzeba walczyć nie tylko wtedy, gdy jest lekko, łatwo i przyjemnie.

    A na koniec ciekawostka: Niemal na każdej ostrodze, były resztki zjedzonych małych leszczy i krąpi. Ryby po 20-30 cm. Jednak w pobliskim porcie, na brzegu leżały same duże ryby. Zabite, wyjęte na brzeg i zazwyczaj lekko nadgryzione. Zauważyliśmy 4 leszcze i 1 szczupaka. Dwie zmierzone łopaty miały 65 i 60 cm. Dwie pozostałe, mieściły się w tym przedziale. Szczupak miał na szybko 78-80 cm. Co ciekawe, wszystkie leszcze, to samice. U jednej (tej nieco mocniej zjedzonej), zauważyłem dużo ikry. Kilka dni wcześniej, widziałem tak samo nadgryzionego sandacza 50+ cm, a kolega świnkę 50 cm. Była też brzana, ale ona była przecięta w pół i nie miała żadnych śladów po pazurach. Nikogo "za futro" nie złapałem, ale najprawdopodobniej jest to sprawka norek amerykańskich - seryjnych zabójców. Kto się interesuje choć trochę przyrodą i czytał o tych niepozornych stworzeniach, wie o czym piszę.

  • wedkarz2309 2014-05-11 09:08:11

    W końcu, przez cały dzień, nie było deszczu. Jedynie silny wiatr utrudniał rzucanie, ale i na to, znalazł się sposób.
    Niestety, drugi raz z rzędu, nie obudził mnie budzik. Na szczęście przebudziłem się (trochę rychło w czas) i natychmiast sms do kolegi, że wyjazd się opóźni.
    Nad wodą byliśmy o godz. 10 rano. Zostawiam Michała przy Odrze, a sam jadę kilka kilometrów w dół rzeki. 
    Przedzieram się przez wysokie trawy oraz pokrzywy (skubane już potrafią być momentami wyższe ode mnie) i po kilku rzutach stwierdzam, że nie da się normalnie rzucać. Silny wiatr, prosto w twarz, bardzo mocno skraca rzuty. Od razu na myśl przychodzi "torpeda", która powinna sobie w tym warunkach poradzić. Jest to Fantom, który spełnił moje oczekiwania - latał pod wiatr, aż miło.
    Już na drugim napływie, mam przytrzymanie i natychmiast ryba zdradza stylem walki, że jest przyłowem w postaci szczupaka. Po kilku pewnych szarpnięciach kijem, ruszył w górę rzeki, pokazując co jakiś czas (typowym dla szczupaka, konkretnym trzepnięciem łba), że to on. "Prosiłem" go tylko, aby nie przeciął żyłki. No i nie przeciął, postanowił mi oddać przynętę, wypinając się. Ajć, to nie był mały szczupak. No trudno, pocieszam się tym, że jestem na boleniach i to one mają się pokazać, a nie przyłowy. Nie chcę strzelać, ile mógł mieć cm, ale na pewno nie był to 60 cm "glut".
    Dwie, może trzy główki dalej, zaliczam "rybi siad". Oby tylko się nie wypięła - myślę, gdyż tym razem, jest to ładny boleń. Niestety, po niedługiej walce, tracę drugą rybę. Tym większa szkoda, że była to ryba, którą chciałem złowić i był na kiju wystarczająco długo, aby swoją masą sprawić, aby pomyśleć o na prawdę ładnym boleniu - możliwe, że była to życiówka, jednak nie chcę pisać, że na pewno.
    Schodząc niżej, spotykam znajomego wędkarza. Zamieniam kilka zdań i kontynuuję schodzenie w dół rzeki. Na jednym z przelewów, mam pstryknięcie, a po zacięciu niezbyt mocne wygięcie szczytówki, chwilowe zagranie hamulca i luz. Tej ryby nie szkoda, gdyż była mała.
    Po przejściu dłuższego odcinka, wracam do kolegi, który już czeka przy aucie. Jak się okazuje, na dzień dobry miał kontakt z boleniem, który zaatakował wobka w taki sposób, że przynęta wyskoczyła ponad powierzchnię wody.
    Na dalsze łowy, pojechaliśmy kilkadziesiąt km w dół rzeki. Zgodnie z prognozami, wiatr z wieczora ucichł i można było rzucać wszystkimi przynętami. Ja poszedłem w dół rzeki, kolega w górę.
    Z bezwietrznym wieczorem, wiązałem najwięcej nadziei. Niestety, woda jakby martwa (no, przez cały dzień, kilka sztuk się pokazało, ale były to pojedyncze ataki, bez powtórzeń). Zakładanie różnych przynęt i prowadzenie ich w różny sposób, z różną prędkością i w różnych partiach wody, nic nie dało. Kolega trafił z przelewu kilkunastocentymetrowego okonia i to wszystko.
    Niby nie udało się nic złowić, ale ładny boleń na kiju był. Trafił się też szczupak. Niestety i tak bywa, że ryby się czasem spinają. Jest dobrze, oby w poniedziałek pogoda dopisała, to będzie okazja do rewanżu.
    Tak wyglądał z skrócie, "dzień spinek".

  • wedkarz2309 2014-05-16 11:16:29

    Jechać - nie jechać, jechać - nie jechać. Idąc w środę o 6 rano po świeże pieczywo, przez „mokrawe” chodniki, a następnie wpatrując się w zachmurzone niebo, a także dosyć mocny wiatr, który kołysał niedużymi drzewami, zadaję sobie te pytania.

    Prognozy nie są optymistyczne, ale... kurde, nad czym ja się zastanawiam, oczywiście, że jechać. Może bolenie nie grasują i jest ciężko, ale siedząc w domu, na pewno go nie złowię.

    Ruszam więc w drogę i po godz. 8 rano, jestem nad wodą. Tym razem sam, więc pełna samowolka - to lubię najbardziej. Udaję się na wybrany na mapie odcinek Odry, który jest dla mnie nowy, a więc typowe rozpoznanie. Bolenie boleniami, ale pomyślałem, że jak i dziś będzie posucha, to chociaż poznam nowy fragment Odry, a przy okazji, potrenuję jeszcze bardziej, skradanie się na miejscówkę - uważam, że jeszcze dużo nauki przede mną, w tym "rozdziale".

    Niemal od razu, napotykam się na... oskubaną z mięsa sarnę. Pozostał sam "szkielet". Obławiając kolejne miejscówki, staram się nie tylko skradać jak najciszej, ale także próbuję czytać wodę z jak najmniejszą ilością błędów.

    Nie każdym basenem da się przejść i czasami jestem zmuszony przedzierać się przez bardzo wysokie trawy i pokrzywy. Wszelkiego typu "niespodzianki" są zakryte i w ten oto sposób, zaliczam jedną nogą, "bobrzaną" norę.

    Przedzierając się przez kolejne pasmo pokrzyw, dostrzegam, jak wiele życia się kryje w tych "krzaczorach". Masa przeróżnych gatunków bezkręgowców - te wypalane i znienawidzone przez wielu wędkarzy trawy, tętnią niesamowitym życiem. Spędziłem w jednym miejscu dobrych 30 minut, obserwując i fotografując tę przyrodę.

    Ale ja na ryby przyjechałem, więc po dostaniu się w okolice kolejnej ostrogi, powtarzam po raz X, skradanie się, czytanie wody, kuszenie bolenia, itd.

    Po godz. 14, gdy baseny zaczęły się robić trochę głębsze, zakładam Fantoma, aby poszukać rap przy samym dnie. 2, może 3 rzut i jest piękny strzał (typowy sandaczowy strzał, jak przy łowieniu z opadu). Natychmiastowe zacięcie i jest ryba na końcu zestawu. No, w końcu - myślę. Ale od razu coś mi nie pasowało. Ten styl walki, nie przypominał mi żadnej ryby. Po chwili widzę, jak coś błysnęło. Było to coś krótkiego, ale wysokiego, w kolorze złotawym. Pewnie leszcz, ale żeby chociaż był wpięty w pysk - pomyślałem znowu. Jak się okazało, był to samiec leszcza, który miał na sobie wysypkę tarłową. Dodatkowo, ciekł mleczem. Był wyjątkowo agresywny w... brzuchu. Niech będzie, że przydusił, jak to sandacze lubią robić.

    Może dwie główki niżej, znowu podpinam leszcza, ale na szczęście ten szybko się wypina. Pozostawił jedynie po sobie śluz.

    Tak przechodząc z jednej ostrogi na drugą, znajduję urwanego wobka. Da się nowe kółka łącznikowe, kotwice i będzie można działać.

    Jest po godz. 16, a więc słońce jest już w takim położeniu, że rzucam na wodę cień. Postanawiam więc wrócić do auta i pojechać na najbliższy most, aby znaleźć się na drugiej stronie Odry. 

    Wdrapując się po skarpie, wychodzę na... drugą martwą sarnę. Ta jest lekko nadjedzona.

    Chcąc dostać się do jakiejkolwiek drogi, muszę przedzierać się przez zarośniętą łąkę, jednak w oddali widzę pasące się krowy. Tam trawa musi być "wystrzyżona" i niedaleko jakieś dojście do "cywilizacji". Okazało się, że pasie się 5 sztuk: dorosła krowa, roczna jałówka i trzy małe cielaki. Postanawiam podjąć próbę podzielenia się z jednym z malców, kanapką. Jak się okazało, ten, którego poczęstowałem, szybko doszedł do wniosku, że pieczywo jest dobre i stał się wręcz nachalny, niemal wchodząc na mnie - jadł nawet "z buzi". Kanapka szybko się skończyła, więc pożegnałem się z nim i ruszyłem w drogę powrotną. Po przeszło godzinnym marszu szosą, jestem przy aucie i jadę kilka kilometrów na najbliższy most, aby udać się na drugą stronę. Gdy jestem na miejscu, widzę trzech spinningistów, którzy ganiają za bolkiem. Przeprowadzam krótki wywiad i jadę w górę rzeki - nie chcę obławiać świeżo po nich.


    Gdy zachodzi słońce, a wychodzi księżyc (pełnia), cisza, która panowała na wodzie przez cały dzień, kończy się. Po drugiej stronie, widzę żerowanie grubych kleni. Natomiast po swojej stronie, namierzam stado podrostków - takie do 40 cm. Niektóre z nich wyskakują całe ponad powierzchnię wody. Zakładam więc Soula, którego mogę poprowadzić w silnym nurcie bardzo wolno. Szybko udaje mi się skusić jednego z nich. Taki może 30 cm, który się wypina.

    Gdy się ściemnia, robi się na prawdę zimno, więc wskakuję w bieliznę termalną, zakładam latarkę czołową i wracam do łowienia. W jednym z basenów, widzę, jak coś niedużego, gania drobnicę. Jest przynajmniej kilka sztuk tego drapieżnika. Wędkarska ciekawość nie daje za wygraną i próbuję skusić chociażby jednego osobnika. No i po wielu rzutach się udaje. Jest to wypasiony, ale bardzo mały bolek. Na oko do 41, max., 42 cm. Taka wyrośnięta ukleja.

    Jest bezchmurnie, więc księżyc mocno świeci, a to pomaga mi dalszą obserwację wody. Kilka ostróg niżej, namierzam bolenia. Po atakach, jest to podobnie mała sztuka, jak ta wyjęta, ale... może jest ładny, tylko tak niepozornie atakuje te ukleje. Tym "usprawiedliwiam" swoją próbę złowienia go. Nie zapalam latarki, aby go nie spłoszyć. Podchodzę bardzo wolno, starając się stawać jedynie na większych kamieniach, z nadzieją, że żaden z nich nie będzie ruchomy i nie spłoszę żerującego bolenia. Udaje się, w trawie nie trafiam na żadną butelkę, żaden kamień mnie nie zawiódł. Kucam w wybranym miejscu, czekam do kolejnego ataku i posyłam przynętę do wody. Po kilku rzutach, następują dwa "skubnięcia" i widzę, jak ryba ucieka w nurt. Ajć, co za amatorka - nie zaciąłem. Zbyt mocno czekałem na natychmiastowy odjazd, a tutaj takie delikatnie branie. Ryba już nie wróciła, a przynajmniej przestała żerować. Chyba się ukłuł.

    Jest po godz. 22, chętnie bym jeszcze został i porzucał, ale trzeba się zwijać do domu.




    Na dobranoc - wyrośnięta "ukleja".

  • dawid73132 2014-05-16 23:37:45

    Ciekawy wypad :)

  • szczupi 2014-05-17 21:06:15

    Sobota 17-05-2014 Chełm Godzina 7-00
    Po pracy postanowiłem pojechać i doładować akumulatory.Zaczynam szukać okoni niestety efekt zerowy.Postanawiam przechytrzyć bolka, i udaje się dostać  małego  40+Po chwili aktywność żerowania ustaje.Około południa w deszczu wracam odespać noc, jutro Lubiąż Woda wysoka i rośnie. Zdjęć niestety brak z powodu zgubienia telefonu, a zastępczy ma aparat taki żeby był.

  • wedkarz2309 2014-05-24 11:26:16

    Po ciężkim majowym początku, przyszło ocieplenie i większa woda. To dawało nadzieję, że w końcu bolenie zaczną chlapać, jak należy. Początkowo, miałem jechać w piątek na drugą część dnia i w sobotę (dziś) to powtórzyć. Jednak po sprawdzeniu prognozy pogody, nastąpiła zmiana decyzji - jadę na cały piątek.
    Trochę ciężko było wstać o 2.30, świeżo po nieprzespanej nocce węgorzowej, ale myśl o boleniu, szybko postawiła mnie na nogi. Nad wodą byłem przed godz. 5 rano, jeszcze przed wschodem słońca. Mimo jednej z najchłodniejszych godzin, jest bardzo ciepło. Według prognoz jest 18 st. - i faktycznie czuć to. Do tego silny południowy wiatr, dzięki któremu, rosy jest jak na lekarstwo. Na dzień dobry, w trzecim rzucie, żyłka przechodzi przez kotwicę i zwijam "śmigło". Gdy dochodzę przynętą do traw, z nich wyskakuje boleń, który nie trafia w wobka. Wyskoczył cały na powierzchnię wody - duży nie był, miał ok. 60 cm. Ale trochę szkoda, bo byłby szybko otwarty dzień.
    Idąc w dół, przedzieram się przez trawy i błotniste brzegi. Kierunek silnego wiatru, dosyć mocno utrudnia wykonywanie celnym rzutów. Mimo poprawek, nie rzadko przynęta ląduje nie przy trawach, a w nich. Przez to, palę kilka miejscówek. Po obłowieniu kilku miejsc, postanawiam pojechać gdzie indziej, gdzie wiatr będzie moim sprzymierzeńcem, a nie "utrapieniem".
    Po dojechaniu na nowe miejsce, widzę ataki boleni. Nie były to jakieś energiczne ataki, ale było ich całkiem sporo. Co ciekawe, bolenie pokazywały się przede wszystkim na przelewach, które przy obecnym stanie wody, były wręcz niedostępne z brzegu. Co prawda, udało mi się jednego skusić do brania, ale na niewielkim strzale się skończyło. Delikatnie "niuchnął", czy nie trafił w kotwicę?? Osobiście stawiam na pierwszą opcję. Tym bardziej, że jego ataki na drobnicę, były bardzo anemiczne.
    Po namierzeniu bodaj trzeciego bolenia, który dosłownie siedział na przelewie i tam walił w ukleję, postanowiłem, że nie odpuszczę mu i dostanę się przynętą w te miejsce. Od zapływu było to niewykonalne. Przeszedłem więc na napływ, ale stamtąd było jeszcze gorzej. Postanowiłem więc, skraść się powoli na sam szczyt. Gdy się tam dostałem, kucnąłem i po chwili wykonałem pierwszy rzut, skośnie w górę rzeki, aby w szybkim tempie, sprowadzać wobka do siebie, przecinając po drodze, stanowisko ryby. Przy którymś z kolei rzucie, nastąpiło upragnione przelewowe trzepnięcie. Te brania, z przelewów, lubię najbardziej. Nawet nie ma z czego docinać. Hamulec miałem przykręcony trochę mocniej, niż zazwyczaj i zamiast odjazdu, nastąpił wyskok bolenia ponad lustro wody. Był to standardowej wielkości malec, który za wiele nie powojował. Był mały problem z podebraniem. Ale jakoś dostałem się do wody przez trawy które oddzielały mnie od wody. Bolek zapięty był za jeden grot tylnej kotwiczki, ale jak się okazało przy wypinaniu, siedział bardzo pewnie. Miarka pokazała zaledwie 54 cm, ale lepsze to, niż nic. Wielkość, nadrobił poniekąd przelewowym braniem - jak już wyżej wspomniałem, je lubię najbardziej. Aaa, przynętą była imitacja uklei od Bryki.
    To była godz. 10, a od 11, zrobiłem sobie przerwę, chowając się w cieniu przed największym upałem (30 st., mimo wiatru, dawało o sobie znać) i delektując się lodowatą wodą z termosu. O godz., 14, nie wytrzymałem i powróciłem do łowów. Tym razem, wróciłem na miejsce z rana, ale po przebraniu się w sandały i wskoczeniu w kąpielówki, postanowiłem pobrodzić, aby dostać się do bolenia, który walił na samym szczycie, zalanej jeszcze ostrogi. Niestety, dwóch wędkarzy mnie uprzedziło i weszli na miejscówkę tuż przede mną. No trudno, poszedłem więc na następną ostrogę, ale tam nie widziałem tłukących boleni. Ale chociaż miło było się schłodzić w wodzie.
    Gdy obłowiłem wybrane miejsca, powróciłem do auta, aby udać się gdzie indziej. No i zauważyłem znajome auto. Był to mój były wychowawca ze szkoły średniej i nauczyciel j. rosyjskiego. Jak się okazało, dopiero przyjechał i szukał miejsca, do rozłożenia się z tyką lub batem. Przysiadłem więc obok niego i tak rozmawialiśmy do godz. 21, kiedy zaczęło się błyskać i grzmieć. Za boleniem więc już nie poganiałem, ale fajnie było się spotkać po dłuższym czasie i pogadać. Oczywiście umówiliśmy się wstępnie na ryby.
    W drodze powrotnej, mogłem podziwiać piękne pioruny, a wjeżdżając do Lubina, następuje prawdziwe oberwanie chmury.
    Mam nadzieję, że w poniedziałek pogoda dopisze i będę mógł znowu poganiać za boleniami. Trochę szkoda, że spóźniłem się z poziomem wody o 2 dni, gdy było niewiele poniżej 400 cm. Wczoraj, w godzinach popołudniowych, było już tylko 288 cm.



    Mały, ale wyjęty po przepięknym braniu na przelewie.



Reklama
Reklama