Reklama
  • emil30 2014-05-26 14:52:59


  • emil30 2014-05-26 14:55:29


  • emil30 2014-05-26 15:04:55

    Wczoraj trzy godziny nad Odrą w Ratowicach jeden leszczyk ok30cm i boleń 50cm z gruntu na rosówkę.

  • Reklama
  • wedkarz2309 2014-05-27 11:51:21

    No to trafił Wam się przyłów - gratuluję.


    W dniu wczorajszym, wybrałem się ponownie na odrzańskiego bolenia. Nie zrywałem się z łóżka, aby być nad wodą przed wschodem słońca. Na spokojnie wstałem sobie po godz. 6, wykonałem swoje obowiązki, ruszyłem w drogę i na miejscu byłem o godz. 9.
    Jak się okazało, kamienne ostrogi są już po części poodsłaniane, ale dużo traw jest jeszcze w wodzie. Pierwszą miejscówkę obławiam z brzegu, ale widząc te błoto i topiąc się w nim, odpinam dolną część spodni, ściągam skarpety i zaczynam brodzenie w butach. Nie wchodzę głęboko, co najwyżej po kolana. Bolenie widać i słychać. Co prawda nie są to kabany, ale w końcu na wodzie coś się dzieje.
    Pierwszej namierzonej ryby, nie udaje mi się zdjąć. Gdy zbliżam się do kolejnej główki, staram się podejść jak najciszej. Na początek obławiam napływ i staram się "zahaczyć" przynętą o przelew. Niestety, przynęta zatrzymuje się na nim i nie chce się odczepić. Podchodzę więc (będąc w wodzie) bardzo powoli i możliwie schylony, odczepiam ręką przynętę. Skoro już się znalazłem na szczycie, to postanowiłem wykonać przed siebie daleki rzut, aby przeprowadzić wobka przez cały warkocz. Już w pierwszym rzucie, nastąpiło pewne branie, a ryba po zacięciu zaczęła się szamotać. Trwało to dosłownie chwilę i później, już bez żadnej walki, doholowałem bolka pod nogi. Szybka fota, szybkie zmierzenie (53 cm) w wodzie, aby ryba była poza nią możliwie krótko i zwrócenie wolności.
    Schodząc w dół rzeki, obławiam kolejne miejsca, ale bez efektu. Jedynie "znajduję" martwą brzanę, ok 60 cm. Postanawiam pojechać na inny odcinek Odry. Tym razem zakładam sandały, wskakuję w kąpielówki i brodzę trochę głębiej - tak do pasa. Niestety w niektórych miejscach jest zbyt głęboko i jestem zmuszony iść brzegiem, uważając na suche patyki, puszki, butelki, itd. Bodaj dwie główki w dół, widzę, jak na szczycie grasuje boleń, atakując co chwilę stado uklei. Gdy w końcu zbliżam się wodą na jego rewir, wykonuję pierwsze rzuty tak, aby przynęta przechodziła przez przelew i od razu, w tych samych rzutach, obławiam także napływ.
    Gdy to nie przynosi wyczekiwanego trzepnięcia, skradam się na sam szczyt, kucam w trawach i posyłam przynętę w okolice ostatnich fragmentów warkocza. Gdy wobler jest +/- w połowie drogi, następuje pewne branie, które kwituję natychmiastowym zacięciem. Ryba duża nie jest, ale od razu daje się wyczuć, że nie będzie to też 50 cm "ukleja". Jakichś specjalnych odjazdów nie ma, ale ryba trzyma się mocno swojej wody i nie daje się tak łatwo podciągnąć do siebie. Stwierdzam, że nie będę go ciągnął na sam przelew, więc wchodzę bardziej w głąb klatki, aby tam na spokojnej wodzie go podebrać. Oceniam go na 60 cm, ewentualnie 59 cm. Miarka pokazała równe sześć dych. No, powiedzmy, że taki już między małym, a średnim.
    Ten połknął przynętę głęboko i tylna kotwica wbiła się w pokrywę skrzelową i samo skrzele. Jednak po baaardzo delikatnym zabiegu, udało się wypiąć rybę bez - mam nadzieję - większego uszczerbku na zdrowiu i jeszcze nie raz będę go widział, jak gania swoje ofiary.
    Schodząc niżej, bolenie zaczynają pokazywać się coraz rzadziej. Na wieczór, jadę w jeszcze inne miejsce. Miałem wielką nadzieję, że ta pora dnia, da kolejne bolenie i w końcu będzie coś konkretniejszego. Ale niestety, przed wieczorem wszystko ucichło i tak pozostało już do ciemka. No, jakieś tam bardzo sporadyczne, pojedyncze ataki były - takie, jak przez pierwsze trzy tygodnie maja.


    Jeden z dzisiejszych - 60 cm.

  • emil30 2014-05-27 17:38:08

    Gratulacje Mariusz.
    Sorki ale omyłkowo dodałem wpis nie tam gdzie trzeba.

  • wedkarz2309 2014-05-31 07:39:37

    Na sobotnie bolenie (tj., dzisiejsze), byłem wstępnie umówiony już od kilku dni, ale... nie wytrzymałem i pojechałem już wczoraj. Chociaż tak na kilka godzin, gdyż ostatnio byłem w poniedziałek, a 2 razy w tygodniu, to tak trochę za mało i ciężko było usiedzieć w domu.
    Początkowo miałem jechać z kolegą, ale ostatecznie niedoszły kompan wyprawy, został w domu, gdyż ma remont, ale postara się, nadrobić to w niedzielę.
    Na spokojnie się wyspałem, wyszykowałem, po drodze zajechałem na stację, zatankować auto. Podjechałem też do taty, który był na działkach i nad wodą znalazłem się w samo południe.
    Woda po kolejnych opadach deszczu, znowu poszła trochę do góry i przez cały dzień, powoli, ale jednak rosła. To powodowało, że wiele główek było zasyfionych, ale (może zabrzmi to nieskromnie - sorki) z "lekcji" sprzed lat, wiem, które są zasyfione, a które są czyste zawsze, nawet, gdy woda rośnie i niesie ze sobą pełno syfu. Wybrałem się więc na te czyste i zacząłem przedzieranie się przez pokrzywy.
    Po obłowieniu kilku główek, widzę, że ostatnie ochłodzenie, uciszyło trochę bolenie. Jednak gdzieniegdzie się one pokazywały. Pierwszego namierzam na 4, może 5 ostrodze. Było to te same miejsce, gdzie złowiłem pierwszego w tym roku bolka z dużej wody (dokładnie tydzień temu). Tak więc, wiedziałem, że z brzegu mogę go zdjąć tylko z tego samego miejsca, co poprzedniego. Skradłem się więc tam i na początek kilka rzutów, obławiających przelew. Po bezowocnych przeprowadzeniach, pierwszy rzut daleko w warkocz. Może 10 metrów ode mnie, następuje pewny atak. Niestety znowu "ukleja". Miara pokazała 51 cm.
    Schodząc niżej, najwięcej czasu tracę na przedostawanie się na główki (błąd, że dziś postanowiłem nie brodzić). Dostrzegam auto i zwijającego się spinningistę. Niestety, robię po nim główki. Ale po obłowieniu kilku miejscówek, widzę, że dalej nie szedł. Ba, od dużej wody, na pewno nikt nie łowił niżej, gdyż kilkudziesięciometrowej grubości pas wysokich pokrzyw, skutecznie odstrasza amatorów rybiego mięsa, a innego dojścia po prostu nie ma.
    Decyduję się więc, że przedostanę się na drugą stronę tych pokrzyw. I tak, pokonując decymetr po decymetrze, w końcu dostaję się nad wodę. Widzę przepiękny przesmyk, który powstaje przy obecnym stanie wody. Skradam się do niego bardzo cicho. Trawy są tak wysokie, że niemal zakrywają mnie całego. Pozostaję więc w pozycji stojącej i wykonuję kilka rzutów pod prąd, aby obłowić okolice napływu i początkową część owego przesmyku. Niestety nie mam żadnej możliwości na poprowadzenie przynęty przelewem, ale... przesmyk jestem w stanie obłowić cały.
    Wykonuje więc pierwszy rzut na stronę zapływową i prowadzę przynętę z wysoko uniesionym kijem - "wciskające" się w kołowrotek trawy, wymagały tego. Dojeżdżam woblerem do kantu zapływowej burty i końca przesmyku i... ŁUP! Siedział tam skubaniec i nie wytrzymał. Nie pokazywał się wcześniej, ale trzepnął w pierwszym rzucie. W końcu hamulec trochę pograł. W końcu trochę lepszy boleń, nareszcie na końcu zestawu, a ja szukam dogodnego miejsca, do podebrania. Szybko je znajduję i gdy ryba jest już coraz bliżej końca walki, widzę, że niemal cały, dziewięciocentymetrowy wobler, jest w pysku. Nie cieszę się, że siedzi pewnie, a martwię się, czy kotwica nie siedzi w skrzelach.
    Gdy go podbieram, obawy się potwierdzają, dwa groty siedzą tam, gdzie nie powinny. Ryba krwawi bardzo wyraźnie, więc wpuszczam go z powrotem do wody. W tym czasie, ustawiam aparat i szykuję miarkę, która pokazała 66 cm. Szybka seria zdjęć na samowyzwalaczu i reanimacja. Na szczęście ryba sama się "odpięła" z kotwicy, która siedziała w skrzelach - może to jej uratowało życie? Dochodziła do siebie bardzo długo, ale czułem, jak z minuty na minutę, nabiera coraz więcej sił. W końcu, odpłynął - mam nadzieję, że żyje i przekroczy niedługo "siedem dych".
    W czasie dotleniania, które trwało długo, na następnej główce, rozpraszał mnie kolejny osobnik tego gatunku. Dojście do niego było jeszcze gorsze, ale cierpliwie przedzierałem się przez pokrzywy i dopiąłem swego. Boleń tłukł bardzo pewnie i co chwilę. Zdejmę go - pomyślałem sobie. Wiedziałem, że muszę znaleźć się w dogodnym miejscu do wykonywania rzutów i prowadzenia przynęty, nie płosząc przy tym, żerującej ryby. Przykucnąłem przed wybranym miejscem i niemal na siedząco, skradłem się do samej wody.
    Seria rzutów w warkocz (siedziałem na początku przelewu, więc od razu i tę miejscówkę obławiałem), ale bez efektów. Zmiana przynęty na taką, którą będę mógł poprowadzić wolno i bardzo wolno, ale też nic. Wracam więc do poprzedniej przynęty i już w drugim rzucie, dosłownie kilka metrów ode mnie, na samym przelewie, następuje kapitalne łupnięcie i natychmiastowy gwizd kołowrotka. Nie mam nawet z czego docinać. Ryba przy nawrocie przewala się na powierzchni wody i widzę, że będzie podobny do poprzedniego, ale ten, w przeciwieństwie do tamtego, ma pomarańczowe płetwy. Po krótkim odjeździe, ryba siada na dnie i powoli, ale bardzo pewnie, idzie przelewem, w górę rzeki. Gdybym go nie widział, to bym pomyślał, że mam prawdziwego kabana. A może mi się przewidziało i faktycznie jest duży? A może po prostu mega silny? Gdy pokazał się na napływie, okazało się, że jest co najwyżej średniakiem. Ale był za to bardzo silny - najsilniejszy ze wszystkich, jakie złowiłem na spinning. W nurcie niewiele mogłem zrobić, więc wprowadziłem go na spokojniejszą wodę, ale tam też dał mi do zrozumienia, że szybko się nie podda. Tym razem, cały wobler był na wierzchu. Schowana była jedyne kotwica, która tkwiła w "nożyczkach". W końcu skapitulował i dał się podebrać. Ten miał 67 cm.
    W czasie sesji zdjęciowej, zaczął się rzucać i... wbił mi kotwicę między palce. Ajć, trochę zabolało. Przygniotłem więc go do traw, aby się wpierw uspokoił. Jedna kotwica w pysku ryby, druga w mojej dłoni. A jak zacznie się ponownie rzucać, to co wtedy? Na tę myśl, jak najszybciej wyrywam kotwicę z ręki. Powtarzam zdjęcie i zwracam rybie wolność.
    Dwa bolenie, złowiłem na sąsiadujących ostrogach, ale z powodu długiej reanimacji pierwszego i długiego czasu, przedostawania się na główki, między pierwszym, a drugim, jest przeszło 2 godz. różnicy.
    Na następnej miejscówce, notuję wyjście i widowiskowe trzepnięcie czwartego bolenia, który niestety nie trafia czysto (lub mnie w ostatniej chwili zobaczył). Całe zdarzenie miało miejsce tuż przed wyjęciem przynęty z wody, więc widziałem rybę bardzo dobrze. Był to znowu osobnik z pomarańczowymi płetwami - wielkość bardzo podobna, do poprzednich.
    Zacząłem zbliżać się do zasyfionych główek, więc wróciłem do auta. Zajechałem jeszcze w jedno miejsce, ale po wykonaniu kilkunastu rzutów, zwijam się do domu. Jest godz. 21, więc czas kończyć łowienie, aby w miarę się wyspać, przed dzisiejszymi łowami.
    Co prawda, obłowiłem raptem kilka główek i rzucania było bardzo mało, ale zdecydowanie się opłacało - ryby to wynagrodziły. Szkoda, że nie przekroczyły 70 cm, ale takie mogą już brać - nie są to już maluchy (jak dla mnie) i potrafią pochodzić na kleniowo-jaziowym kiju. 



    Jeden z trzech, wczorajszego popołudnia.

  • wedkarz2309 2014-06-01 18:27:05

    Sobota, godz. 9 rano. Zajeżdżam wraz z kolegą nad Odrę. Zostawiam go i jadę w dół rzeki. Pierwsza główka, druga, trzecia. Cisza, na wodzie nie dzieje się nic. Bolki siadły?

    Na czwartej miejscówce, gdzie jest przepiękny przesmyk, z którego nic nie wychodzi do przynęty, decyduję się na nieco wolniejsze i głębsze poprowadzenie przynęty - na powierzchni cisza, więc może żerują trochę głębiej. Efekt? Tam, gdzie się spodziewałem ryby, natychmiast wychodzi boleń, który idzie za przynętą bardzo "chimerycznie" i zauważa mnie, robiąc w ostatniej chwili zwrot i ucieka. Od razu sobie pomyślałem, że gdyby to był poprzedni dzień, to pewnie by już dawno trzepnął. Boleń miał 60-65 cm.


    No trudno, nie za każdym razem się udaje. Wiadomość od kolegi, o złowionym boleniu (62 cm) na Fantoma, jeszcze bardziej mnie utwierdza w tym, że dziś kluczem do sukcesu może być głębiej poprowadzona przynęta.


    Po obłowieniu wybranego odcinka rzeki, jedziemy gdzie indziej i tam na dzień dobry, kolega spina rybę. Na drugiej, czy na trzeciej główce, namierzam bolka i w końcu, po wielu kombinacjach, udaje mi się go skusić do brania. Było ono bardzo delikatne - siadł na końcu zestawu bardzo niewinnie. Wcinka i... w kołowrotek wplątuje mi się trawa, przez którą nie mogę zrobić obrotu korbką. Ryba natychmiast to wykorzystuje, przewala się na powierzchni (sześćdziesiątak) i się wypina.


    Wszystkie cztery kontakty z boleniami (3:1, dla nich), miały miejsce przed południem. Od południa, stały się nieuchwytne. Namierzam kilka sztuk, które co chwilę atakują drobnicę. Robią to jednak inaczej, niż zazwyczaj. Są to ciche ataki, bez rozbryzgów na powierzchni. Widać tylko "nawroty" i powstające przy tym "falowanie" wody.


    Ignorują wszelkie przynęty. Szybko, średnio, wolno (a nawet w miejscu). Taka przynęta, inna i jeszcze inna. Sięgnąłem nawet po małe obrotówki i kleniowe smużaki. Nic, bez najmniejszego zainteresowania, śmieją się, zdradzając co chwilę swoją obecność.


    Po godz. 16, kiedy obłowiłem wybrany odcinek rzeki, wracam do auta i zawożę kolegę do innego kolegi. Rozmawiamy dłuższą chwilę i wracam na Odrę, na wieczorną dogrywkę z boleniami.


    Namierzam trzy sztuki na trzech kolejnych główkach i próbuję je skusić na przeróżne przynęty i sposoby. Obławiam wszystkie trzy, ale ryby nadal ignorują moje przynęty, ganiając drobnicę.


    Gdy dochodzi godz. 21, wracam do auta, ale zachodzę na obłowione przed chwilą miejscówki, aby spróbować po raz ostatni. Gdy wchodzę na ostatnią i boleń nadal żeruje, powtarzam różne kombinacje, próbując skusić "gada".


    I... w kooońcu, ŁUP, gwizd i ryba siada przy dnie, wyginając kij bardzo mocno. Wchodzi w basen, ale po chwili robi nawrót i kieruje się w stronę nurtu. Próbuję go podnieść i czuję, że to może być piękna ryba. W końcu udaje mi się go podnieść na tyle, aby na chwilę zobaczyć go. Jestem zdziwiony siłą tak małego bolenia, ale zagadka szybko zostaje rozwiązana. Jedna z kotwic jest wbita poza pyskiem - za pokrywę skrzelową. Po chwili jedna z nich się odpina i ryba siedzi już tylko za pokrywę skrzelową, przez co hol jest zdecydowanie dłuższy, ale w końcu udaje się podebrać wyrośniętą "ukleję".



    Rzutem na taśmę - 55 cm.

  • Reklama
  • wedkarz2309 2014-06-03 19:08:44

    Mamy już czerwiec, a co za tym idzie - można łowić sandacza. Zapakowałem więc wczoraj dwa spinningi i dodatkowe pudełka z przynętami. Jeden zestaw pod bolenia, drugi pod sandacza.
    Nad wodą pojawiłem się w samo południe i zacząłem od szukania boleni. Jednak ochłodzenie zrobiło swoje. Na wodzie była zupełna cisza, nie działo się nic - jeden piękny atak po drugiej stronie i to wszystko. Pogoda była bardziej sandaczowa, aniżeli boleniowa, więc po obłowieniu kilku ostróg, nie wytrzymałem i wróciłem się do auta, po drugi "komplet". Od tej chwili, najpierw obławiałem "pod bolka", a następnie "pod sandacza". Nie lubię tego, gdyż nie skupiam się zbyt mocno na jednym gatunku i jestem "rozproszony".
    Sporo czasu straciłem na podglądanie dwóch zajętych przez dzięcioły (z młodymi) dziupli i przedzieranie się z miejsca na miejsce, więc tak prawdę mówiąc, samego łowienia było bardzo niewiele.
    Od godz., 16, zaczął padać deszcz. Pojechałem więc w inne miejsce i rzucałem już tylko za sandaczem. Bez efektów. O godz. 18, pojechałem do domu.
    I pomyśleć, że na jutro też planuję wziąć 2-3 spinningi. Maj ma ten plus, że ganiam za bolkiem i tylko on mi w głowie, bo sandacz ma okres ochronny.

  • wedkarz2309 2014-06-05 13:19:22

    W dniu wczorajszym, wybrałem się na kilkugodzinny wypad ze znajomymi. Ja, Michał, Albert (sandacz999) i jego dziewczyna, Edyta (atydew11). Nad wodą byliśmy po godz. 15. Chłopaki postanowili poganiać za szczupakiem, Edyta uczyła się na łonie natury, a ja zwinąłem się i pojechałem szukać bolenia.
    Pierwsza główka, druga główka - cisza. Skradam się na trzecią i gdy kucam, widzę, jak przy samym warkoczu, na zapływie, ucieka pojedyncza ukleja, ewidentnie pogoniona przez bolenia. W trzecim rzucie następuje pewne branie, ale ryba jest bardzo mała i szybko ląduje na brzegu. Taki, pod. 50 cm "uklej". Przy wypinaniu widzę, świeży ślad po haku/kotwicy, a więc nie tak dawno, był już złowiony i wypuszczony.
    Schodząc niżej, nie widzę już żadnej aktywności bolenia. Ten malec, to była jedyna ryba, która zdradziła swoją obecność.
    Po obłowieniu wybranego odcinka, wracam na miejsce "zbiórki" i czekam z Edytą na chłopaków. Jak się okazało, mieli na kiju po jednej rybie. Michałowi spiął się szczupak, a Albert zaliczył obcinkę konkretnej ryby (wolfram okazał się zbyt krótki). Był to twardy zaczep, który po chwili ożył i ruszył, jak lokomotywa. Sum? Duży szczupak?
    O godz. 20, Albert, wraz z Edytą, pojechali do domu, a ja z Michałem, przerzuciłem się na sandacze. Czesaliśmy wodę do godz. 0.30, ale bez efektów.


    Wyrośnięty "uklej".

  • wedkarz2309 2014-06-06 12:16:03

    Dziś krótki wypad na porannego bolka. O godz. 3 wyjazd, ale po drodze, zaliczyliśmy policyjną kontrolę, która zabrała nam jakże cenne, długie minuty. Wszystko było w porządku i przed godz. 4, byliśmy na miejscu. Już świtało dosyć wyraźnie, więc szybko się rozdzieliliśmy i zaczęliśmy skradać się za odrzańskimi rapami.
    Wchodzę na pierwszą główkę i widzę bardzo niemrawy i cichy atak. Pomyślałem, że to pewnie jakiś ledwo wymiarowy malec, ale pewności nie miałem, więc nie wytrzymałem i spróbowałem go skusić. Wykonałem może z 5 rzutów i na brzegu wylądował pierwszy bolas. Miara pokazała 61 cm.
    Na trzeciej ostrodze, widzę, jak ryba ucieka z przelewu, w stronę warkocza. Mając w pamięci, że już niejednokrotnie złowiłem bolenia po takiej "ucieczce", wykonuję rzuty daleko w warkocz i tuż przed przelewem, następuje kapitalny atak, robi się wir na wodzie, po którym słyszę ZZZZZZZZZZ.... Niestety, ryba przy odjeździe się wypina. A szkoda, bo wydawał się "godniejszy" od pierwszego.
    Schodząc niżej, nie mam już żadnego kontaktu. Co ciekawe, poza jednym niemrawym atakiem na pierwszej główce, na wodzie jest kompletna cisza.
    Po dwóch godzinach postanawiam wrócić do auta. Duża rosa, zrobiła swoje. Kalosze są w 3/4, wypełnione wodą, całe spodnie i kurtka też są mokre. Jestem przemoczony i zmarznięty. Rozbieram się więc i suszę wszystko, łącznie z sobą. Po niedługim czasie, wraca kolega. Niestety pech chciał, że złamał mu się nowy spinning.
    Kompan nie ma czym łowić, a moje ubrania się suszą, więc... kimamy w porannym słońcu i o godz. 10, ruszamy w drogę powrotną.
    Ot, taki krótki wypad, na wspaniałą rzekę, tj. Odrę.


    Na "Dzień Dobry" - 61 cm.

  • wedkarz2309 2014-06-10 15:31:16

    Upały dają ostro w kość, a gdyby tego było mało, okolice, w których mieszkam, są najgorętsze w całym kraju. 30kilka kresek na plusie, od kilku dni, utrzymuje się na termometrach. Jedynie w nocy, jest trochę chłodniej, więc... za dnia siedzę w domu, chłodząc się wiatrakami, a na ryby, ruszyłem dopiero z wieczora.
    Na miejscu byliśmy z kolegą wczoraj o godz. 19. Wziąłem kilka spiningów, aby być przygotowanym, na różne sytuacje i "zachcianki". Jeszcze przed zmrokiem, chciałem poganiać za rapami, jednak skusiłem się w pierwszej kolejności na kilka rzutów za wieczornym sandaczem. 2, może 3 rzut i jest wyraźny sandaczowy pstryk. Wcięcie puste, a na "sandrowym" ogonie są dwa ślady po kłach. Ich rozstaw jest imponujący, jednak to ogonek "twisterowy", więc owy rozstaw, biorę na dużą poprawkę.
    Oczywiście już nie poszedłem za boleniami. Po X rzutach, bardzo lekko uzbrojoną Sandrą, przechodzę na cięższy kaliber, zakładając żarówę na "30". Kilka, może kilkanaście rzutów i 10-15 metrów od brzegu, mam potężne, szczupakowe trzepnięcie, które kwituję natychmiastowym zacięciem. Ryba duża nie jest, ale idzie tępo w prawo. Jednak sandacz? Gdy ryba się pokazała, wszystko było jasne. To mały szczupak, który "szedł" z rozdziawionym pyskiem i gdy tylko znalazł się przy powierzchni, zrobił "świecę". Młody drapieżca miał ok. 45 cm, a całą guma, znalazła się w paszczy, pełnej "żyletek".
    Gdy nastała noc, zanotowałem jeszcze jeden sandaczowy pstryk, ale zacięcie również było puste. Kolega też miał ze dwa kontakty, ale również bez skutecznego zacięcia.
    O godz. 1 w nocy, poszliśmy do auta się trochę przekimać, ale mnie nie udało się zasnąć, więc po godzinie, wróciłem do łowienia.
    Przed godz. 5 rano, dołączył do mnie kompan i próbowaliśmy przechytrzyć porannego zeda, jednak bez skutku. O godz. 6 rano, gdy słońce już wyszło zza horyzontu, zwinęliśmy się do domu.

    Noce, a zwłaszcza wieczory, są wręcz "afrykańskie", jednak przez dużą ilość komarów, trzeba się pocić w długich ciuchach i moskitierze, co powodowało, iż komfort łowienia, nie był nawet średni. Gdyby tego było mało, ci mali krwiopijcy, obsiadali dłonie, skutecznie wybijając z opadowego rytmu. A i przez spodnie potrafiły pokąsać.
    Warunki trudne, ale warto było, chociażby dla pięknego wschodu słońca i kapitalnej mgły nad wodą. No i oczywiście, jakbym mógł zapomnieć, o szczupaczym kopnięciu.



    Mały zbój:

  • Reklama
  • kacpero 2014-06-13 09:56:35

    wczorajszy przed świtem :) 92 cm

  • kacpero 2014-06-13 10:08:48

  • theyesman 2014-06-13 11:43:46

    Witam wszystkich,Szykuję się do wypadu na zedy i widzę takiego smoka piękna ryba- gratulacje!  Ogóle pytanie czy wziął na wobka czy gumę? Jeśli guma to podbicie czy może prowadzona w toni?
    pzdr

  • wedkarz2309 2014-06-13 12:38:09

    Ułłła, taki zed, to marzenie - kapitalny okaz, gratuluję!



    Tak sobie siedzę wczoraj w domu, siedzę i...: a pojadę sobie na popołudniowego bolka. Niestety duża woda już opadła, ale przecież i przy małej, łowi się bolenie.

    Nad wodą byłem po godz 13. W końcu, upał zelżał i przy 23 st., łowiło się bardzo przyjemnie. No, ten wiatr, jak na takie łowienie, był zdecydowanie za silny, ale i z nim można sobie poradzić.

    Po obłowieniu dwóch główek, mogłem już zauważyć, że na wodzie jest zupełna cisza. Nigdzie się nic nie pokazuje. Schodząc niżej, do ciekawej miejscówki, na której także jest cisza (przynajmniej na powierzchni), skradam się i uważnie stawiam kroki na kamieniach. Gdy siadam na nagrzanym kamieniu, słyszę i widzę atak, powyżej mnie, a za chwilę poniżej. Są, przynajmniej dwa - co prawda nie duże, ale są. Oba w zasięgu rzutu. No, przynajmniej jednego z nich, muszę złowić - pomyślałem sobie.

    Najpierw próbuję zdjąć tego powyżej, ale bez efektu. Pokazał się jeszcze dwa razy. Ten poniżej, pokazywał się częściej i pewnie atakował. Po wykonaniu X rzutów, postanawiam obejść go dużym łukiem i spróbować "z wiatrem". Gdy znalazłem się w wybranym miejscu, bolek nadal atakował, a ja nie potrafiłem go zdjąć. Chcąc założyć kolejną przynętę, patrzę na Salmo Thrill"e, które kupiłem dobrych kilka lat temu i siedzą w pudełku, od lat nieużywane. Były (i są) to moje pierwsze boleniówki, jakie kupiłem. Jeszcze wtedy nie miałem doświadczenia ze spinningiem i niemal każdy rzut, kończył się zaczepioną kotwicą o żyłkę, przez co, podczas zwijania przynęty, robiło się "śmigło". Ale wtedy, stwierdziłem, że to wina przynęt, i tak zrażony do nich, nie używałem ich w ogóle.

    Teraz jednak, postanowiłem się z nimi "przeprosić" i założyłem jednego z nich. Po kilku rzutach, bolek "hasał" na końcu zestawu, a kotwice przestały się plątać z żyłką.

    Był to wyrośnięty „uklej”, taki ok. 45 cm. Pierwszy na Thrill"a.

    Było to jedyne miejsce, gdzie cokolwiek się działo. Schodząc niżej, namierzam jeszcze tylko jeden atak bolenia.

    Z wieczora, zmieniam miejscówki i namierzam... żerujące przy samym brzegu jazie. Przepiękne ogony, wystawały z wody, świadczące o tym, iż jaziulce mają wieczorną wyżerkę. Ależ żałowałem, że nie mam przy sobie kleniowo-jaziowych przynęt. Oczywiście rzucałem boleniówkami, bo a nóż, ale gdzie one będą się interesowały takim czymś, jak mają w kamieniach lepsze przysmaki.

    W drogę powrotną, ruszyłem przed godz. 22.



    Thrill, przeproszony.

  • robson270 2014-06-15 20:16:03

    A tutaj moja relacja z ubiegłotygodniowej wyprawy nad Odrę w poszukiwaniu Boleni i Kleni:
    https://www.youtube.com/watch?v=OLfeW3ODAjk

    Zaliczyłem 3 brania. Jeśli przyjąć że dotknięta ryba jest zaliczona ;) to złapałem 2 bolki 50 cm i około 70 cm.

  • Reklama
  • chamster 2014-06-15 20:47:18

    Hejka

    W jaki sposób sobie radzisz z zaczepianiem tylnej kotwicy o żyłkę/plecionkę? Czy to jest normalne?

    Wczoraj pierwszy raz próbowałem zapolować na bolenia i co drugi rzut tylna kotwica zaczepiała mi się i tworzyła śmigło. Czy to jest normalne? 

  • robson270 2014-06-15 22:16:28

    Ale dzieje Ci się tak przy jednej przynęcie czy przy kilku różnych woblerach ?? bo może być wobler źle wyważony i wtedy przy rzutach często się zaczepia za żyłkę lub gdy kotwice są za duże dzieje się podobnie. Problem pojawia się też gdy ktoś łowi ze stalką. Ja raz miałem taki problem z woblerem (Hunter - Soul) ponieważ wobler był mały a miał dość duże kotwice i właściwie co drugi rzut zaczepiał się o żyłkę. Teraz łowię na Spirty, Thrille i Gloogi i nie mamiałem z tym problemów, ale wiadomo zawsze może trafić się jakiś wadliwy egzemplarz.

  • Stroz26 2014-06-22 12:54:11

    No no,wielkie gratulacje kacpero. Tylko pozazdrościć :)

  • Gimmick 2014-06-22 17:44:19

    65cm na płytko chodzącego woblerka

  • Gimmick 2014-06-22 17:45:59

    65cm na płytko schodzącego woblerka.

     

  • micho 2014-06-22 18:57:13

    w ten weekend niestety nie udalo sie powedkowac,ale zmontowalem filmik z poprzedniej niedzieli....poniewaz zadna duza ryba sie nie skusila w sobote,niedziele poswiecilem jednej przynecie a oto i efekty.....polecam na okonia i pstraga

    https://www.youtube.com/watch?v=pxuYSSNDptk

  • micho 2014-06-22 19:02:25

    w ten weekend niestety nie udalo sie powedkowac,ale zmontowalem filmik z poprzedniej niedzieli....poniewaz zadna duza ryba sie nie skusila w sobote,niedziele poswiecilem jednej przynecie a oto i efekty.....polecam na okonia i pstraga

    https://www.youtube.com/watch?v=pxuYSSNDptk

  • Reklama
  • wedkarz2309 2014-10-01 08:39:03

    Poniedziałek. O ile pierwsze łowienie z pontonu, to było trochę trollingu za sumem, trochę rzucania za boleniem i dużo "nie łowienia" z powodu choroby morskiej, o tyle, tym razem, było zupełnie inaczej i wypad był typowo pod suma.

    Było to moje trzecie łowienie ze środka pływającego i o dziwo, pierwszy raz, nic mi się nie działo, więc czerpałem jak najwięcej przyjemności, z łowienia oraz pięknej pogody. Ale od początku...

    Dzień wcześniej, szukamy na mapie miejsca, z dogodnymi miejscami do zwodowania pontonu oraz z "bliskością" opasek. Po wybraniu kilku miejsc, decydujemy się na miejscowość X. Na miejscu jesteśmy o godz. 6 rano, lecę szybko do najbliższego sklepu, aby zaopatrzyć się w "wałówę" na cały dzień i zabieramy się za wodowanie, "kręcenie" zestawów, itd. Gdy wypływamy, słońca jeszcze nie ma, ale jest już dosyć "jasnawo".

    Termometr w aucie pokazuje 5 st., ale odczuwalna, jest jakby większa. Jest przepięknie - wschodzące słońce, które próbuje się przebić przez gęstą mgłę, powoduje, że poranek jest na prawdę kapitalny.

    Najpierw obławiamy odcinek rzeki od miejsca zwodowania, w dół. Na drugą część dnia, zostawiamy sobie odcinek, pow., auta. Pierwsza opaska jest dosyć blisko i już po kilkudziesięciu minutach, jesteśmy przy niej. Po opłynięciu jej pierwszy raz, decydujemy się na spłynięcie jeszcze trochę niżej, do głębokich główek, a następnie zawrócić i zrobić ową "prostkę" raz jeszcze. Gdy tak trollingujemy, płynąć w dół rzeki, dopływamy do bardzo ciekawie wyglądającej miejscówki i zgodnie stwierdzamy, że tutaj musi coś trzepnąć (oczywiście pół żartem pół serio, gdyż żadni z nas "sumiarze").

    Gdy tylko zestawy mijają przelew, u kolegi (danieleklubin) na kiju, następuje branie. Kilka szarpnięć i po wszystkim. Ryba daje się już doholować bez walki - na takim zestawie, to nie ma się co dziwić. Jak się okazuje, jest to bolek, który zasmakował w sumowej baryłce. Miał 62 cm.

    Po pamiątkowej fotce i krótkiej "reanimacji", spływamy dalej. Gdy dopływamy do głębokich dołów, które nie tylko przepływamy sumowymi woblerami, ale także kotwiczymy się i obrzucamy różnymi, ciężkimi przynętami.

    Możemy łowić tylko do godz. 15, gdyż Daniel jedzie do pracy na godz. 17, więc po obłowieniu zakrętu, płyniemy w górę rzeki, obławiając raz jeszcze wspomnianą już opaskę. Gdy ją mijamy, możemy dokładniej poobserwować odcinek rzeki, którym spływaliśmy rano, ale z powodu gęstej mgły, niewiele było widać.

    Gdy dopływamy do miejsca, gdzie nad wodą jest bardzo dużo gałęzi z przybrzeżnych krzaków (niemal na całej długości burty, między dwiema ostrogami), stwierdzam, że tutaj na bank są klenie. Gdy tylko przynęty znalazły się na wysokości owej miejscówki, znowu mamy branie, ale tym razem, na moim kiju. Sytuacja się powtarza i po kilku szarpnięciach, ciągnę rybę już bez walki. Czyżby znowu boleń? Jak się okazje, jest to..., wywołany do tablicy, patriotyczny kleń. Ryba ma 46 cm. 

    Po szybkiej sesji fotograficznej i zwróceniu wolności, obławiamy jeszcze krótki odcinek rzeki i ze względu na brak czasu, zwijamy zestawy i na pełnym gazie, ruszamy w górę rzeki, aby chociaż zobaczyć, jak to wygląda w górnej części (patrząc od miejsca wodowania) Odry.

    Nie doczekaliśmy się już żadnego brania. Co prawda, cel wyprawy (sum), nie został osiągnięty, ale po jednym, małym przyłowie się trafiło, w słońcu się trochę wygrzaliśmy, było trochę śmiechu - generalnie, super spędzony czas, nad wodą.

    Gdy już spływamy, zbliża się do nas barka. I jak na złość, trafił nam się zaczep. I wtedy, gdy musieliśmy szybko popłynąć pod nurt, aby odzyskać przynętę, zdaliśmy sobie sprawę, że ten wielki "ślimak", nie jest wcale taki wolny, jak to się wydaje z brzegu. Udaje nam się uwolnić przynętę i czekamy, aż przepłynie ten kolos. Siedząc wielokrotnie na brzegu z feederami, czy ganiając ze spinem, wytwarzane fale, wydawały się być znikome (przynajmniej w porównaniu z małymi, zapierdzielającymi łódkami), więc stwierdziłem, że możemy śmiało płynąć. Haha, na pewno. Te małe, niegroźne fale, które tak wyglądają tylko z brzegu, nieźle dały nam "popalić". Momentami było trochę niebezpiecznie, ale przy tym było także dużo śmiechu, gdyż co jakiś czas, dostawałem kolejną porcją wody, która wlewała się do pontonu "od czubka" i wszystko przyjmowałem na swoją d...

    O godz. 15, skończyliśmy łowienie, spakowaliśmy się i przed godz. 16, ruszyliśmy w drogę powrotną. Ja do domu, a kolega do pracy.

    A teraz, spadam na lipienie. Pogoda super, tylko czy będę potrafił to wykorzystać?



    Kleń, zamiast suma.

  • antek2004 2014-10-12 13:39:57

    czwartek pierwszy wyjazd w tym roku na Oderkę   smoczek i klenik

  • antek2004 2014-10-12 13:42:32

  • antek2004 2014-10-12 13:43:12

  • wedkarz2309 2014-10-12 18:22:19

    Tym razem, wybrałem się z kolegą Pawłem, który zaprosił mnie na swoją łajbę. Głównym celem był oczywiście odrzański sum. Łódka wystarczająco duża, więc zabrałem ze sobą także inne kijaszki (pod bolenia i pod sandacza) - tak na wszelki wypadek. Po godz. 5 rano, wyjazd spod domu i tuż po godz. 6, jestem pod kolegi domem. Wszystkie "graty" na "łajbiszona" i jedziemy się wodować. Jest jeszcze ciemnawo, więc robimy to w świetle latarek czołowych.
    Podłączenie echa, chwila dla silnika, na zagrzanie się i ruszamy w dół rzeki - przed nami, 60 km pływania (w obie strony). Obławiamy tylko wybrane, dobrze znane Pawłowi, miejscówki.
    Pierwsze godziny dnia, to pochmurne niebo (później było już tylko słońce). Na jednym z dołów, jest pierwsza ryba (nie na moim kiju), ale po kilku sekundach, następuje wypinka. Na kolejnej miejscówce, mam piękny strzał w przynętę, ale nawet natychmiastowa reakcja, nie pozwala zaciąć ryby.
    Gdy tak spływamy cały czas w dół rzeki, obławiając najciekawsze jej fragmenty, Paweł pokazuje mi miejsca, z których powyjeżdżały tegoroczne sumy (największy, bodaj 203 cm). Trzeci kontakt z rybą, kończy się wygięciem kija i kolega szybko przekazuje mi swoją wędkę, aby mógł się całkowicie skupić na ewentualnym manewrowaniu łodzią (odebrałby ją tylko wtedy, gdyby to był duży sum). Jak się okazało, nie było potrzeby, gdyż bez problemu, podnoszę do powierzchni... sandacza, który zażarł cały wobler. Kilka szarpnięć na powierzchni, podprowadzam go do burty łodzi i kompan go podbiera. Mętnooki wielki nie jest (71 cm), ale nadrabia to masą - był wysoki i odpasiony.
    Gdy dopływamy do "punktu nawrotu", "kotwiczymy" się i idziemy do pobliskiej restauracji, wszamać jakiś obiad. Chwila odpoczynku i płyniemy w górę rzeki - oczywiście łowiąc. W sumowe woblery, są jeszcze ze trzy strzały, ale nie do zacięcia. Paweł stwierdza, że są to najprawdopodobniej sandacze.
    Do miejsca wodowania łodzi, dopływamy po godz. 19, jak jest już całkowicie ciemno.
    Co prawda bez suma, ale nie żałuję ani trochę - kolejna super przygoda oraz nowe doświadczenie.



    Sandacz, zamiast suma.

  • Polacki1229 2014-10-16 12:41:42

  • Polacki1229 2014-10-16 12:42:01

  • Polacki1229 2014-10-16 12:42:15

  • Polacki1229 2014-10-16 12:43:07

    3 sztuki 70 cm 75cm i 71 cm wszystko na wobki w nocy w tam tym tyg :) działa się ostro przy wysokiej wodzie :p

  • wartoslaw 2014-10-16 19:24:42

    Piękne sandały kolego, Gratuluję!!!

  • KkLuki 2014-10-19 15:16:08

    3 sztuki 70 cm 75cm i 71 cm wszystko na wobki w nocy w tam tym tyg :) działa się ostro przy wysokiej wodzie :p



    a u mnie w odrze bryndza totalna ;/

    Piękne rybki pozdro :)

  • Polacki1229 2014-10-22 02:10:02

    a u mnie w odrze bryndza totalna ;/
    Po zmroku dzieje się fajnie,woda się otwiera :) w dzień kichaaa!! :/



  • wedkarz2309 2014-10-23 11:10:44

    Fajne sandacze - gratuluję!
    Ten młynek, to Ultima?




    Przyszło ochłodzenie, więc wstępnie umówiłem się ze znajomym na piątkową "inaugurację", jesiennego sandacza. W środę (wczoraj), z powodu niekorzystnych warunków do łowienia lipieni na suchą muchę, siedziałem w domu i "z wypiekami", przeglądałem prognozy pogody, na nadchodzący piątek.
    No i nie bardzo mi się to podobało. Od czwartku ciśnienie w górę, zmiana kierunku wiatru na ten teoretycznie niesprzyjający, itd. Siedzę tak przed tym monitorem, za oknem ciągły deszcz od rana, który miał padać (i padał) do końca dnia i jeszcze przez niemal całą noc, nieprzerwanie.
    Tak siedzę, myślę i... kurde, dziś może być ciekawie - jak nie sprawdzę tego osobiście, to nie pójdę spokojnie spać. Decyzja natychmiastowa - jem obiad, robię wałówę i jadę trochę zmoknąć. Może zdążę jeszcze na jakiegoś dziennego szczupaka, a po zmroku, może jakiś sandacz. Po drodze wskakuję do wędkarskiego, dokupić trochę gumisiów i o godz. 16, jestem nad wodą.
    Tak, jak się spodziewałem, nie ma nikogo - tak ma być. Trochę późno wpadłem na to, aby wyskoczyć na ryby w taką pogodę, więc bez kombinowania, wybrałem się na jedną miejscówkę, którą miałem zamiar cały czas obławiać - no, z przerwami na jedzenie.
    W pierwszych dwóch godzinach, póki było jeszcze jasno, notuję jedynie wir przy wyjmowaniu przynęty z wody i ślady po szczupaczych zębach. Do tego kilka "strzałów", najechanych plecionką ryb.
    Niestety, nawet na powierzchni nie działo się prawie nic. Kilka razy, przy brzegu, pogonił jakiś kurdupel i to wszystko.
    Ciągle padający deszcz, spowodował, iż przemokłem dwukrotnie (po pierwszym, przebrałem się). Fakt, nie złowiłem nic, ale nie żałuję ani trochę. Sprawdziłem (co prawda, rzucanie przez 3 godziny w jednym miejscu, to łowienie, z którego nie należy wyciągać zbyt daleko idących wniosków), wróciłem do domu i poszedłem spokojnie spać, bez wyrzucania sobie, że mogło się dziać. No, jedynie żałuję, że deszcz się do mnie dobrał, bo chętnie pokombinowałbym jeszcze trochę.
    Zobaczymy, co będzie w piątek...

  • wedkarz2309 2014-10-25 11:22:32

    W końcu, po kilkukrotnym "niewypale", udało się wybrać na wspólne łowy. Miały być to sandacze, jednak po ostatnich opadach, woda zaczęła tak przybierać, że stwierdziliśmy, iż nie będzie miało to większego sensu i mieliśmy po raz kolejny, odłożyć wspólne ganianie ze spinami na inny raz. Jednak, po wielu namysłach, stwierdziliśmy, iż wybierzemy się na szczupaka.

    Wybór padł, na odłączone na stałe (poza powodziami), bajora na międzywalu. Co prawda, ciężko na takich wodach, liczyć na coś konkretniejszego [miejscowi "bojkarze" (i nie tylko, bo spinningiści, na pewno dołożyli "swoje"), już dawno zjedli prawie wszystko, co w takich wodach pływa(ło)], ale lepsze nawet to, niż siedzenie w domu.

    Pobudka o godz. 4 nad ranem, tuż po godz. 6, jestem pod wieżowcem, w którym mieszka Sebastian (seba88) i po godzinie, jesteśmy nad wodą.

    Pierwsze "bajorko", wyglądające jak prastare starorzecze, wita nas "bojkarzem". Zaczynam od starej blachy, którą dostałem kiedyś tam od wujka (wahadło, które ma na odwrocie, czaplę). Jednak, płytka i mocno zarośnięta woda, szybko "wykluczyła" tę przynętę. Założyłem więc dużą Sandrę na lekkiej główce. Aby nie łapać roślinności, konieczne było szybkie prowadzenie. Założyłem więc wobler Sebile Magic Swimmer.

    Pierwszy rzut i już widzę, że na te warunki, będzie to świetna przynęta - tylko, czy szczupakom przypasuje? Chyba przypasowała, gdyż nie zdążyłem "dokręcić" pierwszego rzutu i już nastąpił atak. Był to króciak, który wyskoczył do przynęty, ponad lustro wody - wobler prowadzony przy samej powierzchni.

    Wchodzę do wody, w drugą "lukę" w roślinności i po kolejnych kilku rzutach, jest pierwsza ryba na kiju. Ryba jest mała, więc doholowanie jej do brzegu, to czysta formalność. Jest to pięćdziesiątak piątak, który pewnie zażarł przynętę - a jednak, jeszcze jakiś wymiarowy szczupak, pływa w tej wodzie.

    Przeszła mi przez głowę myśl, że dla jego dobra, byłoby wpuszczenie go do Odry, jednak do rzeki było zbyt daleko, aby podjąć takie ryzyko "przeprowadzki", więc wpuściłem go z powrotem do jego domu.

    Przez dłuższy czas, nie działo się nic. Aż do momentu, kiedy doszliśmy do mocno zarośniętego kącika. Dosłownie pierwszy rzut, przynęta idzie wierzchem. niczym smużak (tego wymagało, mocno zarośnięte miejsce) i następuje, chybiony wyskok. Był to co prawda sześćdziesiątak, ale chociaż fajnie to wyglądało, kiedy cały szczupak, wyskoczył do przynęty, jak z procy i znalazł się cały, ponad powierzchnią wody.

    Po kilku następnych rzutach, robi się na wodzie nieduży wir i tylko czuję, jak zębaty uderza w przynętę, lecz się nie zapina. A więc, mieszkają tutaj, przynajmniej trzy wymiarki.

    Po kolejnych rzutach, pojawia się jeszcze jeden szczupak, który trafił w przynętę przy trzecim ataku. Ten był najmniejszy, miał ok. 45 cm.

    Po obłowieniu pierwszego bajora, jedziemy na drugie, gdzie... "witają" nas, dwaj "bojkarze". Obławiamy to szybko, notując wyjście króciaka, w pierwszym rzucie i jedziemy jeszcze zobaczyć na stale połączone z Odrą, starorzecze.

    Tam łowienie nie należało do najłatwiejszych, gdyż rosnąca na Odrze woda, pchała w starorzecze sporo syfu. Dodatkowo, woda w niektórych miejscach już się wylewała na łąki. Na tym łowisku, nie złowiliśmy nic i zgodnie z planem, tuż po godz. 15, ruszyliśmy w drogę powrotną.

    Miały być sandacze, jednak duża woda, pokrzyżowała nieco plany i wyszły szczupaki - pierwszy w tym roku, wypad na zębatego. Co prawda, wyjechały tylko dwa maluchy + kilka ataków, jednak było bardzo fajnie. Przede wszystkim kolejny dzień na rybach, w końcu udało się wybrać wraz z kolegą na ryby i była to fajna odskocznia od "codzienności".




    Wyjścia były tylko do tej przynęty.

  • wedkarz2309 2014-10-27 15:29:42

    Ciśnienie bardzo wysokie, za dnia wzrost temp., do przeszło 10 st. i słońce. Jedyny plus, to gęsta mgła przez całą noc i aż do godz. 10 rano. Takie były prognozy na poniedziałek - a że, takie mgliste poranki, dobrze wspominam, postanowiłem, mimo tego wyżu i słońca, wybrać się na chwilę, na porannego sandacza i może przy okazji szczupaka.
    O godz. 4, pobudka i oczywiście jeszcze raz, sprawdzenie prognozy. Patrzę i... jeszcze wieczorem, pokazywali gęstą mgłę, a teraz... jakaś tam niewielka i przed godz. 8 rano, już jej nie będzie.
    Co tu robić. Jak już wstałem, to już pojadę - pomyślałem sobie. Najwyżej, wrócę jeszcze szybciej, niż planowałem. Chociaż 2-3 godziny porzucam.
    Na miejscu jestem o godz. 6 - dobre pół godziny za późno. Jakaś tam niewielka mgła jest, ale wystarczająca, aby "opóźnić" słońce. Każda minuta jest bezcenna, więc jak najszybciej montuję zestaw, wybieram jedną z wielu gum i... zaczynamy.
    Takie prowadzenie, "śmakie" i "owakie". Taka przynęta, "śmaka" i "owaka". Nic, cisza. Słońce już daje, mgła się rozchodzi i będzie trzeba zaraz jechać do domu, ale jak im tutaj jeszcze zagrać... Spojrzałem na rozłożone pudełka i... założyłem gumę, na 25-cio gramowej główce i postanowiłem pobawić się w "speed"a".
    Efekt, w postaci brania, był natychmiastowy, bo już w pierwszym rzucie. Był to jednak taki "głuchy" pstryk, taki "za mgłą". A na gumie, ani śladu. Po kilku rzutach, sytuacja się powtarza.
    Dobra, zostaję jeszcze godzinę. Gdy przez dłuższy czas, znowu nic się nie działo, zacząłem na nowo kombinować z przynętami, jednak po jakimś czasie, znowu założyłem tę samą przynętę i powróciłem do "speed"a". Pierwszy rzut i trzecie branie! Jednak znowu pusto. Co jest grane?
    Już wiem, że dadzą się sprowokować jedynie ciężkim "speed"em", jednak coś jest nie tak, gdyż po pierwsze: nie da się zaciąć ryby, a po drugie: nie ma śladów, nawet na ogonie.
    Rzucam więc dalej, nie zmieniając nic i w końcu, przy czwartym "zamglonym" pstryku, jest ryba! Od razu daje się poznać, że nie jest to szczupak, ani sum. Wielkość ryby, wyklucza także okonia. Stawiam więc na sandacza. Ryba stawia bardzo przyjemny opór, jednak prawie w ogóle się nie szarpie. Coś jest nie tak. Gdy go podciągam bliżej brzegu (branie, niemal na pełnym wyrzucie), sandacz zaczyna odjeżdżać. Z każdą sekundą, rośnie. W końcu, go widzę, i... o co chodzi? Dlaczego on jest taki mały? Po chwili wszystko staje się jasne. Zarówno to, dlaczego te pstryki były takie "zamglone", jak i to, dlaczego ten sandacz, tak walczył. Był to tak zwany gnieciuch. Nasuwa się stwierdzenie, że sandacze, jak na wyż przystało, nie żerowały, ale... ciężka i szybka guma, działała im na ambicji i przygniatały ją.
    Szybkie mierzenie (59 cm) i łowimy dalej.
    Oczywiście, zostaję kolejną godzinę. Słońce świeci mocno i robi się na prawdę ciepło. Wyskakuję więc z części ubrań, gdyż zrobiło się w nich zdecydowanie za gorąco.
    Notuję jeszcze ze dwa gnioty (z pustym zacięciem) i przy którymś rzucie, na dużej odległości, jest zupełnie inne branie. Takie "cmoknięcie". Zacięcie i pusto. Robię jedno "speed"nięcie" i są dwa szybkie "cmoknięcia". Zacinam i siedzi! Ryba jest na pewno mniejsza od poprzedniej, jednak tym razem, daje się wyczuć, że przynęta jest nie na zewnątrz, a tam, gdzie ma być, tj., w pyszczku.
    Ryba szybko znajduje się blisko brzegu i gdy przewala się pierwszy raz na powierzchni, "miga" mi w słońcu coś złotawego. Szczupak? Nie, chyba nie, to było zbyt okrągłe. Gdy ryba pokazała się po raz kolejny, okazało się, że to... leszcz, a w jego "buźce", tkwi hak. Miał równo 50 cm.
    Później było jeszcze kilka sandaczowych gniotów, jednak żadnego nie udało mi się zaciąć - jak one to robiły?
    Gdy miałem się już powoli zwijać, podjechało dwóch wędkarzy, z którymi wdałem się w pogawędkę i tak minęła kolejna godzina. Gdy poszli w swoją stronę, porzucałem jeszcze trochę i o godz. 13, udałem się w drogę powrotną.
    Mimo konkretnego wyżu, coś tam się wydarzyło. Sandacze gniotły tylko i wyłącznie, ciężkiego "speed"a". A i leszcz nim nie pogardził - jedyna ryba, która miała ochotę na gumisia.



    Smakosz gumisiów.

  • wedkarz2309 2014-10-30 08:50:49

    Środa. Ciśnienie od kilku dni, jest bardzo wysokie. Do tego mocne słońce (no, od dziś, już nie) i brak jakiejkolwiek mgły - nawet tej porannej.
    Miałem przy takiej pogodzie odpuszczać sobie sandacze, ale nie wytrzymałem. Godz. 3 - pobudka, godz. 5.30 - jestem nad wodą. Jest jeszcze ciemno. Szczerze, to nie liczę na nic konkretnego, ale może coś w porannych godzinach, jednak się skusi. Póki przynęta w wodzie...
    Jak się okazało, był nawet minimalny przymrozek. Planowo, miałem porzucać max. do godz. 10, ale oczywiście się to trochę przedłużyło.
    Pierwsza główka - nic, druga - jeden niemrawy pstryk, trzecia - nic, itd.
    Gdy wyszło słońce zza drzew, zrobiło się wręcz wiosennie. Wyskoczyłem niemal ze wszystkim ubrań i łowiąc w samym krótkim rękawku, i tak było ciepło. Iście niesandaczowa  pogoda. Za to boleń, żerował całkiem fajnie. Ukleja podeszła pod powierzchnię i co jakiś czas, rapy zdradzały swoją obecność.
    Oczywiście nie miałem nawet jednej boleniowej przynęty. Wyjazd się trochę przedłużył, gdyż w domu byłem dopiero po godz. 13. Co prawda, tym razem bez ryby, ale lepsze to, niż siedzenie w domu.

  • wirefree 2014-10-30 09:08:11

    Nad odra w moich oklicach nędza, przez ostatni tydzien woda wysoka plynie tona syfu. Brań zero to co widac to Boleń i ukleja. Zreszta okoliczne jeziorka też lipa, kilka małych okonków. Może szczupły się w końcu ruszy.

  • KkLuki 2014-10-30 09:58:19

    Nad odra w moich oklicach nędza, przez ostatni tydzien woda wysoka plynie tona syfu. Brań zero to co widac to Boleń i ukleja. Zreszta okoliczne jeziorka też lipa, kilka małych okonków. Może szczupły się w końcu ruszy.

    u mnie taka sama sytuacja,tydzień temu było już ładnie szczupaki ruszyły ale woda pokrzyżowała plany :P

  • Polacki1229 2014-10-31 15:02:53

    Nieee Mariusz młynek to Dragon Viper :) 4 rok mi lata i jeszcze się nie posypał wbrew złym opinią jakie czytałem :)

  • wedkarz2309 2014-10-31 15:40:36

    Dzięki - skubańce są podobne.



    Na sobotę zapowiadają w miarę słoneczną pogodę, do tego kilkanaście stopni na plusie. Decyzja jest oczywista - odpuszczam sandacze, jadę na lipienie, pobawić się jeszcze z suchą muchą.

    Ale co robić w piątek? Szkoda tracić dnia. Ciśnienie wysokie, jednak pochmurna i w miarę wilgotna, pierwsza część dnia, spowodowały, iż skusiłem się, porzucać chwilę za sandaczem - a nóż, się uda.

    Godz. 3, pobudka i o godz. 5, gdy jest jeszcze ciemno, jestem na miejscu. Zaczynam od białego Sea Shad"a. Przez niemal pół godz., nie dzieje się nic, jednak widzę, jak na płytszej wodzie, coś atakuje drobnicę. Wyglądało to na okonie.

    Nie one były moim celem i już chciałem zmieniać przynętę, jednak coś mnie podkusiło, aby jednak spróbować. W drugim rzucie, gdy przynęta jest 3-4 m ode mnie i chcę zrobić ostatnie podbicie, na kiju zaczyna się szamotać ryba. Brania nie było czuć, a że było jeszcze ciemno, nie miałem go jak zobaczyć - jednak podciągnięcie przynęty, wystarczyło, aby ryba się dobrze zapięła. Po chwili, było jasne, dlaczego. Na kiju dało się wyczuć charakterystyczne trzepanie łbem. Był to okoń. Gdy podciągnąłem go do powierzchni, zaczął się "pluskać" i gdy się uspokoił, postanowiłem go podnieść na kiju. Nie zapalałem latarki i nie widziałem dokładnie, jakiej jest wielkości, ale coś tam mi śmignęło kilka razy i wiedziałem, że będzie to 35+ cm.

    Gdy go zobaczyłem, byłem mile zaskoczony, że jest aż taki. Co prawda, do "wielkoluda" to mu jeszcze brakowało przynajmniej kilku centymetrów, ale jak na "pzw"owskie" warunki, to był już całkiem fajny. Widziałem, że jest to największy okoń, jakiego udało mi się złowić w Odrze, jednak zastanawiałem się, czy to będzie tylko 39 cm, czy aż 40 cm. Sięgnąłem więc szybko po miarkę i... jest 40, z małym okładem. A więc, kolejne małe marzenie spełnione, jest spinningowa czterdziecha z Odry! Co prawda, aby była to życiówka, musiałby być i kilka centymetrów dłuższy, jednak, mimo to, cieszę się z niego, bardzo mocno.

    Szybka sesja i do wody.

    Zostaję więc przy tej gumie. Zaczyna się powoli rozjaśniać i mogę obserwować szczytówkę oraz plecionkę. Przy jednym, z kolejnych rzutów, gdy przynęta ponownie jest już blisko brzegu, zauważam branie (nie było go czuć), jednak zacięcie było puste. Robię jeszcze jedno podbicie i poprawił już bardziej wściekle (wyczute), jednak i tym razem, zacięcie było puste.

    Ranek jest piękny, jest pochmurno i wilgotno - tak, jak zapowiadali. Okonie ganiają drobnicę (notuję jeszcze kilka okoniowych pstryków oraz jeden sandaczowy), od czasu do czasu, pokazuje się w warkoczu boleń. Ja jednak chcę sandacze. Zmieniam więc gumę, na większą, z cięższą główką. Kilka rzutów i... podpinam za "karczycho" leszcza.

    Po godz. 9, zaczyna mnie "łamać". Odkładam na chwilę kij i się kładę, jednak szybko wstaję i "biorę się w garść". Ciężko będzie się skupić na opadzie, gdy głowa leci, więc zakładam szczupakowego wobka i idę porzucać za zębatym. Przez około godzinę, mam jeden atak w przynętę (skubany, aż cały wyskoczył ponad powierzchnię wody) ok. 50 cm pistoleta, który trafił w wobka, ale nie znalazł kotwicy.

    Gdy robię się głodny, idę do auta, "szamię" co nieco i wracam do sandaczy. Zakładam tę samą przynętę, która dała okonia i w bodaj drugim rzucie, mam klasyczny, sandaczowy pstryk. Zacinam i siedzi. Ryba duża nie jest, więc nie zważając na jej "protesty", pompuję ją do siebie i po chwili, mam na brzegu małego sandacza. Szybka miarka - "jazgarz" ma 54 cm, fotka i do wody.

    Dochodziła godz. 11, i zgodnie z prognozami, chmury zaczęły się przerzedzać i słońce zaczęło "przygrzewać" - na wodzie, zrobiła się cisza. Porzucałem więc do godz. 12 i pojechałem do domu.

    A jutro, cały dzień z lipieniami.



    Tutaj "ściągacz" gum, a zdjęcie z okoniem, jest w galerii

  • wedkarz2309 2014-11-03 20:16:51

    Prognozy na najbliższe dni, nie były zbyt "wygodne". Lecące mocno na "pysk" ciśnienie, dużo słońca i 15 st. na plusie, jeszcze było w miarę do przyjęcia. Ale towarzyszący temu wszystkiemu, dosyć mocny wiatr, który dość skutecznie utrudnia łowienie, nie był zbyt mile widziany. Co tu robić... To nie, tamto też nie... Dobra, jadę na szczupaki.

    Nie zrywałem się "na wariata" i nad wodą byłem o godz. 10 rano. Poniedziałek, ale pierwsze, co wrzuca mi się w oczy, to... dużo aut. Rozglądam się i widzę całkiem sporą, ekipę "bojkarzy" + kilku spinningistów.

    Nie lubię takiego łowienia, to nie dla mnie. Jednak postanawiam trochę porzucać i przy okazji się dowiedzieć, czy coś się dzieje. Próbuję skusić jakiegoś szczupaka różnymi przynętami, jednak bez skutku. Na wodzie cisza, żadnych oznak, żerowania zębatych. Jak się dowiaduję, na karasie także nic się nie dzieje. Skoro nawet "bojkarze" nie mogą złowić chociażby pistoleta, to coś musi być na rzeczy.

    Jadę na inną miejscówkę, ale tam to samo. Kilku wędkarzy, na wodzie cisza, nikt nie ma nawet kontaktu ze szczupakiem. Wykonuję więc kilkanaście rzutów i jadę na ostatnią miejscówkę.

    Kurcze, co jest, wędkarzy wszędzie, jakby był co najmniej weekend. Na "mojej" bankówce jest dwóch spinningistów. Czekam więc, aż skończą łowić i gdy odjeżdżają, daje miejscówce trochę czasu na odpoczynek.

    Zaczynam obławiać miejscówkę przed godz. 16. Druga przynęta, jaką zakładam, to lekko uzbrojony Shaker 4". Wykonałem raptem kilka rzutów i przy jednym z nich, przy dosyć spokojnym prowadzeniu w opadzie, następuje wyraźne pstrykniecie. Zacięcie i siedzi! Czuję niemal od razu, że nie będzie to pistolet i gdy biorę się za luzowanie hamulca (łowiłem na "głównej" Odrze i wolałem być przygotowany na sandaczowy przyłów), następują dwa przepiękne wyskoki. Nazwałem te akrobacje "poziomymi świecami" - piękny widok.

    Był to niczego sobie osiemdziesiątak, który podczas walki, jeszcze kilkukrotnie robił takie popisy. Przy drugiej próbie, ryba daje się podebrać i gdy tak patrzę na niego, zastanawiam się, czy będzie 80 cm, czy trochę braknie. Przyłożenie miarki i jest między 79, a 80 cm. A więc, osiemdziesiątak, któremu przyznaję 79 cm.

    Przynęta tkwi niemal w przełyku, jednak (na szczęście) wychodzi jak "z masła". Nie była nawet potrzebna reanimacja - odpłynął od razu. Gdy robi się ciemno, rzucam chwilę za sandaczem i o godz. 18, jadę do domu.

    Szału nie było. Ba, praktycznie nic się nie działo - żadnego szczupaka u "bojkarzy", zero widocznej aktywności na wodzie. Jednak jedna ryba, uratowała wypad. Co prawda, żaden to okaz, ale już też nie pistolet, więc może być - wypad na plus.


    Jedyna ryba dnia - zębaty osiemdziesiątak.

  • Polacki1229 2014-11-04 15:11:29

    2 krótkie wyjęte spinka chyba szczupaka 70+ i kilak brań nie trafionych ogólnie coś się dzieje :)

  • wedkarz2309 2014-11-06 17:07:42

    W końcu się doczekałem. Chmury, wilgotno (mgła), bezwietrznie, dobre ciśnienie. No, jedynie mogłoby być trochę chłodniej (nad ranem, aż 9 st.). Innymi słowy - fajne warunki. Wybrałem się więc po raz pierwszy (w tym roku) na taki poważniejszy wypad za sandaczem (wcześniejsze, to były takie "przed wypady", bardziej, żeby nie siedzieć w domu, gdyż warunki były iście nie sandaczowe - mimo to, coś tam się udało wydłubać).
    W planach mam zamiar łowić w piątek od rana do zmierzchu (i jeszcze trochę, po ciemku), więc dziś krótki, kilkugodzinny wypad. Godz. 5.30 i kolega (seba88) podjeżdża po mnie. Pakuję się do jego auta i gdy zaczyna się powoli rozwidniać, jesteśmy na miejscu.
    Ja biorę jeden kij, gdyż chcę się skupić tylko na sandaczu, natomiast znajomy, zabiera dwa kije. Delikatniejszy pod sandacza i mocniejszy pod szczupaka. Zaczynamy od wybranego basenu, jednak uciąg w nim jest tak mocny, że nawet 30 g główka jest "majtana" przez nurt. Nie podoba mi się to i po X bezowocnych rzutach, udaję się klatkową łachą piachu w górę rzeki, aby z jej "szczytu", obłowić zapływowy dół, owego basenu.
    Po wykonaniu kilku rzutów, odnotowuję pierwszy pstryk. Szybkie pompowanie i pierwszy sandacz jest na brzegu - 51 cm.
    Obławiam do końca miejscówkę i idziemy w dół, na kolejną główkę. Może 2-3 rzuty i widzę na szczytówce bardzo delikatnie branie, którego nie było w ogóle czuć. Oczywiście szybki hol i na brzegu ląduje drugi malec - 55 cm.
    Obie ryby wyjechały spod warkocza, więc mówię do kolegi, żeby śmiało stawał na samym szczycie i rzucał tam, gdzie są ryby. Nie wykonał nawet pięciu rzutów i na zestawie z żyłką(!), odnotowuje w łokciu "kopnięcie prądem". Znowu maluch, jednak "pocieszeniem" jest to, że są to chociaż wymiarki. Ten miał 52 cm.
    Po obłowieniu basenu, schodzimy na kolejne główki, jednak tam mam tylko jeden delikatny pstryk.
    Dziś łowimy krótko, jednak na koniec, odwiedzamy jeszcze jeden fragment rzeki. Na dzień dobry, mam kolejny pstryk, a po jakimś czasie, jeszcze jeden - tym razem, sandacz ląduje na brzegu. Pierwszy króciak - ok. 40 cm. Dwa rzuty i znowu kontakt z rybą - tym razem, guma ściągnięta z "talerzy".
    Łowimy do godz. 15 i do tego czasu, mam jeszcze dwa pstryki - jeden "pusty", drugi to drugi skrót - ok. 45 cm.

    Owszem, coś tam się działo, trochę pstryków było, jednak to nie to, na co liczyliśmy - wielkość "jazgarzowa", a więc zdecydowanie poniżej oczekiwań. Zobaczymy, co będzie jutro.
    I na koniec taka ciekawostka - moje wszystkie brania były bardzo delikatne (jedno, było dosłownie niewyczuwalne - jedynie obserwacja szczytówki i plecionki, pozwoliła zobaczyć branie) - przynęta w kolorze naturalnym. Kolega, mimo, iż łowił na żyłkę, miał branie typu "prąd w łokciu" - przynęta w kolorze abstrakcyjnym.



    Jeden, z pięciu "jazgarzy".

  • wedkarz2309 2014-11-10 11:49:30

    Pierwotne plany były takie, że niedziela to odpoczynek i na ryby dopiero w poniedziałek. Jednak, piękna pogoda (sandaczowo), jaka była ostatniego dnia tygodnia, sprawiła, że nie usiedziałem w domu, zaproponowałem koledze wypad na wieczornego sandacza i o godz. 15, ruszamy w drogę.
    Ja mam kij zrobiony, znajomy będzie dopiero go skręcał nad wodą. Szybko wypełniam rejestr i wykonuję pierwszy rzut z "chytrym planem", złowienia ryby, zanim kompan, zdąży zmontować zestaw.
    Może 5-6 rzut i... udało się, "plan" się powiódł: pstryk, zacięcie, siedzi, świeca - no nie, to niestety szczupak. Jest mały, więc szybko go podprowadzam pod nogi, tam jeszcze się chwile szamota i podbieram go. Miarka pokazuje 63 cm. Szybka fota i do wody.
    Przez dłuższy czas nie dzieje się nic i gdy robi się ciemno, mgła, która miała się utrzymywać przez całą noc, zostaje rozproszona przez wiatr, który momentami, dosyć mocno utrudniał łowienie. Do tego, dochodziła duża ilość liści, które średnio co drugi rzut, czepiały się przynęty.
    W tych warunkach, udało mi się zaliczyć jeden "nocny" pstryk, czego efektem był mały, niespełna 50 cm sandacz.
    Łowy skończyliśmy po godz. 22 i ruszyliśmy w drogę powrotną. Dziś, kolejny wypad.


    Szczupak, zamiast sandacza.

  • wedkarz2309 2014-11-12 09:05:58

    Zgodnie z planem, udałem się wraz z kolegą na "dwudniowy" wypad na Odrę - długi week., a więc trzeba to wykorzystać.
    Po niedzielnym wypadzie, trzeba było trochę dłużej pospać, niż na co dzień, więc nad wodą jesteśmy w poniedziałek o godz. 15.
    Niestety po opadach, jakie były w Czechach kilka dni temu, mała "kulminacja", właśnie dotarła na odcinek, na którym łowimy. Co prawda fala nie jest duża, bo niespełna metrowa, ale jeszcze nigdy przy "szczytowej" wodzie, nie połowiłem. Owszem, gdy była już opadająca przynajmniej ten drugi dzień, to zazwyczaj się działo. Jeszcze przed wyjściem mówię do mamy, że na 90 % nic nie złowimy.
    Na wieczór wybraliśmy jeden z kilku zaplanowanych odcinków rzeki, które mamy zamiar obłowić na tym wypadzie. Z wieczora woda jeszcze delikatnie rosła i łowienie nie było łatwe - dużo syfu + niezliczona ilość liści, która spadła z drzew, za sprawą mocniejszego wiatru.
    Łowimy jeszcze trochę po zmroku i jedziemy w drugie miejsce, gdzie zamierzamy połowić trochę w nocy i się przespać w aucie. Tutaj sytuacja jest jeszcze gorsza - większość rzutów, kończy się wyjęciem jakiegoś syfu. Kolega odpuszcza już po godz. 19 i idzie spać. Ja postanawiam jeszcze trochę powalczyć, ale do godz. 24, nie notuję ani jednego kontaktu z rybą.
    Tak więc, o północy także idę spać i po godz. 5 pobudka. Szybkie śniadanie (oczywiście z łowieniem) i jedziemy na jeszcze inny odcinek rzeki, gdzie mamy zamiar łowić od świtu. Obławiamy dwie główki i zjeżdża się spora liczba wędkarzy. Jak się okazuje, mają zawody spinningowe. Zwijamy się więc i jedziemy w inne miejsce.
    Dzień wolny od pracy, więc ludzi nad wodą jest pełno. Sandacz nie chce współpracować, więc postanawiam porzucać trochę za szczupakiem, jednak on także nie daje się skusić do brania.
    Jest jednak gatunek, który przy rosnącej wodzie, czuje się jak "ryba w wodzie". Jest to boleń, który ganiał uklejki w sposób, niewiele ustępujący letniej porze.
    Gdy mieliśmy się już zwijać, zrobiłem ostatnią zmianę przynęty i przy jednym z ostatnich rzutów, zanotowałem mega delikatne trącenie przynęty. Był to mały, 20+ cm okoń. Jedyna ryba wypadu - i tak dziw, że wziął.
    Do domu pojechaliśmy o godz. 10 rano. Pierwotnie, mięliśmy łowić dłużej i mimo braku zainteresowania ze strony ryb, chętnie bym jeszcze został, jednak tłum, jaki panował nad wodą, sprawił, że daliśmy sobie spokój - pojadę sobie w tygodniu i cała Odra, będzie dla mnie.

    Przypuszczenia się potwierdziły po raz kolejny - nigdy nie połowiłem, gdy woda rosła po deszczu (oczywiście nie mówię o jakichś małych skokach, spowodowanych "ruchami" na zaporze). Nawet sprzyjające warunki, które były mocno sandaczowe (no, poza temp.), nie pomogły. Ten okoń, jest chyba pierwszą rybą, z takich warunków. Ryba ewidentnie siadła - poprzednie wypady, to po kilka wyjętych ryb + kontakty. Oczywiście Ci, którzy ustawili się za boleniem, połowili - a korciło, żeby wziąć pudełko z woblerami pod bolka.
    Następnym razem, będzie lepiej.

  • wedkarz2309 2014-11-12 10:34:34

    Trochę zaległe, sprzed weekendu.


    Po czwartkowych sandaczach, przyszedł czas na... piątkowe. Podobnie, jak dzień wcześniej, tak i w piątek, pobudka o godz. 3.30 i tuż po godz. 6, jestem u znajomego pod domem. Tam przesiadamy się do jego auta, które jest od zadań specjalnych i ruszamy w dalszą trasę. Na miejscu jesteśmy ok godz. 7 rano, wodujemy się i płyniemy na pierwszy odcinek Odry.

    Przez kilka dni, skoki wody były małe, jednak z samego rana, poszła mocno do góry, by następnie opaść o grubo ponad metr. Jak się okazało, rybom to nie przeszkadzało - już w trzecim rzucie, kolega wyjmuje małego sandacza, który ma niespełna 50 cm. Jak się okazuje, z pyszczka wystaje żyłka, a głęboko w przełyku, tkwi haczyk - zabieg przebiega pomyślnie i ryba odpływa bez zbędnej "biżuterii". Pogoda jest taka sama, jak w dniu poprzednim - chmury, wilgotno (mżawrki + drobne opady deszczu), bezwietrznie. Ona ewidentnie pasuje sandacz(yk)om, gdyż po niedługim czasie, znajomy wyjmuje drugiego malca i trzeciego - większego - spina.

    Ja jestem na początku bez kontaktu z mętnookimi, ale po jakimś czasie, notuję pierwszy pstryk i wyjmuję króciaka. Co jakiś czas, zmieniamy miejsca i udaje mi się wyjąć kolejne dwa maluchy.

    Po kolejnej zmianie miejscówki, mam kolejne branie w opadzie - tuż przy samej łodzi, na niespełna dwumetrowej wodzie. Tym razem, ryba jest nieco większa i po chwili podbieram pierwszego, wymiarowego w dniu dzisiejszym, sandacza - taki sześćdziesiątak. Szybka fotka, miara - 59 cm i do wody.

    Pływając tak po różnych miejscówkach, pytamy siedzących na brzegu wędkarzy o wyniki, jednak nikt nic nie łowi. W godzinach popołudniowych, nie dzieje się zbyt wiele - notujemy tylko trzy brania.

    Gdy powoli zbliża się wieczór, płyniemy na ostatnią miejscówkę, gdzie mamy zamiar porzucać jeszcze z godzinę po zmroku. Napłynięcie, kotwiczenie, kilka rzutów i... no, w końcu jest to, na co czekałem, tj. konkretny strzał! Podobnie, jak przy poprzednim sandaczu, tak i teraz, nastąpił od bardzo blisko łodzi i na płytkiej wodzie. Ooo, ten będzie większy? Walka jest zupełnie inna, ryba nie daje się ciągnąć "po linii", jak to było przy tych małych sandaczach i gdy pod łodzią zaczyna robić dynamiczne "ósemki", jest niemal pewne, co to za ryba. Przypuszczenia się sprawdziły - to boleń, który trzepnął w opadającego twistera.

    Nie duży, bo raptem 64 cm, ale jakby nie było, jest to mój pierwszy osobnik tego gatunku, złowiony w listopadzie.

    Była to jedyna wieczorna ryba, sandaczy niestety nie było. Przed godz. 19, kończymy łowienie i spływamy do miejsca, wodowania łodzi. Gdy ona znajduje się na swoim "siedzisku" i wszystko mamy spakowane, ruszamy w drogę powrotną.

    Zanim jednak pojechaliśmy do domu kolegi, zatrzymaliśmy się na pół godziny w jeszcze jednym miejscu, gdzie spróbowaliśmy swoich sił z brzegu. Tam notuję jedno sandaczowe branie, ale kończy się tylko na zdjętej z "talerzy", gumie.

    Jeśli chodzi o ilość, to znowu było nie najgorzej, gdyż udało mi się ponownie złowić 4 sandacze, a do tego doszedł przyłów w postaci bolenia. Ilość jest, jednak wciąż brakuje jakości...


    Jeden, z czterech:

  • wedkarz2309 2014-11-15 09:01:35

    Piątek, kolejny dzień nad wodą. Standardowo, o godz. 3.30 pobudka, po dwóch godzinach wyjazd i po kolejnej godzinie, jestem już nad wodą. Zaczyna się powoli rozjaśniać.
    Pierwsza miejscówka - nic, druga - nic, trzecia..., piąta - nic. Śledząc dokładnie prognozę pogody, obawiałem się, że tak może być, iż sandacze będą strajkować. Nie poddaję się jednak i na prawdę się staram, aby wydłubać cokolwiek. Nie daje to jednak najdrobniejszego kontaktu z rybą.
    Gdy jestem na kolejnej ostrodze, postanawiam wykonać kilka rzutów "za boleniem". Nie mam przynęt pod ten gatunek, więc rzucam tym, co mam na końcu zestawu. Drobno pracujący, biały ripper. 2, może 3 rzut i... jest! Siada tępo, jak jakiś worek i po kilku "targnięciach" kijem, wypina się. Niestety, rozhartowany już na wielu zaczepach hak, wygiął się. Jakiej wielkości to był bolo? Ciężko mi powiedzieć, gdyż był zbyt krótko na kiju, jednak po rozmowie z AL wiem, że tak potrafią siadać na jesieni duże rapiszony.
    Wracam do sandaczy, ale na kolejnych główkach, podpinam jedynie pod nogami leszcza.
    Woda rośnie i w zatoki pcha się coraz więcej syfu. Do tego wschodni, zimny wiatr, który momentami wieje na prawdę mocno, "zrzuca" z drzew niezliczone ilości liści, które także nie ułatwiają wędkowania.
    W pewnym momencie, naszło tyle syfu, że normalnie bym chyba odpuścił, jednak postanowiłem, że trochę się pomęczę. Było to bardziej improwizowanie, niż łowienie - napłynęło tyle patyków, traw, liści, itp., że tylko wypatrywałem, kiedy zrobi się jakaś luka i tam posyłałem przynętę, mijając ruchami kija, pływające "śmieci".
    Z czasem, zacząłem wypatrywać czyste "dywany", które się od czas do czasu, tworzyły. Gdy tylko widziałem, że takowy zaraz będzie przez chwilę, wykonywałem rzut i chociaż przez kilka podbić, mogłem mieć "czysto".
    Sandacze nie chciały brać, więc założyłem większą przynętę, z myślą o szczupaku. Gdy tak rzucałem i miałem powoli kończyć, o dziwo, zanotowałem pierwsze branie. Jak się okazało, był to nie szczupak, a... mały sandacz (pięćdziesiątak), który trzepnął w "nie swojego" gumisia.
    Co prawda kurdupel, ale jakoś dziwnie cieszy. Może dlatego, że tak mocno wymęczony?
    Postanowiłem więc, zostać jeszcze po zmroku, ale po ciemku, łowienie w takich warunkach, gdzie było chyba więcej śmieci, jak wody (oczywiście nie dosłownie), mijało się z celem. Po godz. 17, zawinąłem się więc do domu.



    "Jazgarz", zamiast szczupaka.



Reklama
Reklama